Recenzja "Niesamowite przygody Kavaliera i Claya" Michael Chabon

Wydawca: W.A.B.

Liczba stron: 800

Tłumaczenie: Piotr Tarczyński

Oprawa: twarda

Premiera: 31 lipca 2019 r.

Wiele o tej książce już napisano i pewnie nadal wiele pisać się będzie.  „Niesamowite przygody Kavaliera i Claya” intrygują nie tylko zdobytą nagrodą (Pulitzerem), nazwiskiem autora czy opasłością, ale przede wszystkim tematyką, która szczególnie w obecnych czasach trafia na bardzo podatny grunt. Wszystko to składa się na obraz książki, która, jak żadna inna przetłumaczona w ostatnich latach w Polsce, może pretendować do miana Wielkiej Amerykańskiej Powieści.

Właściwie to nikt nie wie, czym jest Wielka Amerykańska Powieść. Próbowali definiować te pojęcie różni pisarze i teoretycy, z jej autorem Johnem Williamem De Forestem na czele. Nikomu jednak nie udało się uchwycić jej cech na tyle, aby stały się one jasne i uniwersalne w każdym czasie. Możemy jedynie podskórnie domyślać się, cóż to pojęcie oznacza, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę tytuły okrzyknięte przez specjalistów tym mianem: „Moby Dick”, „Przygody Hucka Finna”, „Grona Gniewu”, „Niewidzialny człowiek”, „Krwawy południk”, „Absalomie, Absalomie”, „Zabić Drozda”, „Wielki Gatsby”, „Rzeźnia numer pięć” czy powiedzmy „Tęcza grawitacji”. Oczywiście nie jest to spis skończony, kilka tytułów pomijam dla większej jasności tego, co chcę przekazać. Co łączy te książki? Co sprawia, że wciąż do nich wracamy, że inni autorzy odwołują się do nich w swoich dziełach? Jedną z ważniejszych cech, jest z pewnością monumentalność i jej tematyczny rozmach. Równie istotne w moim odczuciu jest skupienie się na pewnym wycinku historii i oddanie go z faktograficzną dokładnością oraz socjologiczną głębią (patrz np. steinbeckowskie rozważania o losach farmerów). Pożądane jest też, aby z takiej powieści jasno wynikało, że amerykańskie społeczeństwo to grupa w pełni autonomiczna i różna od reszty świata. Czytelnik zapoznając się z książką powinien czuć się jak człowiek ustawiony przed lustrem, które prawdę mu powie – czy jest częścią tego społeczeństwa czy też nie. Chodzi więc o to, by ta amerykańska wspólnota mogła się skonfrontować ze swą wielkością i jednocześnie małością, ze wszystkimi swoimi pragnieniami, lękami, trudnymi momentami w historii, a wreszcie – ze swym językiem i sposobem narracji, który jest fundamentem jej tożsamości. De Forest w swoim słynnym eseju "The Great American Novel” przekonywał, że wielka amerykańska powieść powinna ukazać egzystencję narodu, opowiadać jego obyczaje oraz codzienne uczucia jej obywateli. Co ważne i co wynika z tego co już napisałem, każda wielka powieść amerykańska powinna skupiać się na realiach i stronić od metaforyzowania. To nie ma być literacki eksperyment, tylko rzetelnie skonstruowany obraz dziejów i ludzi.

Przyjmując za dobrą monetę te wytyczne można skonstatować, że właściwie od momentu wydania „Korekt” Franzena w 2001 roku, nie pojawiła się żadna kolejna książka, pretendująca do omawianego wyróżnienia.  Chabon swoje „Niesamowite przygody Kavaliera i Claya” napisał co prawda na rok, przed doskonałą wiwisekcją społeczeństwa przeprowadzoną przez Franzena, niemniej polski czytelnik może zapoznać się z nią dopiero od tego roku. I to w sumie bardzo dobra wiadomość, bo odbiór dzieła opisującego złotą erę komiksu, jest dzisiaj zupełnie inny, niż byłby dwadzieścia lat temu. 


Przyjrzyjmy się zatem cechom recenzowanej książki w kontekście pojęcia Wielkiej Amerykańskiej Powieści. Na pewno „Niesamowitym przygodom Kavaliera i Claya” nie można odmówić ich monumentalności. To blisko 800-stronicowa literacka budowla, która cechuje się wyjątkową, trwałą wartością odwołującą się do ważnych postaci i zjawisk kultury. Na jej łamach pojawiają się chociażby takie ważne ikony jak Orson Welles,  Dorsey Brothers, Batman, Superman czy Empire State Building. Powieść Chabona jest też rozpisana realistycznie, z dużą dbałością o szczegóły. Pojawiają się tu nazwy dawnych ulic, urzędów, restauracji i kin. Każda scena zostaje drobiazgowo ukazana przez ciąg często kilkustronicowych opisów otoczenia. Nic nie zostaje pozostawione przypadkowi, każdy ruch ma swoje uzasadnienie i wielostronną analizę. Świetnym przykładem może być ten opis zapowiadający rozmowę o pracę „Nie mogłeś siedzieć w poczekalni przed gabinetem jakiegoś dyrektora artystycznego z nowiutką teczką w ręku – dla wszystkich byłoby jasne, że jesteś żółtodziobem. Poprzedniej jesieni Sammy spędził całe popołudnie, okładając teczkę młotkiem, plamiąc ją kawą, łażąc po niej w obcasach swojej matki”.
 
„Niesamowite przygody Kavaliera i Claya” są też obfite w różnorakie tematy, w większości mityczne dla swojego narodu. Wyróżnić można między innymi amerykański sen, czyli proces przechodzenia od zera do milionera, emigrację – Ameryka jako wymarzona arka, na której można przebrnąć przez życie w spokoju i dostatku, Ameryka jako kraj wolności, rozumianej jako swoboda wyrażania swoich myśli, wreszcie Ameryka jako kraj anonimowości, czyli miejsce gdzie łatwo zniknąć oraz Ameryka jako kraj dyskryminacji (tu dotyczącej orientacji seksualnej) i kraj bezpieczeństwa (chronionego przez super moce).  Jest jeszcze jeden ważny mit – Ameryka jako kraj dla Żydów. W tym kontekście Chabon wpisuje się w długą listę pisarzy poruszających ten ważny temat w kulturze amerykańskiej. Przy okazji pławienia się w tych meandrach fabularnych, trudno nie dostrzec szeregu odwołań, jakie autor czyni w różnych momentach. Tym najbardziej dla mnie poruszającym, był motyw emigracji Czecha do Ameryki (Kafka) oraz odwołanie do postaci Golema. Dla młodych czytelników kluczowe będą jednak inne korelacje, głównie te komiksowe.

Książka Chabona cechuje się też typową dla wielkich powieści amerykańskich rozwlekłością, przyprawioną  szeregiem bardzo pięknych stylistycznie rozwiązań. Obok akcji, znaleźć tu można chociażby mini eseje na temat historii i roli komiksu. Ważną część książki stanowią również rozważania psychologiczne postaci, rozbudowane monologi czy retrospekcje dawnych dziejów bohaterów. Obok tych formalnych rozwiązań, zachwycać będą już całkiem niepozorne, często gubiące się w natłoku słów piękne zdania i porównania. Czy znacie na przykład innego pisarza, który o malowaniu nosów w komiksie wyraziłby taką opinię:  „Kontury stały się niewyraźne, pozycje dziwne, kompozycja statyczna, tła zniknęły. Stopy – słynne z tego, jak trudno je narysować w skrócie perspektywicznym, właściwie nie pojawiały się w kadrach, a nosy zredukowano do najprostszych wariacji na temat dwudziestej drugiej litery angielskiego alfabetu”? To jedno wybrane zdanie pokazuje dokładnie, jaką wyobraźnią literacką dysponuje Chabon. Trudno mi przywołać w myśli żyjącego pisarza amerykańskiego, który w swojej książce zawarłby tak wiele, tak różnorodnych zabaw słownych. To prawdziwa uczta dla inteligentnego i dokładnego czytelnika.

Wiele więc wskazuje, że opus magnum Chabona można uznać, że mocnego kandydata do grona najważniejszych amerykańskich książek w historii. Jeśli przymknie się nieco oko na dość mocną reprezentację strony symbolicznej (dla mnie to akurat jej atut), to właściwie nie ma powodu, aby „Niesamowite przygody Kavaliera i Claya” uznać za dzieło mniej znaczące dla kultury swojego kraju, niż np. „Wielkiego Gatsby’ego”. 

Chabon napisał wielką książkę, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Szokuje mnie jego zmysł literacki, doskonałe operowanie słowa, stylistyczna dyscyplina, cięty humor i scenograficzne rozpasanie. Postaci są wiarygodne, otoczenie namacalne, emocje wyważone. Właściwie nie miałbym się do czego przyczepić, gdyby nie ta silna potrzeba wpisania się w nurt Wielkich Powieści Amerykańskich. Owa potrzeba niesie za sobą jeden znaczący minus książki – jest po prostu za długa. Ilość dygresji, opisów, wyjaśnień i dokumentowania jest tu tak duża, że po pięćsetnej czy sześćsetnej stronie zwyczajnie zaczyna to męczyć. Być może gdybym  „Niesamowite przygody Kavaliera i stronie Claya” jakoś sobie dawkował, inaczej spojrzałbym na ten element. Czytanie jej w ciągu mogę porównać do wchodzenia pod górę. Idziemy, bo chcemy ujrzeć szczyt, jednak po drodze, nie raz złapie nas zadyszka i chęć odrzucenia dalszej podróży. Męczy więc, ale to wcale nie oznacza, że samo podejście, nie było warte zachodu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey