Recenzja "Żywopłoty" Maria Karpińska

Wydawca: W.A.B.

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka

Premiera: 26 lutego 2020 r.

Rzadko się zdarza, aby książka tak mocno zalazła mi za skórę jeszcze przed lekturą. Najpierw była nachalna promocja, stawiająca w centrum nie opowieść, a jej autorkę. Reklamy ze zdjęciem Pani Marii wyświetlały się co chwilę, w różnych kanałach i formach. Internet wprost pękał od peanów, przyćmiewając nawet wychodzącą w tym samym czasie kontynuację „Opowieści podręcznej”. Później dorzucono do tego nic nie mówiący blurb Olgi Hund „To historie pisane Gombrowiczem, ale fajniejsze, bo o ludziach z naszych ulic”. Do tej pory nie wiem, o co w nim chodzi. Mimo wszystko po książkę sięgnąłem i już na początku poznawania zdałem sobie sprawę, że mam kolejny powód do frustracji. Opowieści ułożono tu dekadami, od młodości aż po wiek senioralny. Każda opisuje inną historię, odmienną postać i rzeczywistość. A jednak układają się w całość. W jeden wielki pejzaż ludzkiego życia. Zdenerwowałem się, bo autorka wykorzystała mój nigdy niezrealizowany pomysł na książkę. Uprzedziła mnie. Bezwzględnie wtargnęła w moją strefę komfortu. Nie pozostało mi nic innego, jak czytać dalej i czekać na jakieś potknięcie, które mógłbym z czystym sercem zganić, a samą książkę zmieszać z błotem.

I tu się zaczęły schodki. Bo jak skrytykować zbiór opowiadań, w którym autorka o młodości mówi tak ”Byłem w tym wieku, w którym można godzinami udawać, że patyk to karabin lub miecz, ale nie można udawać, że dziewczyna to człowiek jak każdy inny”, w którym opisuje życie hodowcy roślin czy malarza wysokościowego tak, jakby sama nic innego nie robiła przez ostatnie dwadzieścia lat, wreszcie w którym gawędziarstwo idzie w parze z lirycznością, a trwanie w zgodzie z naturą pozwala odetchnąć od bolączek doczesności? To jest wprost niebywałe, jak dobrze i autentycznie ten tom został skonstruowany. Warto zauważyć, że narratorem, każdorazowo pierwszoosobowym, jest tu mężczyzna. I niezależnie czy jest nim młodzieniec, student czy już dojrzały facet, każdego z nich doskonale rozumiem, potrafię się przejrzeć w ich charakterze i myślach, odnajduję w nich cząstkę siebie. Ktoś powie, że to właściwie nie o męskości jest ten zbiór. Wszak obok dzielnych potomków Adama, są też dziewczyneczki, czy inne kobiety. I to one, raz rozgadane, innym znowu razem całkowicie milczące, zawłaszczają sobie palmę pierwszeństwa. A może to ani o jednych, ani o drugich nie chodzi, tylko o wzajemne relacje, albo ujmując sprawę z jeszcze szerszej perspektywy, o zaspokojenie potrzeb życiowych?

Nie jestem w stanie powiedzieć, która z opowieści była dla mnie tą najlepszą. Każda ma swój mikroświat, swoje małe lub wielkie problemy, różnorodne optyki. Autorka skomponowała dzieło prawie doskonałe – piękne zarówno w mikroskali, jak i globalnie. Wszystkie historie mają swoje małe sensy, a składając je w całość, otrzymujemy mozaikową metaforę ludzkiego życia. Takie zbiory lubię najbardziej, a czytając dużo opowiadań wiem, jak trudno jest podołać zadaniu. Możliwe jest to wyłącznie dzięki dużej wprawie w posługiwaniu się słowem. Marii Karpińskiej wyrazy nie przeszkadzają. Wie kiedy uciąć historię, aby puenta była najbardziej wyrazista. Potrafi harmonijnie rozłożyć akcenty i formy, dzięki czemu czytelnik ma permanentne wrażenie obcowania z czymś świeżym. Nie boi się też żartować, choć nie zawsze wprost, ani mówić o rzeczach poważnych, choć nie zawsze używając języka cierpienia.

Ciekawym wątkiem w książce jest namysł nad potencjalnością życia. Karpińska ukazuje, jak wiele okazji gdzieś znika, roztapia się, mija się z naszymi oczekiwaniami. Wybory, które ostatecznie podejmujemy, są zazwyczaj losowe, ich rewersem jest wielość historii, mogących się równie dobrze wydarzyć lub nie i to niezależnie od wieku. Przypominają się w tych rozpoznaniach elementy „Nieznośnej lekkości bycia”, w których czeski pisarz wyliczał, jak wiele zdarzeń musi nastąpić, aby para ludzi mogła się poznać. Właśnie taki obraz dostrzegam w „Żywopłotach”. Ten świat nie przypomina wykresu funkcji liniowej, ale raczej biały szum, z którego wychodzi tysiące nitek, mogących w zupełnie inny sposób uformować tę uczuciową książkę.

Nie sposób napisać o tym zbiorze źle. Ktoś może powiedzieć, że jest tu zbyt pięknie, harmonijnie i nostalgicznie, ale i taka funkcja literatury jest przecież ważna. Mimo paru okołoksiążkowych problemów, o których niedługo nikt pamiętać nie będzie, jest to rzecz po prostu bardzo dobra, a traktując ją w kategorii debiutu, wręcz rewelacyjna. Nie mogę mieć także żalu o zabranie mi tematu na powieść – sposób w jaki autorka skomponowała i napisała dzieje człowieka jest wyjątkowy, wiem że nigdy na taki poziom bym się nie wspiął. „Żywopłoty” świetnie się czyta, z tekstem się płynie i, co bardzo ważne, całkiem sporo po lekturze w głowie zostaje. O wartościowych książkach mówi się, że stanowią coś zamkniętego i gdy sobie to przypomnimy, pojawiają się małe przebłyski, zapachy, odczucia, nadzieje, myśli. „Żywopłoty” właśnie takie są. Ta książka jest jak zielona, pachnąca kulka, którą można połknąć, aby za jakiś czas przywołać sobie jej smak, przypomnieć postawy prostych ludzi i niezwykłości ich codzienności, zdać sobie sprawę, że piękno czai się w każdym rogu. Rzadko kiedy mam ochotę sięgnąć po książkę tuż po jej przeczytaniu. Tym razem jest inaczej. Z „Żywopłotami” wszystko jest inaczej.

Recenzja "Babcie" Petr Šabach

Wydawca: Afera 

Liczba stron: 224

Tłumaczenie: Julia Różewicz

Oprawa: twarda

Premiera: 29 maja 2020 r.

Humor w sztuce współczesnej kojarzony jest głównie z filmem. Ten trend nie może dziwić, wszak to medium ma dostęp do wielu narzędzi, których literatura jest pozbawiona: form niewerbalnych, obrazu czy dźwięku. Z drugiej strony istnieje pewna grupa książek, które skłonność do wywoływania uśmiechu na twarzy odbiorcy, traktują jako metodę twórczą. Jak się bowiem okazuje, humor może być też środkiem artystycznym, a nie wyłącznie utrwalanym od pokoleń i przyjmującym coraz bardziej żenujące formy skeczem. Dobrym przykład stanowią tu wydane lub wznowione niedawno powieści „Mój czołg” Viktora Horvatha czy „Zazi w metrze” Raymonda Queneau.

Już te dwa tytuły dobitnie pokazują, jak różne strategie do eksploracji zjawisk humorystycznych można przyjąć na gruncie literatury. Horvath stawia na dowcip sytuacyjny, z kolei u francuskiego pisarza, figlarność i temperament wynikają ze stosowanych obficie gier językowych. Oba podejścia mają jednak pewne wspólne fundamenty, dzięki którym, jak już wcześniej wspomniałem, książki zabawne, prezentują coś więcej, niż tylko kicz. W tym ujęciu humor należy rozumieć jako pewne doznanie intelektualno-estetyczne, pozwalające na ujawnienie czegoś świeżego, zajęcie stanowiska w jakiejś sprawie, ustosunkowanie się wzglę­dem kogoś lub czegoś, a jednocześnie wywołujące szczery śmiech. Niezwykle istotne jest, że przypowieść humorystyczna musi zostać osadzona w konkretnym miejscu i czasie. Tylko odwoływanie się do rzeczywistych doświadczeń, może uchronić lekturę przed pułapką niepotrzebnych, spłaszczających intencje autora, deformacji. W efekcie dwie najważniejsze funkcje tego typu literatury (poznawcza i odprężająca), mogłyby zostać zniekształcone i błędnie odczytane. Dlatego tak ważne dla czytelnika jest zapoznanie się z tłem książki, a dla tłumacza, powściągnięcie indywidualnych zapędów do tworzenia uniwersalnych przesłań. Ileż to razy całkiem niezła, zagraniczna książka, została zbanalizowana poprzez niepotrzebne aluzje do współczesnej sceny politycznej Polski, o których przecież sam pisarz niewiele wie. Na szczęście „Babcie” zostały wydane przez niszowe wydawnictwo, które stawia na jakość, dlatego zamiast leksykalnych galimatiasów, mamy pięknie opisane tło historyczne i całą masę nietuzinkowych, polskich odpowiedników, które nadają tekstowi brawury i rytmiczności. Tłumaczenie najwyższej próby, za co specjalnie podziękowania należy złożyć Pani Julii Różewicz.

Nie przez przypadek przywołałem wcześniej dwie lektury. Proza Sabacha, w moim odczuciu, meandruje gdzieś między tymi dwoma nurtami. Z jednej strony bawi zdarzeniami (wężami w basenie, życiem szkoły, przypadkowymi przyjęciami weselnymi), z drugiej jej siła wypływa też ze słowa. Główny bohater dzieła, dorastający Czech, wyrasta z europejskiej tradycji literatury absurdu, korzystając jedno­cześnie z rodzimych korzeni. Kreując postać w ten sposób, Sabach stawia na przerysowanie w typie Don Kichota czy Skąpca. Matěj, wokół którego kręci się cała afera (!), to człowiek nieświadomie demaskujący różne absurdy, krytykujący ustroje polityczne, ale także ośmieszający ludzi i ich ponure ambicje. Jest postacią niejednoznaczną, realizującą abstrakcyjną wizję życia. Z jednej strony bije od niego rodzinne przywiązanie, inteligencja (wie do kogo napisać odpowiedni list), a także ciekawość świata, z drugiej naiwność (szczególnie ta miłosna) i urocza głupota. To właśnie te alternatywne ukazanie psychiki bohatera jest motorem napędowym autentycznego humoru. Czytelnik siadając do lektury właściwie nie ma czasu na myślowy odpoczynek. Prąd zdarzeń jest tak wartki, że każda strona skrzy się od powodujących wybuchy śmiechu zdarzeń. W tym całym pędzie Sabach nie zapomina też o sprawach istotnych – tematem pobocznym jest tu niewątpliwie czeskość, rozumiana jako obraz tożsamości, kompleksów narodowych, satyry w odniesieniu do kamuflowanych zachowań narodowych. Fakty hi­storii narodowej stanowią więc nieuniknione tło interpretacyjne, a postawy przyjmowane przez rodzinę Matěja, pełnią funkcję symboli całych grup społecznych.

Można tak ciągnąć te rozważania, doszukiwać się znaczeń w każdym kadrze malowanym przez autora, nie chciałbym jednak odbierać czytelnikowi przyjemności z delektowania się lekturą. „Babcie” to przede wszystkim proza-bomba, jej naprawdę nie sposób czytać po cichu. Będzie nie tylko idealnym partnerem do odpoczynku, ale także pięknym prezentem dla starszego pokolenia, które lata komunistycznej dominacji doskonale pamięta. To ten typ literatury, który wprawia w dobry nastrój, a jednocześnie nie daje przeświadczenia obcowania z banałem. Sabach doskonale rozkłada ciężar między robieniem sobie jaj ze świata, a nostalgią za innymi, pięknymi czasami. Chociaż i to piękno miewa przecież plamy, jak chociażby w jednej ze scen, która kończy się tragicznie. Na tym polega wiarygodność tej literatury, jej słodko-gorzka strona. Jestem absolutnie zauroczony.

Recenzja "Czteroksiąg" Yan Lianke

Wydawca: PIW

Liczba stron: 380

Tłumaczenie: Katarzyna Sarek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 24 kwietnia 2020 r.

Jak to zwykle bywa, gdzieś na uboczu głośnych premier, ‘najlepszych powieści 2019 roku zdaniem XYZ’, ‘książek, które koniecznie musisz przeczytać przed śmiercią’ itd., leży sobie nowy tom serii Proza Dalekiego Wschodu. Można się do tego przyzwyczaić, podobny los czeka większość ambitnych książek, do czytania których nie wystarczy dobry humor, ale też włączone myślenie. Sprawy nie ułatwiają też pozory. „Czteroksiąg” niczym wielkim się nie wyróżnia – rozmiary ani pokaźne, ani specjalnie krótkie, okładka typowa dla tej serii, z symbolem jakby żywcem wyciętym z wydanej parę lat temu „Przyduchy” (to bynajmniej nie zarzut), nazwisko autora także przeciętnemu czytelnikowi niewiele powie. Ani on bestsellerowy, ani kryminałów nie pisze, ani nawet Nobla nie dostał. Ba, nawet nikt za bardzo w sieci tej książki nie opisuje, czemu akurat się nie dziwię, ale o tym nieco później.

Załóżmy jednak, że jesteś wybranym, jedną z tych niewielu osób, które decydują się sięgnąć po najnowszą książkę Yana Lianke. Popuśćmy wodzę fantazji i przyjmijmy, że znasz nawet jego dwie poprzednie książki wydane w Polsce. Teoretycznie wiesz już zatem, czego się spodziewać. Domyślasz się, że akcja znowu zostanie osadzona na chińskiej prowincji, że bohaterami będą biedacy, a ich głównym problemem brak środków do życia. I faktycznie, częściowo będziesz mieć rację. Zwracam jednak uwagę na słowo ‘częściowo’, bo tak naprawdę to co otrzymasz, będzie daleko odbiegać od literatury, którą znasz.

Właściwie to nikt nie mógł się spodziewać, że pisarz niewydawany w swoim kraju rodzinnym, napisze taką powieść. Zwróćmy uwagę, że jej premiera miała miejsce raptem 9 lat temu, w 2011 roku. Nie jest to więc żaden klasyk, dzieło wielkiego filozofa sprzed epok. „Czteroksiąg” wydano dokładnie wtedy, gdy Nobla otrzymywał Tomas Tranströmer, triumf w National Book Award przypadł Jasmyn Ward a najlepszą książką według New York Timesa była trylogia „1Q84” Harukiego Murakamiego. Książka jest więc stosunkowo świeża, chociaż co warte odnotowania, pisana z zacięciem i fantazją godną innych czasów. Mam tu na myśli te wszystkie lata, gdy nikomu tak bardzo się nie spieszyło, gdy wydawcy i czytelnicy, nie oczekiwali kolejnego tomu opowieści w ciągu trzech, sześciu czy dziewięciu miesięcy od premiery poprzedniego, a przede wszystkim, gdy można było pisać powieści nie pod konkretny gust czy modę, ale po prostu z serca. Bez troski o koniunkturę, wyniki badań społecznych czy refleksję na temat wartości medialnej powstałego tworu.

Aby „Czteroksiąg” zrozumieć choć na tym podstawowym poziomie, musimy dopowiedzieć sobie parę faktów historycznych. Bez nich nasza lektura byłaby jak błądzenie po lesie, z którego nie ma wyjścia. Cofnijmy się około sześćdziesięciu lat, do ery Wielkiego skoku naprzód. O co chodzi? Wielki skok był celową i przygotowaną kampanią gospodarczą przeprowadzoną w latach 1958–1962 w Chińskiej Republice Ludowej w ramach realizacji ogłoszonej przez Mao Zedonga polityki trzech czerwonych sztandarów. Zakładała szybkie przekształcenie Chin z zacofanego kraju rolniczego w czołową potęgę przemysłową. Brzmi znajomo prawda? Problemy z realizacją tego planu leżały już u samych podstaw. Do jego skonstruowania i realizacji nie zaciągnięto klasy inteligenckiej, dysponującej wiedzą i kwalifikacjami do organizacji  tak złożonego procesu. Zgodnie z decyzją Najwyższego, wykształceni obywatele zostali napiętnowani jako wrogowie ludu i zamknięci w obozach. To właśnie tę klasę reprezentują bohaterowie „Czteroksięgu” – Teolog, Uczony czy Pisarz. W czasach Wielkiego skoku największą wagę przywiązywano do wytopu stali, ale przy okazji zakładano też inne, nierealne kalkulacje, jak chociażby gęsty siew na polach. Jaki był efekt tej polityki? Wielki Głód, podczas którego więźniom podawano dania przygotowane z planktonu, trocin czy drzewnej pulpy. Zrozpaczeni i bezsilni chińczycy, nie wzgardzali nawet śmieciami, padliną czy korą drzewną. W akcie desperacji zdarzały się przypadki zjadania trawy a nawet ludzkiego mięsa osób, których nie zdążono jeszcze pochować. Podkreślam te fakty, ponieważ Lianke w swojej książce silnie będzie je wyśmiewał. Zanim jednak przejdę do treści, jeszcze jedna istotna historyczna przesłanka. Kampania stu kwiatów została zainicjowana przez Mao Zedonga w maju 1956. Zasadniczym celem było uwolnienie państwa od monopolu decyzyjnego i otwarcie się na inne idee. Była to specyficzna odwilż, podczas której zachęcano intelektualistów do otwartej krytyki reżimu. W praktyce Kampania stu kwiatów była pułapką, w którą wielu dało się złapać. Masa wrogów reżimu, którzy otwarcie zaczęli krytykować władze, niespełna rok później stało się ofiarami innej akcji – Kampanii przeciwko prawicy. Jak wynika z dostępnych danych statystycznych, około 550 000 osób poddano "reedukacji przez pracę".

Osadziliśmy więc książkę we właściwym okresie historycznym. Czas byłoby przejść do treści. Jak już wcześniej wspomniałem, Lianke zdecydował się na bohatera grupowego, który symbolicznie prezentuje losy całego pokolenia, a, jak postaram się udowodnić nieco później, właściwie nie jednego pokolenia, a całego narodu, tak dawnego, jak i współczesnego. Powieść rozpoczyna się od założenia Obozu pracy nieopodal Żółtej Rzeki, czyli Huang He. Więźniami obozu są wspomniani wcześniej anonimowi intelektualiści, których rozpoznajemy jedynie po ich kompetencyjnych przydomkach. Ich zadaniem będzie praca na rzecz Ojczyzny – wysiewanie pól zbożem oraz wytop stali. Ten, kto najbardziej zasłuży się dla społeczności lokalnej, otrzyma największą liczbę kwiatków, którą później będzie mógł zamienić na rodzinne święta albo wolność. Przynajmniej takie było założenie, które jak już wiemy, nie do końca wyszło. Zamiast swobody przyszedł głód, a wraz z nim potworne sceny, o których nikt z nas nie chce nawet myśleć.

Pozostawiając interpretację „Czteroksięgu” w tym miejscu, mógłbym napisać że jest to poruszająca relacja o błędach totalitaryzmu, o zachłanności władzy, ludzkich skłonnościach do ślepego słuchania idiotycznych poleceń, o poddaniu się, stagnacji i wyparciu człowieczeństwa (chociażby w scenie linczu dokonanego na wychodzącym z obozu intelektualiście). Książka niedosłowna, operująca na wielu przerysowaniach, humorze przez łzy i pięknym języku. Mógłbym na tym szczeblu pozostać, ale wydaje mi się to niesprawiedliwym dla złożoności tego dzieła. Jest tu bowiem bardzo wiele przesłanek sugerujących, że to coś więcej niż rozliczenie się z komunizmem.

Pierwszym elementem, który zwraca naszą uwagę jest postać Dziecka, czyli przywódcy obozu. Lianke nie przez przypadek obsadza w tej roli niedoświadczonego i ograniczonego człowieka. Dziecko patrzy na świat przez pryzmat nagrody i kary. Jest fanatyczny i bezwzględnie posłuszny swojemu Wodzowi, którego imię nie pada w książce ani razu. Bez głębszej refleksji decyduje się na przyjęcie absurdalnych założeń dla pracy swojego ludu. Jego największym marzeniem jest wycieczka do stolicy i poznanie najważniejszych przedstawicieli władz. Dla realizacji tego celu gotowy jest poświęcić wszystko, włącznie z rozdawaniem kwiatków na prawo i lewo, chociażby za donosy na nielegalne związki, czy wyhodowanie pszenicy, o ziarnach większych niż orzechy. Wierzy że nagroda w postaci broni palnej, pozwoli mu wprowadzić do Obozu nowy, lepszy ład. Dziecko jest więc naiwne i puste, w czym nie pomaga też jego tendencja do rekwirowania i palenia książek. Ale Dziecko to nie tylko przywódca. To też metafora. Zwraca uwagę fascynacja postaci rysunkami Maryi, a w finałowej scenie samoukrzyżowanie. W międzyczasie doczekamy się wielu odniesień do Biblii, jak chociażby powracającej jak echo  przypowieści o Noem i jego arce. Czy właśnie tym jest dla Dziecka Obóz 99? Arką pośród innych obozów, która opracuje własną metodę wytopu stali z piasku? A może rolą Dziecka jest pojawić się znikąd, wierzyć bezgranicznie w wiarę swojego Najwyższego Ojca i umrzeć za innych na krzyżu? Inną ważną postacią jest tu Teolog. To on przedstawia Dziecku Maryję, do której w skrytości wielokrotnie sam się modlił. Bliskość słowa Bożego pozwala przetrwać mu trudy życia obozowego. Przynajmniej do czasu nadejścia wielkiego głodu. Doprowadzony na skraj swej wytrzymałości, porzuci wiarę, wyprze się jej. Lianke wyraźnie podkreśla, że brak komfortu życia może zmienić bardzo wiele, w podejściu do spraw wiecznych i metafizycznych. Trop Biblijny możemy odnaleźć już w samym tytule. Czym jest bowiem „Czteroksiąg”? Być może chodzi tu o czteroksiąg konfucjański, czyli zbiór czterech najważniejszych ksiąg stanowiących wykładnię filozofii konfucjańskiej, do których zaliczamy Wielka Naukę, Doktrynę Środka, Dialogi Konfucjańskie i Księgę Mencjusza. Wskazywałaby na to stylistyka powieści, oparta na krótkich i często patetycznych zdaniach. Mnie jednak, być może z braku przygotowania sinologicznego, bardziej przekonuje Nowy Testament i składające się na niego Ewangelie Mateusza, Marka, Łukasza i Jana.

Spojrzenie na „Czteroksiąg” z perspektywy wiary chrześcijańskiej dodaje przypowieści głębi i uniwersalizmu. Zastawione na czytelnika pułapki i możliwości wcale jednak się na tym nie kończą. Spójrzmy teraz na symbolikę liczb, szczególnie istotną dla kultury chińskiej. Akcja osadzona została w Obozie 99. Dziewiątka jest liczbą magiczną z punktu widzenia starożytnego chińskiego wróżbiarstwa. Cyfra ta ma wyjątkowo silną cechę yang, ponieważ jest zbudowana z trójki – cyfry yang – podniesioną do kwadratu. Dziewięć oznacza więc długi, długowieczny, nieskończony. Spojrzenie z tej perspektywy na miejsce akcji, przenosi nasze czytelnicze wyobrażenie do teraźniejszości. Lianke funduje nam alegorię współczesności, sugeruje że ślepota pracowników, nawet tych wykształconych, ciągle ma miejsce, a gotowe na wszystko władze czerpią z tego sowite zyski. Inną ciekawą zależnością jakiej doczekałem się w książce jest symbolika Obozu 98. Ósemka oznacza w Chinach wzbogacenie się. Czyż nie o to właśnie chodziło Pianistce, która wykorzystując swoje walory fizyczne, oddawała swoje działo żołnierzowi w zamian za resztki jedzenia? A to przecież nie koniec tropów. Symbolika przybiera tu dużo szerszą formę i tak naprawdę domaga się oddzielnej pracy naukowej. Wieloznaczność barw, użytych przedmiotów, czy nawet wytopionych gwiazd pokazuje, jak drobiazgowa jest ta narracja. W jednej ze scen Pisarz oddala się od swojego obozu, zamieszkuje samodzielnie i na jałowiej ziemi stara się wyhodować niemożliwie wysokie zboże, Aby osiągnąć ten cel podlewa je każdego dnia własną krwią. Sprzedaje więc to, co ma cenniejsze. W zamian otrzymuje jedynie widmo wolności. W tej scenie Lianke ponownie dotyka problemu dobrze nam znanego ze „Snu wioski Ding” – sprzedaży krwi.

Wieloznaczność „Czteroksięgu” wynika też z przyjętej formy narracji. Lianke prowadzi ją w trzech oddzielnych dziennikach, nie ułożonych w żaden zwarty sposób. Raz przytoczy fragment relacji pierwszoosobowej Dziecka, by za chwilę przenieść się do opowieści Pisarza. Całość wieńczy traktat filozoficzny Nowy Mit Syzyfa, który w oryginalny sposób dotyka mitologicznej kwestii nieustającej pracy i przeznaczenia. Choć wszystkie elementy pasują tu do siebie idealnie, a efekt synergii osiąga niesamowite rozmiary, chciałbym bliżej przyjrzeć się roli Pisarza w dziele Lianke. Podobnie jak inni intelektualiści, został on zamknięty w Obozie i musi pracować dla dobra wspólnego. Jego talent do układania słów zostaje jednak wykorzystany przez Dziecko. Pisarz notuje przykłady wszelkich wykroczeń innych więźniów, jakich się dopatrzy w codziennym funkcjonowaniu. A to zakabluje na czytanie zakazanej lektury, a to na romans, a to znowu na ideologicznie nieposłuszeństwo. Jego pióro jest więc narzędziem zagłady i niesie śmierć, ale może być też odkupieniem dla samego twórcy. Tę postać należy odczytywać przez klucz autobiograficzny. Lianke na początku swojej kariery pisarskiej też tworzył dzieła na zamówienie wojskowe. Pisał raporty propagandowe i podobnie jak jego bohater, przyczyniał się do ślepej wiary w działania aparatu władzy, a co za tym idzie, także do zagłady społeczności. Dziennik zamieszczony w „Czteroksięgu” jest więc trochę spowiedzią i przeprosinami, a także prośbą o zrozumienie.

W mitorealistyczna opowieści Lianke spotykają się religia i poddaństwo, inteligencja i naiwne dzieci, odpowiedzialność pisarza oraz tragedia ludzkości. „Czteroksiąg” jest czymś więcej niż literaturą, którą dobrze znamy. To jedna wielka układanka, w której każde słowo ma wiele znaczeń, a pojedyncze wydarzenie może być jasne tylko z pozoru. Im więcej kontekstów poznamy i głębiej będziemy szukać, tym zaczną nam się otwierać nowe szlaki interpretacyjne. To prawdziwy labirynt, który mam wrażenie, dalej w co najmniej połowie jest dla mnie nieodgadniony. Pięknie napisana książka która jednocześnie bawi i przeraża. Dzisiaj nie jest to żaden klasyk, ale za kilkadziesiąt lat nim będzie. To dokładnie ta sama półka co Kafka, Orwell, Huxley czy Camus. Najwyższa półka. I tylko żal pozostaje, że nie opatrzono jej żadnym posłowiem czy przedmową, żadnym słownikiem pojęć i wyjaśnieniami. Pozostawiono czytelnika samemu sobie. A przecież to książka, która najbardziej domaga się dyskusji i pomocy.