Wydawca: Afera
Liczba stron: 176
Oprawa: twarda
Wydaje mi się, że opowiadań z pośmiertnego zbioru Petra Šabacha, wbrew temu, co sugeruje dosadny tytuł, nie warto wrzucać do szuflady z literaturą skandalizującą czy tanim epatowaniem wulgarnością. Znacznie bardziej niż sam przymiotnik „kurewska” zainteresował mnie u czeskiego mistrza wyraźnie obrany kurs na anatomię niespełnienia i ten specyficzny rodzaj samotności, który osładza się jedynie humorem z najniższej półki praskiego szynku. To literatura pisana przy kuflu piwa, ale przez kogoś, kto pod pianką widzi egzystencjalne dno.
Czym więc u Šabacha jest owa tytułowa miłość? Przede wszystkim balastem, kłopotliwym fantomem, czymś, co każe nam robić z siebie idiotów przed sześcioletnią dziewczynką lub alfonsem. Šabach, niczym czujny socjolog z Dejvic, diagnozuje u swoich bohaterów jednostkę chorobową, którą roboczo nazwałbym tęsknotą za jakąkolwiek bliskością.
Już w otwierającym zbiorze opowiadaniu „Księga tysiąca i jednej nocy” dostajemy literacki brawurowy miks. Oto złodziej Pepe (nomen omen, imię jak u filmowego hipopotama-uwodziciela, choć wdzięk raczej wątpliwy) staje się zakładnikiem rezolutnej sześciolatki. To odwrócenie motywu Szeherezady – tutaj to włamywacz musi kupować swój czas bajkami. Traktuję ten utwór jako reprezentatywny dla całego tomu. Šabach bierze sytuację z gruntu kryminalną i odziera ją z mroku, zamieniając w kpiący, niemal szantażujący humor.
Pozostają na chwilę w temacie filmowych skojarzeń. Lektura tego zbioru to dla kinofila nieustanna zabawa w rozpoznaj trop. Autor, którego proza od lat zasila czeską kinematografię, szafuje konotacjami jak asami z rękawa. Mamy przecież „W samo południe”, gdzie zamiast Gary’ego Coopera na gorącym piasku, dostajemy medyczną groteskę „The Pitt”. I tam i tu widzimy, jak wzwód pacjenta spotyka się z impotencją ducha. Jest też Winnetou, pojawia się nostalgia za „Dirty Dancing”, a wszystko to przyprawione jest niemal kafkowską skłonnością do alegorii.
Najbardziej bodaj wprost z tematem wyzwania, jakim jest radzenie sobie z życiem w ogóle, autor mierzy się w opowiadaniu „Berek”. Ten tekst to dyskretnie ironiczna tragikomedia. Motorniczy uciekający pasażerowi – co mogłoby być tylko anegdotką z przystanku – zamienia się w studium szaleństwa wywołanego iluzją kontroli nad losem. Pasażer znika, a tramwajarz zaczyna go szukać w samym sobie. To jest właśnie ten Šabach, który pod maską gawędziarza ukrywa drapieżne pazury psychologicznego oglądu Kunderowskiej proweniencji.
Temat miłości ogrywany jest w niemal każdym tekście ze zbioru. W „Wilii” młodzieńcza desperacja każe wymyślić sobie partnerkę, byle tylko uciszyć matkę. To kłamstwo, które rozprzestrzenia się niczym zakaźna choroba wśród kawalerów, staje się metaforą życia przeszłością i społecznymi oczekiwaniami. W opowiadaniu tytułowym mamy staruszka pod burdelem, który usłyszał „kocham” od prostytutki. To cyniczne, a jednocześnie potwornie smutne. Tu humor nie jest odtrutką, jest symptomem niedorosłości świata do prawdziwych uczuć.
Wydaje mi się więc grubym nieporozumieniem czytanie Šabacha jako tylko śmiesznego Czecha. Pomimo dekoracji z ciepłego piwa i socjalistycznej propagandy (jak w „Duchocie” czy „Jeden za wszystkich!”), autor przedstawia nam się jako badacz jednego zasadniczego problemu – jak przeżyć tę kurewską miłość, nie tracąc przy tym resztek godności?
Proszę więc przeczytać te trzynaście historii jako lek dostępny bez recepty na nasze własne poczucie wyobcowania. Autor "Babć" miał tę niebywałą lekkość, która sprawia, że przy czytaniu o bezdomnym patrzącym na dzika w „Dżokerze” czujemy nie tylko komizm, ale i powagę ludzkiego losu.

Świetna analiza, szczególnie to trafne spostrzeżenie o humorze jako symptomie niedorosłości świata do uczuć. Przekonałeś mnie, że pod tą wulgarnością tytułu kryje się po prostu stary, dobry czeski egzystencjalizm. Dzięki za to przypomnienie, że Šabach to ktoś znacznie więcej niż tylko dostarczyciel anegdot przy piwie.
OdpowiedzUsuń