Recenzja "Drzwi do lata" Robert A. Heinlein

Wydawca:  Rebis

Liczba stron: 264

Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki

Oprawa: zintegrowana

Premiera: 11 lutego 2020 r.

W roku wydania „Drzwi do lata” Robert A. Heinlein obchodził swoje pięćdziesiąte urodziny i był już uznanym w świecie science-fiction pisarzem. Rok wcześniej odebrał drugą w swoim dorobku Nagrodę Hugo (za „Dublera”, wcześniej za „Farmer in the Sky”). Oceniając recenzowaną książkę warto wziąć pod uwagę ten fakt, bo zastosowana tu metoda twórcza nie jest tylko efektem młodzieńczej wyobraźni i nieukształtowanego warsztatu, ale świadomą, wielokrotnie wcześniej ćwiczoną, strategią. Heinlein dokładnie wiedział co chciał napisać i jak to zrobić.

Przystępując do lektury książki wydanej dawno, lubię spojrzeć na otoczenie w jakim powstawała. A rok 1957 był w moim odczuciu jednym z najważniejszych tak dla literatury, jak i filmu. W tej drugiej kategorii swoje premiery miały tytuły, które nawet mało obeznani z tematem widzowie doskonale kojarzą: „Dwunastu gniewnych ludzi”, „Siódma pieczęć”, „Tam, gdzie rosną poziomki”, „Tron we krwi”, „Most na rzece Kwai”, „Lecą żurawie”, „Noce Cabirii” czy „Ścieżki chwały”. Dziś aż trudno sobie wyobrazić, że w jednym sezonie do kin wchodzą nowe obrazy Kurosawy, Bergmana, Felliniego, Kubricka, Kałatozowa, Leana, Lumeta, Wildera, Kazana, Ozu, Antonioniego, Hasa i Munka. Podobnie uznane marki działały intensywnie w świecie literatury. „Szkice piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego, „Kolumbowie. Rocznik 20” Romana Bratnego, „Następny do raju” Marka Hłaski,  „Dzienniki gwiazdowe” Stanisława Lema, „Bakakaj” Witolda Gombrowicza, „Słoń” Sławomira Mrożka, „W drodze” Jacka Kerouaca”, „Działa Navarony” Alistaira MacLeana, „Pnin” Vladimira Nabokova, „Doktor Żywago” Borisa Pasternaka, „Los człowieka” Michaiła Szolochowa czy „Voss” Patricka White’a. To wszystko klasyki, wciąż żywe, mimo upływu czasu. Jakby tego było mało, nawet najważniejsze literackie nagrody dostosowały się do wysokiego poziomu – Nobla otrzymał Albert Camus a Pulitzera Eugene O’Neil za „Zmierzch długiego dnia”.

Nie jest łatwo zaistnieć w takim gronie, tym bardziej że segment science-fiction też działał intensywnie (wydane powieści Asimova czy Fredricka Browna). Na szczęście dla samej książki, Heinlein odcinał się od ambicji tworzenia artystycznych modeli przyszłości. Jego książki z założenia mają luźno nawiązywać do ważnych dzieł kultury, ale przede wszystkim powinny bawić i gwarantować dobrze spędzony czas. „Drzwi do lata” w tym aspekcie sprawdzają się idealnie. Sama fabuła jest stosunkowo prosta, a też pytania do jakich zmierza, pojawiały się już w literaturze wielokrotnie. Dan Davis jest utalentowanym wynalazcą, który wraz z grupą wsparcia tworzy robota domowego. Mimo że akcja początkowo została osadzona w roku 1970, robot potrafi wykonać praktycznie każdą pracę porządkową. Ta cudowna rzecz nie jest jednak drogą do sukcesu i bogactwa Dana. Jego współpracownicy wykorzystują naiwność inżyniera i przypisując sobie całe zasługi, wprowadzają go w stan depresji. Tu pojawiają się pierwsze pytania tej książki, o naiwność, dwulicową naturę człowieka i sposoby radzenia sobie z traumą.  

Heinlein nie byłby Heinleinem gdyby w tym momencie skupił się na rozwijaniu wątków psychologicznych. Zamiast tego ucieka się do fantazji. Najpierw swojego protagonistę pogrąża w Długim Śnie, a następnie przenosi do czasów Milenium, gdzie nic nie jest już takim, jak było dawniej. Podróże w czasie stoją na porządku dziennym, stąd też zraniony bohater wraz ze swoim towarzyszem niedoli – kotem, postanowią zemścić się na swoich oprawcach. I tu znowu wchodzimy na grunt refleksji typowych dla literatury science-fiction: o kształt przyszłości, nowoczesne technologie, przenoszenie się między przestrzeniami, zemstę, sprawiedliwość. Wszystkie one wybrzmiewają w książce z typową dla Heinleina łatwością i pozorną powierzchownością. „Drzwi do lata” nie tworzą piętrowych dyskursów, za to całkiem skutecznie potrafią rozbawić i zainteresować. 

Jeśli właśnie tego szukacie w literaturze – dobrej zabawy, nieoczywistych zagrań fabularnych, prostej formy i specyficznego kota, lektura „Drzwi do lata” będzie idealna. Nie doszukiwałbym się w niej jakichś głębszych sensów. To zupełnie inny przypadek, niż wydana w tym samym czasie „Wieczna wojna”. Tam czuć trud codzienności, piekło wojny, rozwiązłość, zagubienie we wszechświecie. Tu jest po prostu lekko, z przymrużeniem oka. I dobrze, bo takie książki też są potrzebne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey