Recenzja "Austerlitz" W.G. Sebald

Wydawca: Ossolineum

Liczba stron: 344

Tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 29 maja 2020 r.

O takich książkach jak „Austerlitz” nie sposób pisać krótko. Kategoria literatury pamięci i zagłady, do jakiej powieść Sebalda jest od lat przypisywana, ma w swoich zakamarkach tytuły bardzo różne. Tragiczna historia XX wieku, poza tym że upamiętniona została w pamiętnikach i wspomnieniach, coraz częściej jest trywializowana, stanowi jedynie tło kolejnych banalnych melodramatów. U Sebalda tonu moralizatorskiego nie ma, podobnie jak przygód czy wtórnych uczuć. Jest natomiast sporo rzeczy osobnych, które bez gruntownej analizy, mogą zostać źle odczytane. Zmieszczenie tych wszystkich wrażeń (często ulotnych!), refleksji i faktów w jednej recenzji, przekracza społeczne zapotrzebowanie na tak zwane ‘omówienie lektury’. Omiatanie tekstu wzrokiem, przeskakiwanie z pierwszego akapitu do ostatniego, wreszcie odmienna wrażliwość sztuki – to wszystko są elementy sprawiające, że skupię się tylko na najważniejszych determinantach, które w mojej ocenie sprawiają, że „Austerlitz” nie jest kolejnym czytadłem, ale powieścią wybitną.

Swoją książkę Sebald wydał w 2001 roku, czyli już w obecnym stuleciu. Koniec drugiej dekady, był dla wielu czasopism branżowych oraz portali literackich dobrym momentem do dokonania podsumowań. Większość z nich o rzeczonej książce nie wspomina, co budzi nie tylko zdziwienie, ale też solidne rozczarowanie. Tym bardziej, że ujmowane tam książki można z czystym sumieniem uznać za tylko dobre, w żadnym razie przełomowe czy oryginalne. Trywialnym byłoby w tym miejscu powiedzieć, że Sebald pisze tak, jak już dzisiaj nie pisze prawie nikt: niespiesznie, z dbałością o szczegół, szkatułkowo. Ale może o jego metodzie trochę później, bo totalne w „Austerlitzu” jest praktycznie wszystko.

Czytając jego powieść, można odnieść początkowe wrażenie, że mamy tu do czynienia z dziełem non-fiction. Narrator, nienazwany w żadnym momencie konkretnym imieniem, ma przecież wiele wspólnego z postacią autora: zgadzają się chociażby daty wyjazdów Sebalda i jego protagonisty do Niemiec, silnie czuć tu także fascynację architekturą i sztuką, a wreszcie Zagładą, ukazaną nie w konkrecie, lecz w retrospekcji (co wskazuje na to, że obie postacie – Sebald i narrator – znają wojnę jedynie z podań, nie doświadczyli jej osobiście). Wrażenie prawdziwości zdarzeń mają potwierdzać także drobiazgowe opisy oraz zdjęcia. Tu już jednak pojawiają się pewne wątpliwości. Autor „Pierścieni Saturna” opisuje miejsca nietypowe, brudne, ciemne i mroczne, nieuczęszczane przez turystów. Pałac Sprawiedliwości w Brukseli czy Twierdza Breendonk, kojarzą się głównie z architektonicznymi niewypałami i skazami na mapie kraju. Podobnie zamiłowanie do ukazywania bohaterów w podróży, podczas jazdy pociągiem bądź spotkania na dworcu, od początku wydaje się tu bardziej symboliczne, niż realne. Podejrzenia budzi też seryjność przypadkowych spotkań narratora i Austerlitza. Wędrowcy natykają się na siebie w halach rozsianych po całej Europie i w zapomnianych przez świat kafejkach. Najczęściej jest to dziełem totalnego przypadku, jednocześnie zawsze pozostaje bez śladu zdziwienia. Austerlitz dosiada się do stolika narratora, lub odwrotnie, to narrator podchodzi do Austerlitza, a ten snuje dalszy ciąg swojej opowieści, tak jakby jej przebiegu nie przerwały zmieniające się lokalizacje, upływające lata czy nabyte doświadczenia.

Jeszcze większe wątpliwości budzą zdjęcia, wykonane aparatem niskiej jakości. Widzimy na nich nie tylko budowle, ale także ludzi, szczątki, mapy, biblioteki czy schody. Zostały one wkomponowane w opowieść z taką dbałością, że zasadnym wydaje się pytanie, co było pierwsze: tekst czy fotografia. Z pomocą przychodzi sam autor, który lubił dzielić się tajnikami swojego warsztatu. Zdjęcia w jego mniemaniu „to inna postać potwierdzania niż ta, która zapewnia tekst. Są dla czytelnika oznaką, że opowiadana historia opiera się na prawdzie i nie jest czystym wymysłem – w końcu jesteśmy łatwowierni i fotografiom wierzymy bardziej, niż innego rodzaju dowodom. Co oczywiście oznacza, że jeśli spojrzeć na problem z drugiej strony, zdjęciami można się posłużyć do oszustwa”. Sebald przyznawał, że niektóre fotografie prowokowały go do snucia opowieści. Tak było na przykład ze znalezionym zdjęciem, przedstawiającym dwójkę ludzi w zimowych okryciach, stojących na scenie na tle wyobrażonej panoramy Alp. W tych anonimowych postaciach pisarz z Niemiec widzi impresaria z żoną lub dwójkę aktorów, a samo ujęcie budzi w nim niepokój, domagający się rozładowania. Tak też się dzieje. Fotografia pojawia się na stronie 274, jako obiekt przedstawiający Agatę i Maximiliana, rodziców Austerlitza. A co z resztą zamieszczonych dokumentów? Większość stanowią wycinki fotografii zawartych w albumie „Picturesque great Britain”, lub zlecone przez Sebalda, a wykonane przez jego kolegę, zdjęcia konkretnych miejsc, pasujących do jego zamysłu twórczego. 

„Austerlitz” nie jest zatem powieścią non-fiction. Wymienianie szczegółów otoczenia, drobiazgowe opisywanie ukrytych haków, nierozpoznawalnych dla zwykłego śmiertelnika rodzajów chwastów czy wyobrażeń tego, co może znaleźć się za zamkniętymi drzwiami, ma tu inny cel. Podobnie jak wykorzystanie fotografii, które ostatecznie zamiast dowodu, pełnią rolę dopełniającą przestrzeń w obrębie testu, w którym porażka literackości jest wielokrotnie dokonywana. „Austerlitz” to opowieść zmyślona. Historia człowieka, który pod wpływem przypadkowych spotkań i poczucia obowiązku postanowił powrócić do swoich korzeni, leżących gdzieś w odległej Pradze.

Opierając się na niekompletnych podaniach, materiale wideo i fotografiach, próbuje odtworzyć obraz swego dzieciństwa i rodziców, a w szczególności matki, którą dobrze pamięta jej przyjaciółka z lat młodości. Wkraczając w strumień czasu i gorączkowo przerzucając fakty, Austerlitz czuje coraz większe zagubienie, które w pewnym momencie urasta do miary mitu. Pustka, zapomnienie i kreacja postapamięci – tu nie chodzi o jednostkowy los. Brak wyraźnie zaznaczonych konturów historii, tak silnie kontrastujących z drobiazgowo opisanym otoczeniem, wskazuje że nie chodzi tu o Austerlitza i jego rodziców. Cała misternie skonstruowana relacja bohatera i narratora nie ma właściwie większego znaczenia. Tym, co Sebald chciał tu ukazać, jest pamięć zbiorowa, która wytwarza w jednostkach fałszywe wspomnienia i pojęcia, ale także – za sprawą kontekstów kultury – podsuwa im różnorodne czynniki wymuszające refleksję nad utraconym czasem. W ten sposób traumatyczna pustka zostaje przetransformowana w estetyczną pełnię współodczuwania. „Austerlitz” staje się tym samym wyznacznikiem melancholiczności w literaturze, formą celebracji żalu. Wszystkie zastosowane przez niego chwyty: czarno-białe, przetarte fotografie, puste ulice i wystawy, gdzie tylko szczegół przykuwa uwagę, przypadkowe powroty i spotkania, jazda pociągiem – one razem definiują czas, który można poczuć jedynie poprzez okrężną, dygresyjną strukturę egzystencji. 

Jak wspomniałem na początku „Austerlitz” to nie tylko kompozycyjny majstersztyk, ale też stylistyczna brawura. Sebald pisze z niezwykłym kunsztem, przypominającym największych mistrzów pióra. On nie musi stawiać kropki. Niejednokrotnie stosowane, kilkustronicowe zdania, są tak pięknie ułożone i przemyślane, że czytelnik płynie razem z nimi, zupełnie nie oczekując jakiegoś nowego wątku czy nagłej pauzy. Zwraca też uwagę szkatułkowa narracja. W relację bohatera niepostrzeżenie wplata się opowieść Austerlitza, który później w jej ramach zaczyna przytaczać kolejne historie dawnych znajomych. Tak ustanowiona, piramidalna konstrukcja współgra nie tylko ze spoglądaniem z wysoka, ale nade wszystko portretuje retrospektywną rzeczywistość, która od aktualnego szczegółu, przechodzi do historycznego zatarcia granic. Można więc powiedzieć, że już w warstwie językowej Sebald tworzy sobie podłoże do snucia opowieści widmowej, nostalgicznej, wymykającej się szablonowemu ujęciu fabularnemu.

„Austerlitz” to przykład pisarstwa totalnego, prawdziwego dzieła sztuki, do którego chce się wracać, ale które nie stanowi jednocześnie jakiegoś gotowego konspektu do dyskusji. O wielu książkach zwykło się mawiać, że są ważne. „Austerlitz” do nich nie należy. To powieść do współodczuwania, do indywidualnego przeżywania pamięci zbiorowej, do afirmacji bycia na granicy istnienia i unicestwienia. Żadne tam problemy społeczne, ironie czy głęboka symbolika. Żadna rozrywka czy dydaktyka. Śmierć i melancholia, pamięć i utarta, ale również dialog z samym sobą. Stawka jest więc najwyższa, bo dotyka człowieka w najczulszym miejscu.  

Recenzja "Król darknetu" Nick Bilton

Wydawca: Czarne

Liczba stron: 376

Tłumaczenie: Rafał Lisowski

Oprawa: twarda

Premiera: 11 marca 2020 r.

Bestseller „New York Times” brzmi groźnie. W ostatnich latach tę łatkę przypinano między innymi tak miałkim i nieciekawym książkom jak: „Asymetria” Lisy Halliday, „Był sobie pies” W. Bruce Camerona, „Zapisane w wodzie” Pauli Hawkins czy „Tatuażyście z Auschwitz” Heather Morris. Nie zawsze jednak to co popularne, musi być z założenia złe i „Król darknetu” dobrze tę tezę potwierdza.

Życie pisze najlepsze kryminały, które chce się czytać nawet wtedy, gdy cała historia oraz jej finał jest nam dobrze znany. O Rossie Ulbrichcie, znanym wtedy jeszcze tylko pod pseudonimem Straszny Pirat Roberts, głośno było przed kilku laty. Jego wirtualne dziecko, Silk Road, oferowało w swoim asortymencie prosty zakup wszystkiego co zabronione. Siedząc z komputerem w Krakowie, każdy mógł w kilku kliknięciach nabyć kilogram heroiny z Kolumbii albo sto tabletek ecstasy z Holandii. Ba, setki rodzajów narkotyków to jedno, ale Silk Road z czasem zaczął oferować także broń (karabiny, granaty, miotacze i inne) oraz organy wewnętrzne. Potrzebowałeś szpik kostny dla przeszczepu dziecka, a służba zdrowia nie była w stanie Ci pomóc? Nic prostszego. Uzbieraj kilka milionów i kup na Silk Road. A może potrzebna Ci nerka? 200 tysięcy dolarów i za kilka dni masz ją u siebie. 

To zadziwiające jak łatwo można było uruchomić serwis, który na całym świecie wyrządził tyle zła. Wystarczył jeden nieprzeciętny mózg i całkowita wiara w wolność. Ross Ulbricht nie wyróżniał się niczym szczególnym. Gdy był dwudziestokilkulatkiem, jak wielu innych studiował fizykę, grał na bębnach i chodził na randki. Lubił swoją rodzinę i życie. Nawet dziwne rytuały, jak nie mycie się dłuższy czas czy udowodnienie sobie, że można funkcjonować bez kosztów, nie sugerowały że mamy do czynienia z przyszłym Alem Capone Internetu. Bohater książki wierzył głęboko w libertarianizm, czyli radykalny nurt neoliberalizmu amerykańskiego postulujący minimalizowanie wpływu władzy państwowej na życie jednostki. Ross dążył do całkowitego zniesienia narzucania norm społecznych. Uważał,  że niewidzialna ręka rynku lepiej sobie poradzi z uregulowaniem kontaktów międzyludzkich, niż politycy. Tak też tłumaczył sobie i znajomym swoje podejście do powszechnej dostępności narkotyków i broni. Jeśli ktoś chce się zabić, jego wola. Płytkości tej teorii nie byli w stanie pokazać mu ani jego ukochana Julia, ani rodzice, ani nawet współpracownicy, zachęcający do blokowania ofert na twarde narkotyki. Dla Rossa nie istniał świat niewinnych ofiar, przedawkowania, mordów w afekcie. 

„Król darknetu” w swojej konstrukcji przypomina mi inną świetną książkę z Serii Amerykańskiej „Ogar piekielny ściga mnie” Hamptona Sidesa. Na podstawie wnikliwych, wieloletnich badań, prowadzonych wywiadów oraz wizji lokalnych, Nick Bilton stworzył historię, która od samego początku trzyma w napięciu i nie spuszcza z tonu, aż do końca. Doskonale prezentuje cały cykl powstawania wirtualnego imperium: zalążek pomysłu, realizacja, pierwszy klient, trudności, wsparcie, pieniądze, ataki, zabójstwo, pościg. Każdemu elementowi poświęca dokładnie tyle uwagi, ile powinien. Pisze z reporterską starannością i czysto literacką harmonią. Poszukiwania i śledztwo stały się dla Biltona okazją do zaprezentowania różnych postaw i ideologii, a także popularnych dzisiaj zjawisk społecznych. Silk Road nie zyskałoby statusu legendy, gdyby nie ludzie. Całe miliony ludzi stojących po stronie darknetu. 

Bilton krok po kroku wyjaśnia, jak możliwe było utworzenie sklepu, którego rząd Stanów Zjednoczonych nie był w stanie zlikwidować przez kilka lat. Pokazuje jak paczki z nielegalnym towarem trafiały do klientów, jak nieudolnie policja podchodziła do poszukiwań, portretuje głównych bohaterów książki z dbałością o emocje i chwilowe słabości. Nie stoi po niczyjej stronie, pisze obiektywnie, wspiera się danymi, statystykami i relacjami świadków zdarzeń. Bada też zło rodzące się w człowieku i eksplodujące pod wpływem takich czynników jak chęć zysków, strach przed utratą kontroli, brak zaufania. Świetnie jest to napisane, z pasją, intrygująco, z właściwą strukturą, z kilkoma poziomami znaczeń i sensów. Jeśli o jakieś książce wydanej w tym roku mogę powiedzieć, że pochłonęła mnie bez reszty, jest to właśnie „Król darknetu”.

Recenzja "Zaczarowany uber" Zenon Sakson

Wydawca: Korporacja Ha!art

Liczba stron: 160

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: czerwiec 2020 r.

Bałem się lektury tej książki. Z jednej strony nic nie wiadomo o autorze, z drugiej zapowiedzi zostały sformułowane tak, że niekoniecznie chciałem się w ten literacki mezalians pchać. Najpierw był fragment pozytywnej recenzji profesora Leoncia Salomona Dolmenecha, Kierownika Katedry Filologii Polskiej na Uniwersytecie w Acapulco (na marginesie dodam, że nic nie wskazuje na to, iż taki człowiek czy instytucja istnieją), w której czytamy  “Zaczarowany uber” to zbiór transgresywnych, inspirowanych tequilą, seksem i marihuaną opowiadań, których akcja rozgrywa się w bliżej niesprecyzowanym i tajemniczym wymiarze, gdzieś między codziennością Meksyku doby obecnej, a realiami dawnej Polski zachowanymi we wspomnieniach zniekształconych przez narkotyki i zanieczyszczonych przez jej bieżący obraz transmitowany w Internecie”. Później swoje trzy grosze dorzucił Jakub Żulczyk (tu wątpliwości co do istnienia nie wnoszę) „Zrodzone z podziemia psychoaktywne bajdy tajemniczego geniusza, którego tropem idą tylko prawdziwi dzicy detektywi literatury polskiej. Zaszyfrowany anty-jaszczurzy przekaz, literackie mołotowy rzucone ku chwale Santa Muerte. Meskalina kipi w garczku, ciało zabitego Buddy gnije na trakcie z Polski do Meksyku, wirują tęczowe gawrony, czas ucieka, obracając w palcach krwawy księżyc”. Jasno z nich wynika, że to co w książce dostaniemy, będzie wykoślawione, surrealistyczne, łamiące schematy, a przy tym też dotykające tematów nam bieżących. Nie jest to materiał na książkę, którą chciałbym poznać.

Tak się jednak zdarzyło, że „Zaczarowanego ubera” w pewnym momencie otworzyłem, a jak już zacząłem czytać, to trudno było mi się oderwać. Na zbiór składa się dziewięć opowiadań, z których bliżej chciałbym omówić cztery. Pierwszym z nich jest „Rarytas”, opowieść o Alfonso, który pojechał na targ szukać nieznanej, zapomnianej przez świat polskiej kasety religijnej dla narzeczonej (chodzi o kasetę z muzyką, żeby nie było wątpliwości). Obchodząc licznych meksykańskich sprzedawców (tu niech każdy sam sobie odpowie, jak realne podstawy ma pomysł na historię), przegląda tradycyjne wydania Arki Noego i Mietka Szcześniaka, ale też składanki hip-hopu chrześcijańskiego, fortepianowe wariacje na temat młodości Karola Wojtyły czy propozycje chrześcijańskie na sylwestra. Wszystko to jednak mało go interesuje, nie może stanowić wyjątkowego prezentu. W pewnym momencie dostaje jednak prawdziwego białego kruka spod lady – kasetę z unikatowym nagraniem Ziemowita Siemaszko. Wracając do domu rozmyśla „W trolejbusie Alfonso patrzył z mieszaniną pogardy i współczucia na zwykłych ludzi z małymi koreczkami słuchawek wetkniętymi w uszy, bezrefleksyjnie konsumujących papkę cyfrowych dźwięków stremowaną przez ich spotifaje.” 

Już w „Rarytasie” dobrze widzimy, jaką strategię narracyjną przyjmuje autor. Obsadza swojego bohatera w niewiarygodnej sytuacji (co wcale nie oznacza, że niemożliwej, szczególnie w niedalekiej przyszłości), balansuje między Meksykiem i Polską, szuka zdarzenia, które mogłoby wspierać z góry ustaloną puentę. W przypadku „Rarytasu”, chodzi o krytykę konsumpcjonizmu, przejawiającego się bezrefleksyjnym słuchaniem popularnych dźwięków. Ów schemat Sakson wykorzystuje w kolejnej opowieści „O dziewczynie, która chciała być chuliganem”. Tym razem bohaterem jest Stary Kojot, który przypadkowo trafia na niszowy polski film do kina. Narracja przenika ekran i na chwilę zapominamy o Kojocie. Przyglądamy się za to Emilii Palter, dziewczynie, która postanowiła być chłopkiem chuliganem. Nocami pracuje ciężko jako prostytutka, dogadzając między innymi swoim hersztom z bandy. Za dnia jest Alkiem, podejmującym coraz to nowe wyzwania chłopakiem. Los pisze Emilii smutny koniec, wszak idąc pod prąd społecznym przyzwyczajeniom, musisz liczyć się z porażką. Puentą opowieści jest jednak kolejna krytyka, tym razem percepcji sztuki. „Wzbiera w nim oburzenie, kiedy pomyśli, że dobre, artystyczne kino europejskie jest powszechnie niedoceniane, a kulturę masową całkowicie zdominowały filmy amerykańskie, przedstawiające wypaczony i zafałszowany obraz rzeczywistości”.

Można się zastanawiać, czy te nastawione krytycznie puenty, tak naprawdę bardziej celują w tłum, czy może w osoby pochłonięte wyszukiwaniem nieznanych perełek za wszelką cenę. Sakson nie daje jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, a humorystyczny bicz rzuca ciosy na prawo i lewo, tak naprawdę nikogo nie pozostawiając bez winy. Prawdziwe kontrowersje zaczynają się jednak od opowiadania „Miłość w czasach postgender”. Wyobraźcie sobie sytuację, że pewna niewyróżniająca się z tłumu Polka, zakochuje się w białej małpie. Jej czysta miłość staje się sensacją medialną, dzięki czemu coraz więcej ludzi ujawnia swoją nową tożsamość. Ktoś tam zawrze związek z brazylijskim wężem boa, ktoś inny z bawołem, a jeszcze następny ze słoniem z Tajlandii. W międzyczasie wokół nich zaczną kłębić się ciemne chmury, do akcji włączą się różne jednostki: zbulwersowani kibice narodowcy, kongres żigolaków, znany detektyw Mieczysław. Zorganizowane zostaną marsze poparcia i przemarsze przeciwko poparciu oraz kontrmarsze nienawiści przeciwko wszystkiemu. A puenta? Tu chyba niczego już tłumaczyć nie trzeba. Znowu na koniec przyjdzie nam zadać sobie pytanie, czy to jeszcze fantazja, czy realna obawa.

Innym, choć przecież równie medialnie pożądanym tematem jest molestowanie w kościele. Sakson dotyka go w zaskakującej formie. W „Milczeniu pasterzy” obserwujemy grupę księży zamkniętych w klatkach. Niespodziewający się dramatycznych konsekwencji, dali się złapać na numer ze starą babcią, która wręcza im łapówkę. Aktualnie księża są maskotkami Wielkiego Lola. Ten głupi wielkolud wykorzystuje ich seksualnie. Porzuceni przez społeczeństwo, zablokowani gdzieś w podziemnym bunkrze, nie mają nadziei na powrót do normalnego życia. Jedynie w Nowym tlą się jeszcze resztki chęci do zmiany położenia, a dzięki interesującemu pomysłowi, coś niemożliwego staje się realne. Przy okazji tego szalonego spektaklu dotkniemy tematu słuszności i stałości wiary, temat, który powraca u Saksona w prawie każdej historii.

Zaskakujących rozwiązań fabularnych jest tu więcej. Prawie każda opowieść szokuje swoją kreatywnością, a ich odbiór, zależy wyłącznie od naszego podejścia. Słusznie powiedzą ci, którzy w „Zaczarowanym uberze” dostrzegą wtórne mielenie koniunkturalnych tematów, podane w ładnej formie. Rację będą mieli też tacy, dla których opowiadania Saksona będą zbyt efekciarskie, mało dojrzałe, a nawet szyte pod jedną miarę. To wszystko jest prawda, tej książce daleko od modelowego ideału. Tak jak autor z Meksyku (czy skądkolwiek on jest) po prostu się nie pisze. Jego książka wytrąca ze strefy komfortu, nie skłania do jakichś głębszych przemyśleń, nie stanowi też jakiegoś ważnego, językowego eksperymentu. Tym bardziej nie odkrywa niczego nowego. A jednak „Zaczarowany uber” to dla mnie świetna zabawa, takie czytanie bez zobowiązań i oczekiwań. Pal licho że jest tak krystalicznie ładnie napisana, nieważne że pokazuje wszystko przez zmroczone używkami okulary, mało przeszkadza mi nawet to, że nie ze wszystkimi tezami mogę się tu zgodzić. Sakson napisał współczesne baśnie dla dorosłych, które chce się czytać i do których chce się wracać. Każdorazowo z uśmiechem na ustach. Cieszę się, że takie książki są wydawane, bo spełniają istotną w literaturze funkcję odprężającą.

Recenzja "Dzisiaj śpię od ściany” Giedra Radvilavičiūtė

Wydawca: KEW

Liczba stron: 232 

Tłumaczenie: Małgorzata Gierałtowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: czerwiec 2020 r.

Literatura litewska jest coraz chętniej tłumaczona i wydawana w Polsce. Ostatnie przekłady dzieł Ričardasa Gavelisa, Birutė Jonuškaitė i Sigitasa Parulskisa pokazują, że po latach praktycznie całkowitego wyparcia historycznych korzeni, coś w temacie się zmienia. Nadal jednak, mimo wspólnej przeszłości, kraj zza wschodniej granicy jest dla Polaków miejscem kulturowo obcym i nieznanym, co będzie jedną z przeszkód w dobrym zrozumieniu najnowszego zbioru opowiadań wydanego przez KEW.

Za „Dzisiaj śpię od ściany” Giedra Radvilavičiūtė otrzymała w 2012 roku Europejską Nagrodę Literacką – nagrodę tyleż prestiżową, co dość popularną i zbyt często nie stanowiącą wyznacznika wysokiej jakości. Dość powiedzieć, że każdego roku to wyróżnienie  dostaje dwanaście lub jedenaście książek, w zależności od grupy krajów, która akurat jest rozpatrywana. Z rocznika 2012 w Polsce, oprócz omawianej książki, znamy tylko nasz rodzimy „Pensjonat” Piotra Pazińskiego oraz  „Tureckie lustro” Viktora Horvatha, które kiedyś wydało Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Książki Anny Kim, Lady Zigo, Laurence’a Plazeneta, Emanuele’a Trevi, Gunsteina Bakke, Afonso Cruza, Jany Beňovej i Sary Mannheimer, czyli innych laureatów z tego okresu, nadal pozostają nieprzetłumaczone. Giedra Radvilavičiūtė w 2015 roku otrzymała też Litewską Nagrodę Państwową w Dziedzinie Literatury i Sztuki, mimo że jej dorobek artystyczny nie jest specjalnie bogaty. Do tej pory, poza „Dzisiaj śpię od ściany”, napisała kilkanaście esejów, zebranych w dwóch tomach. To tylko pokazuje, jak ważną postacią dla współczesnej literatury litewskiej jest wspomniana autorka i to nie tylko w kontekście książek dla kobiet.

Teksty Radvilavičiūtė tworzone są w mało znanej w Polsce formie prozy, wpisującej się w nurt fikcyjnego eseju. W opozycji do tego, czego możemy doświadczać obcując z najpopularniejszymi dziełami gatunkowymi, eseje litewskiej pisarki nie są oparte na refleksji lub dyskusji na temat jakiegoś problemu. Zdecydowanie bliżej im do opowiadań, lub niewielkich nowel, w których wątki autobiograficzne, mieszają się z mnogością kontekstów kulturowych, grami słownymi, wspomnieniami i fantazjami. Kompilacja tych tekstów tworzy swoisty autoportret duszy literackiej, eksploruje tożsamość artystki, której życie jest nierozerwalnie związane z pisaniem. Radvilavičiūtė nie tylko czyta, nie tylko kreuje. Zawłaszcza sobie terytorium sztuki i zamieszkuje w różnych przestrzeniach. Koronnym przykładem tej strategii jest opis picia wina w kuchni z Nabokovem i nawiązanie z nim romansu. Jeden z badaczy literatury litewskiej, Aistė Kučinskienė, określa ten zabieg jako pewną formę realizmu magicznego. Realizm w tym wypadku bierze się w głównej mierze od postaci narratora, czyli samej autorki, na co wskazują liczne poszlaki (chociażby powracający w kilku opowiadaniach rok urodzenia).

Promując swój najnowszy produkt wydawniczy KEW pisze następująco „Giedra Radvilavičiūtė jest silnym i niezależnym kobiecym głosem w litewskiej literaturze”. Silny i niezależny kobiecy głos wywołuje pejoratywne skojarzenia – feministyczna, roszczeniowa, dyskusyjna. Jest więc to nie tylko zachęta, ale też potencjalna pułapka i przestroga dla czytelników, którzy słusznie zauważyli wysyp niezależnych kobiecych głosów w ostatnich latach. Litewska autorka pisze głównie o codziennych, pozornie nieistotnych wydarzeniach, które stanowią dla niej odskocznie do innego świata. To tam ujawnia ona swoje spostrzeżenia i dowodzi wielkiej wrażliwości na głębokie odczuwanie zwykłych chwil. Każdy, nawet najmniejszy epizod może sprowokować ją do tworzenia: kot, wizyta przyjaciela, sprzedaż mieszkania sąsiada, słowa wypowiedziane przez córkę, nieoczekiwane połączenie czy reklamy nieruchomości. Jej opowiadania są pozbawione pompatyczności i radości, często zabarwione ironią. Dotykają ważnych w życiu człowieka tematów jak choroba, kruchość fizyczna, samotność, niezdolność do utrzymywania stabilnych relacji, ciężar obowiązków domowych. Rzadko wychodzą jednak poza to, co jest nam już dobrze znane z innych dzieł literackich, które możemy przypisać do tej samej kategorii.

Największy problem z opowiadaniami litewskiej autorki wiąże się jednak z ich intertekstualnością. Mimo świetnego tłumaczenia i szczegółowego wyjaśnienia w przypisach licznych niejasności, nadal można mieć przeczucie, że gra do której zaprasza nas pisarka jest nierówna. O ile nazwiska Nabokova, Faulknera czy Hemingwaya każdy z nas zna i wie z czym mają się kojarzyć, o tyle nietłumaczeni na polski, litewscy pisarze z ich zupełnie nierozpoznawalnymi u nas dziełami, stanowią już spore wyzwanie. Spójrzmy na to zdanie: „Na pierwszym piętrze przez lniane zasłony, sączyło się światło , w czasie przeszłym wielokrotnym”. Konia z rzędem temu, kto najpierw wyłapie w tym sformułowaniu odniesienie do książki „Būtasis dažninis kartas” litewskiego pisarza i dramaturga Herkusa Kunčiusa, a później jeszcze odkryje jego kontekstualne znaczenie. Niestety nagromadzenie aluzji, odniesień i korespondencji jest tu tak duże, że bez gruntownej znajomości tematu, wiele sensów umyka, a tekst z prawdopodobnie wieloznacznego, staje się momentami jałowy, niezrozumiały. Czytelnik może i chciałby się pośmiać, może i wie, że to zdanie ma gdzieś ukryte znaczenie, ale zwyczajnie brakuje mu znajomości kontekstu, aby je w pełni docenić. Wszystko to sprawia, że moich oczach „Dzisiaj śpię od ściany” to przede wszystkim książka o lokalnym kolorycie, przeznaczona głównie dla badaczy literatury z tego regionu i elit literackich, dla których nazwiska Vincasa Mykolaitisa-Putinasa, Renaty Šerelytė oraz Eugenijusa Ališanki coś mówią.

„Dzisiaj śpię od ściany” jest książką bardzo trudną. Nie tylko dlatego, że bazuje na licznych cytatach i odwołaniach, ale też dlatego, że fabuły opowiadań często rozmywają się w surrealistycznych fantazjach autorki. Najlepsze są te momenty, gdy narratorka wraca wspomnieniami do rodzinnej przeszłości. Gdy opisuje jakieś dawno zakurzone przedmioty, albo czynności, na które w obecnym świecie nie ma już miejsca. Piękne są na przykład retrospekcje wyjścia na diabelski młyn. Po nich następują jednak fragmenty, które są dla mnie w jakimś sensie wtórne i mniej istotne „Codziennie obserwowałam to w lustrze podczas porannej toalety. Nie mijały nawet dwa tygodnie od pofarbowania włosów, a już wracały nieobecne przez chwilę siwe skronie”. Zbyt często Giedra Radvilavičiūtė mówi dokładnie to, co tyle kobiet wcześniej już powiedziało, przez co jej opowieści nie wnoszą zbyt wiele do życia. Nie spełniają też kluczowego kryterium uznania tekstu za dobry, który autorka punktuje w jednej z historii – nie chce się do nich wracać i dość szybko ulatują z głowy. Ostatecznie „Dzisiaj śpię od ściany” to nowość od silnego i niezależnego kobiecego głosu, dla niezależnych kobiecych umysłów. Niestety niewiele poza tym.