Recenzja "Duchy zmarłych" Richard Corben

Wydawca: Mucha Comics

Liczba stron: 277


Oprawa: twarda

Tłumaczenie: Marek Starosta

Premiera: 23 lutego 2021

W historii sztuki mamy już kilka przykładów, gdy za tekst jednego wielkiego artysty, zabiera się inny wybitny artysta, operujący nieco innymi narzędziami. Z takiej relacji potrafią wyjść dzieła wyjątkowe (wspominam tu chociażby „Szatańskie tango” Bela Tarra, „Lśnienie” Stanleya Kubricka czy „Czas Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli), ale czasami zdarzają się też mniejsze lub większe porażki (na przykład „Solaris” Andrieja Tarkowskiego). „Duchy Zmarłych” łączą w sobie teksty Edgara Allana Poe, przez wielu uznawanego za najważniejszego twórcę nurtu grozy, oraz kreskę Richarda Corbena, autora między innymi komiksu „Den” czy „Ghost Ridera”. Czy z tego połączenia udało się wycisnąć coś wyjątkowego?

W tomie „Duchy zmarłych” zamieszczono aż 16 komiksowych opowiadań, pierwotnie publikowanych na początku drugiej dekady XXI wieku w magazynie „Dark Horse Presents”. Na liście znalazły się między innymi klasyczne pozycje jak: „Człowiek tłumu”, „Zabójstwo przy rue Morgue”, „Maska Czerwonego Moru”, „Kruk” czy „Zagłada Domu Usherów”. Komiksy Corbena nie są jednak wiernymi adaptacjami tekstów amerykańskiego pisarza. Na czytelników czeka cała masa niespodzianek, a chyba największą jest wprowadzenie narratora. Funkcję tę ilustrator powierzył wiedźmie Mag, która ma zadanie nadać narracji nieco humorystycznego wymiaru. Co więcej, jej niezaspokojone żądze, nadają tekstom seksualnego podtekstu, wydobywają z opowiadań nowe, często bezczelnie trafne odczytania.

To zresztą nie koniec zabaw formalnych. Podczas lektury zaskakiwać będą nas zmienione zakończenia („Zabójstwo przy rue Morgue”), miejsca akcji („Zdobywca Czerw” to wiersz, przeniesiony przez Corbena na fundament Dzikiego Zachodu), mieszanie wątków i postaci z różnych opowiadań („Zagłada domu Usherów”) czy wreszcie nadawanie bohaterom odmiennej fizjonomii („Berenice”). To wszystko wyłapie oko czytelników, którzy dobrze znają twórczość amerykańskiego pisarza. Oni w pełni docenią kunszt Corbena, który udowadnia tym zbiorem, że jest artystą świadomym. Jego indywidualne spojrzenie i nieszablonowe pomysły scenariuszowe, wikłają nas w specyficzną przygodę umiejscowioną gdzieś na granicy snu i jawy, szaleństwa i komedii, erotyki i codzienności.

Całą tę paletę emocji, to trudne do nazwania napięcie, Corben osiąga także dzięki ilustracjom. Zwraca uwagę pomysł na oświetlanie kadrów, groteskowo intensywna mimika postaci, ich niepokojąca, psychodeliczna postawa, wreszcie dynamika w obrębie wąskich kadrów. Tu nie ma przypadkowych ujęć. Każdy szczegół, cień, spojrzenie, fragment stroju – wszystkie te elementy otoczenia pełnią z góry przemyślaną rolę. Mają za zadanie oddawać niesamowitość, którą ponad 150 lat temu Poe przestrzegał ludzkość przed bólem istnienia. Być może biorąc tę nowość ze sklepowej półki trudno będzie dostrzec całą misternie budowaną narrację. Umówmy się – wykrzywione w grymasie zęby, zarzynane potwory czy cycate wróżki nie przyciągają aż tak bardzo jak piękne, malarskie kadry. Nieco bardziej pogłębiona lektura, próba zrozumienia tego, dlaczego tak wiele plansz nosi znamiona surrealizmu, pozwala w pełni docenić kunszt Corbena. Jego wizja, odnoszę takie wrażenia, spotkała by się z aprobatą samego Poe. I chociaż pierwowzory zawsze wyobrażałem sobie jako czarno-białe, eleganckie, kunsztowne, to trudno mi oprzeć się wrażeniu, że Corben potrafi lepiej interpretować i wczuwać się w stany neurotyczne bohaterów. Mnie ta przedziwna załoga po prostu kupiła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey