Recenzja "Wieczna wojna" Joe Haldeman

Wydawca:  Rebis

Liczba stron: 336

Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki

Oprawa: zintegrowana

Premiera: 11 lutego 2020 r.

Rok 1974 był dla literatury bardzo owocny. Swoje premiery miały wtedy książki „Utracona część Katarzyny Blum” Heinricha Bolla, „Postrzyżyny” Bohumila Hrabala, „Jak spotkałem się z rybami” Ota Pavela, „Carrie” Stephena Kinga czy „Wczesne sprawy Poirota” Agathy Christie. Obok tych klasyków, do księgarń trafiły książki Anthony’ego Burgessa. Phillipa K. Dicka, Ursuli K. Le Guin czy Vladimira Nabokova. W październiku Nagrodę Nobla otrzymali Eyvind Johnson i Harry Martinson. Gdzieś obok tych istotnych historycznych momentów, ówcześnie 31-letni Joe Haldeman, wydaje jedną ze swoich pierwszych powieści, „Wieczną wojnę”, która w ciągu dwóch kolejnych lat zgarnia wszystko co najważniejsze, w gatunku science-fiction. Co  ciekawe, mało wtedy znany amerykański autor w finale Nebuli pozostawi w pokonanym boju dzieła dużo bardziej znanych E. L. Doctorowa, Rogera Zelazny’ego, Italo Calvino czy Roberta Silverberga.

Zdobycie Nagrody Hugo i Campbella już na starcie mówi czytelnikowi, że nie będzie to zwykła książka o ekspansji kosmicznej. I tak jest w istocie. Obserwujemy losy żołnierza William Mandella, który dzięki różnicom czasowym przeżywa swoją rzeczywistość o ponad tysiąc lat. Ziemscy koloniści wznoszą kolejne placówki na obcych konstelacjach. W pewnym momencie okazuje się, że jeden ze światów zostaje zniszczony przez nieznaną siłę. To właśnie tam uda się Mandella wraz z grupą rekrutów. Na jednym z księżyców Plutona rozpocznie on morderczą służbę, która usłana będzie niewygodami, głodem i ciągłymi stratami. A także kontrowersyjnymi uciechami.

To jednak nie bieżące trudności będą najważniejszym tematem tej książki. Bohaterowie pierwszych manewrów, poprzez efekt relatywistyczny utkną w pułapce czasu, przez co ich kampania stanie się tytułową wieczną wojną. W międzyczasie na Ziemi zmieni się niemal wszystko: technologia pójdzie do przodu, mentalność ludzi ulegnie zmianie, kwestie moralności i obyczajowości także zostaną poddane modyfikacjom. A wszystko przez problem przeludnienia i wyczerpania zasobów naturalnych, które  Joe Haldeman, podobnie jak inni mu współcześni twórcy, przepowiadał. Mandella i jego nieliczni współtowarzysze staną się prawdziwymi żyjącymi reliktami, ludźmi z innych czasów, którzy doświadczyli tego, czego nowy człowiek już po prostu nie zna.

W tym momencie chciałbym podkreślić trzy kwestie, jakie nasuwają mi się po lekturze tej książki. Po pierwsze język – prosty, dosadny, żołnierski, wiarygodnie oddający realia konfliktów zbrojnych. Po drugie kwestie seksualności i podejścia do życia ludzkiego. Są one zarysowane kontrowersyjnie, bez dbałości o moralny aspekt współżycia w grupie. Wreszcie po trzecie pacyfizm. Trudno między wierszami nie doszukać się odwołań do wojny w Wietnamie, na której sam autor służył kilka lat przed wydaniem książki. Ten aspekt rozrysowany jest dwutorowo: jako permanentny strach o życia oraz efekt niezrozumienia i zagubienia po powrocie do codzienności. Te trzy elementy tworzą łącznie fundament powieści, która nie jest łatwa w lekturze, ale gwarantuje wciąż aktualne przesłanie. Wojna, podobnie jak zachłanni politycy oraz niegodziwi ludzie trwają wiecznie i to ciągle oni mają najwięcej do powiedzenia przy kształtowaniu rzeczywistości. Mocna powieść, która niepozostawia obojętnym, ale której moim zdaniem, daleko jednak do osiągnięć na przykład Stanisława Lema.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey