Recenzja "Pokolenie wyżu depresyjnego" Michał Tabaczyński

Wydawca: Korporacja Ha!art

Liczba stron: 332

Oprawa: miękka

Premiera: 27 listopada 2019 r.

Niełatwym zadaniem jest dokonanie krytyki dzieła, będącego krytyką współczesności, które wyszło spod pióra cenionego krytyka literackiego (do którego zresztą pod względem intelektualnym jest mi bardzo daleko). Wychodząc z tego założenia, tym razem nie będę interpretował, szufladkował i narzucał swojego punktu widzenia. Nie będę także doszukiwał się cech specyficznych tej prozy czy ewentualnych potknięć. Postaram się mówić wyłącznie o moich wrażeniach, ewentualne wątpliwości zaś, rozwiewać cytatami.

Czym jest pokolenie, o którym pisze Tabaczyński? Kim są ci wszyscy ludzie, którzy chodzili do szkoły ‘na rano’, oglądali „Czarnego Orfeusza” (panie Michale, nadal są młodzi, którzy o nim słyszeli i nawet widzieli!), jako pierwsi dostąpili diagnozy depresji, są pionierami wśród aptekarzy amatorów, na własnej skórze przekonali się, czym jest powszechny dostęp do samochodu i tak dalej? „Jesteśmy pokoleniem depresyjnego wyżu, jesteśmy najsmutniejszym pokoleniem świata – to w nas zbiegły się wszystkie plagi, wszystkie katastrofy nałożyły się bezlitośnie na siebie: resztka czytelniczych nawyków późnego PRL-u (podbita przez eksplozję cyfrowej kultury tekstu, jego nadmiaru), jego kultura wielkiego niedoboru (podbita przez nagłą eksplozję nadmiaru), epidemia automobilizmu.”. Tak, niestety tym pokoleniem jesteśmy my wszyscy, a im szybciej sobie to uświadomimy, tym lepiej dla nas. 

Tabaczyński jest w swoim diagnozowaniu depresyjności autorem zarazem czujnym i krytycznym, ale też, co z pewnością odróżnia go od wielu innych, pozostaje przy tym pisarzem. I to pisarzem bynajmniej nie przeciętnym. Sami zobaczcie, jak to się doskonale czyta „W drodze do pracy ze spojrzeniem wlepionym w świat istniejący pod naszymi nogami konieczne się wydaje, czy to dla bezpieczeństwa, czy choćby sprawdzenia, że poruszamy się we właściwym kierunku, by od czasu do czasu spojrzeć, choć bez unoszenia głowy, przed siebie”. Przecież mógł napisać po prostu – ‘Idąc do pracy patrzymy pod nogi”. Większość by właśnie tak to napisała. Ale Tabaczyński woli podkreślać małe rzeczy: po pierwsze, patrząc na powierzchnię, po której się poruszamy, nie sposób nie rzucać okiem przed siebie; ta powierzchnia to oddzielny ekosystem, rządzący się swoimi prawami; wreszcie kładzie nacisk na niebezpieczeństwa w naszym życiu i fakt, że o zagrożeniu nie sposób zapomnieć choćby na chwilę. A jakie to jest rytmiczne, jak melodyjnie zjawiskowe. Tego się nie czyta, po tym się płynie.  

Albo spójrzmy na taką wypowiedź „Czyta więc z żoną otoczoną jego lewym ramieniem, próbując nie poruszać się, żeby jej nie budzić, ale jednak móc przewracać kartki, o ile nie korzysta z czytnika, który rzecz całą ułatwia – otwiera się tu temat nowych technologii w służbie trwałości związków międzyludzkich, partnerskich, małżeńskich nawet.”. Ileż tu jest tematów wrzuconych w jedno tylko zdanie! Chodziło przecież tylko o przekazanie informacji, że przed snem czytamy w łóżku (przynajmniej w teorii). A my dowiadujemy się dodatkowo, że trzeba sobie radzić z niewygodą drugiego ciała u boku (święta prawda!), martwić się o przewracanie kartek, można też używać nowych technologii, które, tu bardzo ciekawa socjologicznie uwaga, mogą też sprzyjać rozwojowi więzi międzyludzkich (ot i paradoks!). Podziwiam ten twór słowny nie tylko dlatego, że jest tak uroczo poprawny, nie chodzi też wyłącznie o jego multitematyczność. Podziwiam go, bo jest tak rozbrajająco prawdziwy i dosłowny (co wcale nie oznacza, że jest zamknięty na dopowiedzenia). A przecież podałem przykłady tylko dwóch zdań, z których żadne nie było zdaniem kluczowym, pchającym wywód do przodu. To bardziej łączniki między mądrościami. A tych tak łatwo zdradzać nie chcę.

„Pokolenie wyżu depresyjnego” zachwyca mnie stylistycznie, to już ustaliliśmy. Są jeszcze dwa powody, dla których uważam tę książkę za wyjątkową. Pierwszym jest erudycja autora, drugą zaś umiejętność łączenia obserwacji ze sztuką. Oba powody są zresztą ze sobą silnie powiązane.  Mocno robi się już na samym początku, gdy rozbierając na czynniki pierwsze przeciętny dzień, przeciętnego Polaka, Tabaczyński opisuje prześwit w kontekście dzieł Prousta, Lindgren, Blanchota czy Tarjei Vesaasa.  I nie jest to bynajmniej opis encyklopedyczny. „Blanchotowi te wszystkie senne, przebudzeniowe rozważania służą do wyzyskania owej niezgłębionej i niezgłębialnej analogii: śnienie i pisanie”. I tak od jednego tematu, podążamy do kolejnego, robimy krok do tyłu, by zaraz skoczyć dwa do przodu, a co najważniejsze, te wszystkie rozrzucone niby niedbale nitki tematów, łączą się w całość, w jeden zwarty, wszechstronny obraz czasu, którego nikt nie lubi.

I tak właśnie, od wspomnianego prześwitu, przez przebudzenia, śniadania, listy, pracę, obiad i korki, podążamy aż do snu, poprzedzonego lekturą książki, bilansem dnia i kolacją. Autor krok po kroku obnaża nasze przyzwyczajenia z ich braku logiki, zasadności i modowości. Bo chyba właśnie takie jest najważniejsze przesłanie tej książki, przynajmniej dla mnie – człowieku, robisz głupotę, bo inni też ją robią; wpadliśmy w rozpędzony pociąg, który odrzucał mądrości dawnych pokoleń i gna ku zagładzie (w domyśle – depresji). Nie oznacza to wcale, że Tabaczyński chce nas straszyć (a może jednak?_, wręcz przeciwnie, świetnie się bawi. Co rusz żartuje z siebie, z otoczenia, z nas. Jest to jednak śmiech przez łzy, nikomu nie jest przecież łatwo oglądać, jak dochodzimy powoli do ściany. 

Nie sposób omówić tej całej różnorodności, jaką oferuje nam esej. Mnogość intertekstualnych odniesień, zdjęć otoczenia opatrzonych nieoczywistym komentarzem, kreatywnych wycinanek, recept dawkowania leków, dzienników, odpowiedzi na listy – to wszystko i jeszcze więcej nie pozwala się nudzić, ba, nie pozwala się też od lektury oderwać. To taka książka, która nie daje spokoju, otwiera oczy, zachwyca i poraża. Jest drapieżna, brawurowa i dowcipna. Jedyna w swoim rodzaju. 

Na koniec jeszcze kilka cytatów doskonale oddających to, co myślę coraz częściej o rynku książki (także niestety o moim czytaniu). „Nie żeby świadczyło to o naszym pokoleniowym ponadprzeciętnym oczytaniu, bo oczytani nie jesteśmy: torturując się ponad miarę, sporządzamy listy naszych lekturowych braków, niewybaczalnych czytelniczych zaniechań, wstydliwych pominięć – wypełniają one notatniki tak grube, że zmieściłyby całkiem zgrabne powieści detektywistyczne albo zwięzłe rozprawy naukowe (których nie piszemy, bo jesteśmy zajęci sporządzaniem tych inwentarzy – zaległości lekturowych też nie uzupełniamy z tego samego powodu). I pewnie to po nas zostanie: ewidencje braków i deficytów.”; „Czytamy depresyjne książki, oglądamy depresyjne filmy, gramy w depresyjne gry wideo, naszymi ulubionymi lekturami stały się biografie depresyjnych bohaterów masowej kultury”; „Literatura depresji jest tak obfita, jak uboga jest literatura przedświtu. Nawet najbardziej wprawieni czytelnicy, ci, którzy stanęli do tej upiornej rywalizacji pod hasłem: „w roku 2018 przeczytam 52 książki, nie licząc kucharskich poradników i przewodników po turystycznych atrakcjach”, nie mają z nią szans.”

1 komentarz:

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey