Recenzja "Lincoln w Bardo" George Saunders

Wydawca: Znak

Liczba stron: 440

Oprawa: twarda


Premiera: 5 września 2018 r.

Zacznijmy może od tytułu. O Abrahamie Lincolnie wiele pisać nie zamierzam, pewnie obiło Wam się jego nazwisko o uszy. Powiem tylko, że rzeczony Prezydent Stanów Zjednoczonych miał czwórkę dzieci, a treść książki Saundersa odwołuje się wprost do śmierci jednego z nich - Williama. „Bardo” z kolei, to zaczerpnięty z filozofii buddyzmu termin, oznaczający stan zawieszenia między śmiercią a ponownymi narodzinami.

Rzecz dzieje się 20 lutego 1862 roku. W Białym Domu odbywało się huczne przyjęcie, podczas gdy gdzieś na górze, w zapomnianej dla świata komnacie swojego żywota dokonywał trzeci syn pary prezydenckiej. Jego powolne konanie stanowi swoiste preludium do podjęcia rozważań o kondycji człowieka, tak XIX-wiecznego, jak i współczesnego. Bo też nie o smutek i cierpienie jednostki tu chodzi. Mimo długich fragmentów dokładnej relacji o stanie zdrowia dziecka, towarzyszących temu uczuciach matki, opisach pogrzebu i balsamowania, nie jest to kolejna książka o traumie wywołanej odejściem bliskich, za to zresztą Bookera nie przyznają.   

Dwunastolatek zmarł, jego ciało złożono w trumnie, a wokół niej aż roi się od duchów. Jest ich całe mrowie, każdy chce powiedzieć jak najwięcej, wylać swoje żale na doczesne troski. Jedni mówią o utracie możliwości skosztowania wdzięków swojej młodej żony, inni o kształcie księżyca, a jeszcze następni o smaku pikli. Kalejdoskop poruszanych kwestii jest tak szeroki, jak różne bywają ludzkie myśli i charaktery. Każdy duch ma tu symbolizować określoną postawę, przybierać maskę konkretnych grup społecznych. Za mało jednak dostają czasu, aby bardziej uwiarygodnić swoją rolę. A przecież autor „10 grudnia” poszedł dalej. Duchy mogą przecież” widzieć” myśli żywych, gdy tylko na chwilę przenikną do ich ciała. Najchętniej wybierają oczywiście postać samego Prezydenta – „podsłuchują” jego myśli o Bogu i moralnej stronie wojny, a także telepatycznie przekazują mu swoje refleksje o roli czarnoskórych w trwającej wojnie secesyjnej. 

Saunders stworzył doskonały podkład pod wykreowanie metaforycznej panoramy ludzkich bolączek, przywar, smutków i radości. Jego powieścio-dramat skonstruowany został jako twór niebywałej wręcz artystycznej wyobraźni. To taka literacka mieszanka dawnych motywów i współczesnych problemów, niestrawna o tyle, że gdzieś jednak puściły tamy, trzymające ten cały projekt w ryzach. Świetne sceny, jak chociażby próby opisu kształtu księżyca z różnych punktów widzenia, mieszają się z nieczytelnymi aluzjami i fabularnymi płyciznami. „Lincoln w Bardo” to taka formalna bomba – inspiruje swoim kształtem, rozczarowuje jednak tym, co stanowi jego serce – historią. Wydana rok temu książka porusza bardzo wiele kwestii – od rozdziału między intymną tragedią a globalnymi konfliktami zbrojnymi, przez nierówności społeczne, aż na homoseksualizmie kończąc. Wielość głosów i punktów widzenia składa się na kształt świata, w którym żadne kontury nie są wyraziste, a ewentualne odpowiedzi i prawdy można szukać co najwyżej pomiędzy wersami opowieści. Inna sprawa, że takie szukanie byłoby niezwykle żmudnym i akademickim wyzwaniem, co właściwie dyskwalifikuje tę książkę, jako lekturę beletrystycznie atrakcyjną. 

Źle rozłożone akcenty to nie jedyny problem najnowszej książki Saundersa. Zupełnie niezrozumiałe jest dla mnie mieszanie zasad interpunkcyjnych. Fragmenty pisane poprawnie, przeplatane są celowymi błędami, co może i miałoby sens, gdyby stanowiły one cytaty listów, nie zaś rejestr słów wypowiadanych. Bo przecież nie sposób wypowiedzieć „chók” w ten właśnie, a nie inny stylistycznie sposób. Po co więc mieszać znaki i kropkować przekleństwa? Chyba tylko dla efekciarstwa, bo ze zdrowym rozsądkiem i głębią treści ma to niewiele wspólnego. Widzę też w tej książce niespójność w wypowiedziach poszczególnych bohaterów, którzy raz posługują się bardziej uwspółcześnionym językiem, by po chwili wrócić do mrocznych, romantycznych fraz. Pisarz nie był konsekwentny, a tego wymagałbym od udanego opracowania, tak silnie zakorzenionego w tradycji. 

„Lincoln w Bardo” onieśmiela lekkością, z jaką łączy różne gatunki literackie. Jest to też pierwszy od dawna projekt, który mimo eksperymentalnej formy, czytałem z zainteresowaniem i uwagą. Są tu fragmenty sugestywne i przejmujące, ale są także takie, w których poza bufonadą, nic więcej dostrzec nie można. Autor miał świetny pomysł i całe morze literackiego talentu, którego nie potrafił odpowiednio spożytkować. Zabrakło umiaru i stanowczości w raz obranej drodze. Być może wachlarz tematów był po prostu za szeroki – bo też co tu było kluczowe? Śmierć dziecka, wojna, ból rodziny, obowiązki prezydenta, odejście do innego świata, dyskryminacja rasowa, czy może to, co zapamiętam i kojarzyć będę z tą książka do końca życia – wspomniane wcześniej pikle? Przesyt fabularny i formalny momentami przytłacza, a szkoda. Miało być arcydzieło, wyszła ciekawa książka, która mogła być klasykiem.

Ocena:

5 komentarzy:

  1. Myślę, że ten tytuł mógłby mi się spodobać. ��

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaciekawiła mnie ta książka :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tym razem myślę, że to niekoniecznie książka dla mnie. Może gdyby wpadła mi w ręce to bym ją przeczytała, ale szukać jej raczej nie będę. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Strasznie zaintrygowały mnie te "błędy interpunkcyjne"... chyba ciężko czytałoby mi się taką książkę...

    OdpowiedzUsuń
  5. Tytuł do zapamiętania. Coś czuję, że mogłaby mi się ta książka spodobać. Świetna recenzja

    OdpowiedzUsuń

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey