Recenzja "Krzywe zwierciadło" Alex Wieseltier

Wydawca: Forma

Liczba stron: 134


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Premiera: sierpień 2022 rok

Gdy już wydaje mi się, że o Holokauście powiedziano wszystko, przychodzi taki Alex Wieseltier i odwraca narrację. W jego najnowszej książce - „Krzywe zwierciadło”, znajduje się kilkanaście (może kilkadziesiąt) mikroopowiadań, będących relacjami o Zagładzie. To co zwraca uwagę, to fakt, że autor mówiąc o przeszłości, silnie akcentuje to co tu i teraz. Istotna jest nie tylko pamięć, ale też konsekwencje historii dla funkcjonowania przyszłych pokoleń, co być może nie jest czymś nowatorskim, ale nadaje kwestii drugiej wojny światowej nowej energii.

Pierwsza historia i już jest ciężko. Oto opowieść Józwa o Asi – „małym gównienku” znalezionym w chlewiku i przygarniętym na wychowanie. To z pozoru zwykła relacja o ukrywaniu i miłości, która silnie akcentuje ludzkie postawy – „Niektórzy to nawet prosili, żeby ich zawieźć do Niemców”. Skłonność do bronienia własnego interesu w imię pozornego bezpieczeństwa czy bogactwa prowadzi do przemocy tak tu, jak i w wielu innych opowiadaniach. Dowodzi, że w obliczu zagrożenia uległość i brak lojalności jest powszechna, zdarza się ze strony nieznajomych, ale także bliskich przyjaciół. Czy da się z tym iść później przez życie? Tak, choć wracanie do przeszłości jest dla winnych niezwykle trudne.

Im dalej brniemy przez książkę, tym ciężar gatunkowy spisanych relacji jest bardziej bolesny. A może inaczej – od nagromadzenia trudnych wyborów, oschłości względem rodziny czy zwykłego tchórzostwa, czujemy się coraz bardziej przytłoczeni. Poznajemy ofiary, oprawców, świadków, potomków tych, którzy ginęli w imię ludzkiej głupoty, albo kilku sztabek złota. Jedne historie dobrze już znamy, przeczytaliśmy o nich w literaturze przedmiotu i na stałe weszły do naszego światopoglądu (choć mogły dotyczyć odmiennego miejsca, nazwisk czy nacji). Inne wydają się wręcz filmowe, niemożliwe do zaistnienie, w jakiś sposób zaaranżowane. Jak chociażby wtedy, gdy wyjątkowo podobna do siebie para, dowiaduje się prawdy o swoim pochodzeniu. Albo w innym miejscu, gdy pojawia się młody Jerzy Kosiński, wygadujący się nieopatrznie, że jest Żydem. Nie ma jednak wątpliwości, że wszystkie zdarzyły się naprawdę, że życie napisało tysiące scenariuszy, które wcale nie zakończyły się 8 maja 1945 roku.

Zwraca uwagę podejście autora do pracy z tekstem. Mimo pokusy, aby pewne rzeczy podkreślić, aby na podstawie gotowego story zrobić pełną zwrotów akcji, poruszającą historię o życiu w „modnych czasach” wojennych, on pozostawia surowy tekst. Rozmówcy opowiadają własnym języku. Dzięki temu każdy utwór ma inny rytm, indywidualne brzmienie i fakturę. Nie ma tu choćby słowa autorskiego komentarza. Nie ma opinii, układania jednego obrazu danej społeczności. Nawet Niemiec mógł być „dobry”, gdy pozwolił przetrwać pewnej Żydówce i jej małej córeczce. Wieseltier w „Krzywym zwierciadle” pokazuje, że zło, zawód, krętactwo, fałsz czy nieuczciwość zdarzały się wszędzie. Ale pokazuje też, jak należy o tym mówić.

„Nam powiedzieli, że jak mamy jakieś stare porachunki, to wolna wola.

No to trochę się tym Żydom dostało.

Rodziny bolszewickie to potraciły chałupy, bo je popalono.

Ale największe używanie było u tych bogatych.

Oni to nawet do naszego proboszcza przylecieli, żeby ich bronił.

Ale ksiądz proboszcz na nich nakrzyczał i powiedział, że nie będzie się

wtrącał w prywatne porachunki. A wikary tylko potrząsał głową i nic nie powiedział.

Nie. Żadnego mordowania Żydów u nas nie było.

Ot. Pomogli my ich zgonić, jak Niemcy zarządzili zbiórkę na wyjazd do getta.

A ja, razem z innymi chłopakami, ganialiśmy i wynajdowaliśmy tych, co się chcieli ukryć.

Mienie pożydowskie to się wzięło. Im i tak już do szczęścia niepotrzebne.

Te wozaki dobrały się do tych pokoików Katza. I czego tam nie znaleźli!

Pieniądze, jakieś papiery własności, weksle. Ludzie się obłowili.

Ksiądz proboszcz przymknął na to oko, bo cała wieś była w to zamieszana, a i on sam leżał niezdrowy.”

„Krzywe zwierciadło” to niejednoznaczny, wielowarstwowy zbiór opowiadań, o dużym ładunku emocjonalnym. Lektura będzie nękać, smucić, wdzierać się do serca. Warto to czytać jako przestrogę. Patrzenie na własny interes, kreowanie sztucznych podziałów, obojętność czy poddanie się zbiorowej agresji, nigdy nie prowadzą do czegoś dobrego. Jest to szczególnie ważne dzisiaj, gdy świat stoi przed licznymi wyzwaniami klimatycznymi, politycznymi, ekonomicznymi i zbrojnymi. To bardzo dobra książka, wynik ogromnej pracy i poszukiwań. Pewnie, gdyby wydało ją Czarne, mówilibyśmy dzisiaj o mocnym kandydacie do najważniejszych polskich nagród.

Recenzja "Szczodrość syreny" Denis Johnson

Wydawca: Karakter

Liczba stron: 208


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Krzysztof Majer
 
Premiera: 30 lipca 2022 rok

Jest coś takiego w prozie Denisa Johnsona, co łączy różne gusta i wrażliwości. Dawno już nie było przetasowań w czołówce najchętniej kupowanych zbiorów opowiadań na stronach dużych hurtowni. Carlos Ruiz Zafon, Stephen King oraz lektury („Latarnik” czy „Katarynka”) od miesięcy okupowały podium i żadna nowość, czy to mainstreamowa, czy bardziej niszowa, nie była w stanie tego impasu przerwać. Aż do „Szczodrości syreny”, która w miesiąc po premierze jest na pierwszym miejscu wśród popularnych opowiadań na bonito i taniejksiążce. Jakby tego było mało, w sierpniowej edycji Bestsellerów Księgarń Kameralnych książka amerykańskiego pisarza zajęła trzecie miejsce, tuż za „Zanim wystygnie kawa” i „Empuzjonem” (czyli powieściami). To pokazuje, że Denisa Johnsona lubią czytać i ci, którzy szukają w literaturze rozrywki i ci, którzy traktują czytanie jako możliwość odkrywania innych wymiarów rzeczywistości.

Gdy Denis Johnson umierał w 2017 roku, z wielu stron płynęły słowa uznania i smutku. Swoje stanowiska zajmowały czasopisma literackie i gazety w całych Stanach Zjednoczonych, ale też zwykli ludzie w mediach społecznościowych. Właśnie te wydarzenia uzmysłowiły, że fanów Syna Jezusa – najsłynniejszego, nagradzanego zbioru opowiadań pisarza, jest więcej, niż pozornie mogło się wydawać. Ten fenomen przenosi się właśnie na rynek polski. I dobrze, bo Johnsona wydano naprawdę niewiele i jest tu jeszcze sporo pracy przed wydawnictwami.

„Szczodrość syreny” jest zbiorem pięciu wydanych pośmiertnie opowiadań. Warto podkreślić, że trzy z nich były wcześniej publikowane w New Yorkerze i Playboyu. Wszystkie łączy motyw śmierci, utraty i życiowej porażki. Mówienie o tym jest tak wyraźne, tak świadome, że traktowanie ich jako ostatniego rozdziału twórczości autora, ale także jako komentarza do ostatnich dni życia, wydaje się niezbędne.Ten, kto zna styl pisarza domyśla się, że mimo ciężkiej tematyki, same opowieści napisane są lekko. Wszystkie zamieszczone teksty są z jednej strony poważną medytacją nad banałem odchodzenia, z drugiej oryginalnymi opowieściami o outsiderach i ich dziwnych losach. Bohaterami są tu ludzie przygnębieni, narkomani, więźniowie, osoby z marginesu. Johnson nazywa ich zbłąkany aniołami i pokazuje ich codzienność, w którą niepostrzeżenie wplata się coś nieoczekiwanego. Tak właśnie powstaje dramat ukazujący humor i okrucieństwo rzeczywistości.

Dobrze to widać już w pierwszym, tytułowym opowiadaniu. Rozpoczyna je scena przyjęcia. Starzejący się człowiek opowiada historię spotkania w gronie przyjaciół. Podczas poobiedniej rozmowy pojawia się temat ciszy. Każdy z obecnych wspomina sytuację, gdy doświadczył najgłębszej ciszy. I tak jeden mówi, że był to głos jego żony, kiedy powiedziała mu, że już go nie kocha. Inny przywołuje w pamięci relacje z niepełnosprawnym bratem, który potrafił publicznie wyrzucić z siebie hasła o masturbacji i zapachu penisa. Meandrując między powagą i humorem, między dramatem i komedią, Johnson doprowadza scenę do finału, w którym weteran wojny w Afganistanie opowiada o ciszy po tym, gdy został ranny. Co będzie dalej, nie powiem, ale musicie uwierzyć, że jest to równie zaskakujące, jak scenografia „Widna wolności” Bunuela.

Za mało Wam świeżości? Przeczytajcie kolejne teksty. Chociażby ten, w którym skazany na śmierć więzień dostaje śmiertelny zastrzyk, nie poznając wcześniej prawdy o swojej żonie. Albo o człowieku piszącym listy do papieża z ośrodka odwykowego. Ciekawy jest też przypadek poety aresztowanego za próbę naruszenia grobu Elvisa Presleya. Co ważne, ta dziwność ma określony cel i nie jest nim tylko przykucie uwagi czytelnika. Johnson buduje rusztowanie warstw znaczeniowych powolnie, jedne anegdoty kończą się, a ich miejsce zajmuje właściwa historia. Każdy moment, każde pojedyncze zdanie niesie ze sobą znaczenie w stosunku do poprzedniego. To łączenie nie zawsze jest jednak wyraźne, bywa abstrakcyjne i trzeba naprawdę dużo uwagi, żeby zrozumieć, co tak naprawdę autor chce nam powiedzieć.

Tym razem nie będę puentował własnymi słowami. Nie będę pisał o niepowtarzalnym stylu, o którym pisałem już przy poprzednich książkach. Zamiast tego cytuję słowa autora, w których zawarł on najlepsze podsumowanie całego zbioru: „Gdy mnie tam trzymali, zastanawiałem się, czy to więzienie nie jest jakimś punktem, w którym spotykają się dusze. Nie mam pojęcia, co począć z faktem, że tych samych gości widywałem w swoim życiu jeszcze wiele razy, niejednokrotnie w snach, czasem w rzeczywistości-właśnie skręcali za róg, popatrywali z okna przejeżdżającego pociągu, znikali za drzwiami kawiarni dokładnie w momencie, gdy podnosząc wzrok. rozpoznawałem ich – i w związku z tym mam wrażenie, że wszechświat każdego z nas jest tak naprawdę bardzo mały, nie większy niż okręgowe więzienie, skupisko cel, w których człowiek wpada ciągle na tych samych skazańców”.

Zbiór znalazł się na liście "Najlepsze zbiory opowiadań 2022 zdaniem Melancholii Codzienności".

Recenzja "Słowo i płeć" Janina Koźbiel

Wydawca: JanKa

Liczba stron: 308


Oprawa: miękka ze skrzydełkami
 
Premiera: 15 października 2022 rok

„Słowo i płeć” to trzeci zbiór rozmów Janiny Koźbiel (wcześniej mogliśmy poznać „Słowo i sens” oraz „Słowa i światy”). Śladem poprzednich części, także i tu bohaterami są ludzie słowa: uznani pisarze i pisarki, poetki. kompozytor, językoznawczyni. Lista rozmówców jest naprawdę imponująca: Marcin Cielecki, Julia Fiedorczuk, Brygida Helbig, Inga Iwasiów, Eliza Kącką, Jacek Kleyff, Katarzyna Kłosińska, Anna Piwkowska, Janusz Rudnicki, Wit Szostak i Agata Tuszyńska. Zagłębianie się w ich odpowiedzi, poznawanie myśli, poglądów oraz metod twórczych, jest nie lada gratkę. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej, bo cały tom pełni dla mnie także inne funkcje.

Już pierwsza rozmowa i mocny temat. Brygida Helbig jest przecież autorką „Innej od siebie”, w której podjęła próbę przybliżenia polskiemu czytelnikowi postaci Marii Komornickiej/Piotra Własta. Jest więc tu sporo o kwestiach tożsamości płciowej, ale nie tylko. Ciekawie mówi pisarka o feminatywach, które jej zdaniem wcale nie powinny być forsowane na siłę. Później ten wątek wróci też w innych rozmowach, pokazując jak złożona jest to kwestia i jak wiele postaw można względem niej przyjąć. Od technicznego problemu nazewnictwa rozmowa dość płynnie przechodzi w rejony osobiste, w kobiece myślenie metaforami, w słowa, które kształtują duchowość, wreszcie w relacje z rodzicami i ich konsekwencje dla ewolucji psychiki potomstwa.

Kolejne rozmowy i mnożące się tematy. O tożsamości, tym razem w nieco innym znaczeniu, mówiła Agata Tuszyńska. Autorka „Żonglera” otwarcie oznajmia, że nie rozumie postawy Romaina Gary’ego, podwójnego laureata Nagrody Goncourtów. Zastanawia ją brak wyraźnego wyartykułowania swojej żydowskości. Pisarka wspomina, że ofiarom Holokaustu należy się pamięć, szczególnie od osób, które są związane z żydowskim rodowodem. Czy jednak taka postawa jest konieczna? Czy literatura w swój zawoalowany, symboliczny sposób nie mówi czasami więcej, niż konkretne świadectwo? Czy wszystko musi być dosłowne – czarne albo białe? W rozmowie poruszonych jest też szereg innych kwestii: przenoszenie energii przodków, istota reportażu, powtórzenia w tekście. Ciekawe, oryginalne, otwierające spojrzenie na literaturę i pamięć. Daje do myślenia.

O jeszcze jednym wątku muszę tu wspomnieć. Chodzi o kwestię dyskusji w ogóle, a o sens i formę jej prowadzenia w szczególe. Zestawiam tu ze sobą dwie rozmowy. Pierwsza, z Ingą Iwasiów, która wspomina o hejcie. Zapytana o wulgarność języka strajku kobiet wspomina „Ja nie jestem zwolenniczką rozluźnienia języka, ale jestem zwolenniczką adekwatności”. Na drugim biegunie jest Jacek Kleyff, który o feminizmie mówi tak „Tym tematom powinna towarzyszyć wszechogarniająca kosmiczna majestatyczna cisza. Mam swoją teorię na temat mówienia w ogóle. Uważam, że naturalnym, przyrodzonym stanem człowieka jest milczenie”. Strategie są więc odmienne, ale obie podkreślają moc języka, która może płynąć zarówno z jego żywości, jak i z przemilczenia. Katarzyna Kłosińska dodaje, że „język nie jest tylko, jak wielu sądzi, narzędziem komunikacji, ale jest przede wszystkim narzędziem poznania”. Trudno się z tym nie zgodzić.

Tematów, wątków, dyskursów jest to naprawdę wiele. Każda rozmowa ma swój smak i rytm. Jedne przebiegają w wysokich rejestrach i dotyczą spraw ogólnych (jak chociażby wspomniany wywiad z Katarzyną Kłosińską), inne ogniskują się wokół interpretacji konkretnego dzieła w kontekście tytułowego słowa i płci (Marcin Cielecki), a jeszcze następne są mocno potargane (Janusz Rudnicki – „Ja wolę głupią babę niż mądrego faceta. Ja z mężczyznami zasypiam, z kobietami się budzę”). Jedenaście głosów przedstawia jedenaście punktów widzenia na tematy aktualne. Jest tu i polityka, i religia, i macierzyństwo lub jego brak, a nawet szyszkarstwo.

Wspomniałem wcześniej, że „Słowo i płeć” to dla mnie nie tylko zbiór mądrych rozmów na aktualne tematy i precyzja w formułowaniu myśli. To też swoisty podręcznik, jak prowadzić wywiady. Janina Koźbiel ma na nie plan. Gdy coś zbacza z toru, potrafi na niego wrócić. Jest aktywna i elastyczna, analizuje odpowiedzi rozmówców i zagłębia się w nie. Umie słuchać, a to wcale nie jest normą w tych czasach. Zwraca uwagę też przygotowanie – przeczytanie dziesiątek książek, tomów poetyckich i esejów. I to przeczytanie bardzo dokładne, wyszukujące zależności, rozszyfrowujące metafory i wątki biograficzne. To robi wrażenie i sprawia, że każdy wywiad ma swój koloryt, jest ciekawy i wnoszący nowe treści do przedmiotu opracowania.

W tym kontekście można zadać sobie pytanie, czy można czytać „Słowo i płeć” bez znajomości tych wszystkich tekstów kultury? Bez wiedzy, kim są bohaterowie „Cudzych słów”, „Tlenu”, „Pod słońcem”, „Ku słońcu” czy „Archipelagu Lewiatana”? Oczywiście można. Pewnie część z padających słów przekona nas do sięgnięcia po te książki. Myślę jednak, że im większa wiedza odbiorcy, tym nagroda płynąca z lektury będzie cenniejsza. Inaczej czyta się wywiad, w którym padają znane nam imiona, niż taki, w którym wszystkiego trzeba się domyślać.

Podoba mi się także pomysł na sam zbiór. Jest główna myśl, jest konsekwencja w jej egzekwowaniu, jest różnorodny dobór rozmówców (którzy nie zawsze są łatwymi modelami do przepytania), jest wreszcie wstęp. Stanowi go kilkustronicowy esej na temat „Empuzjonu” i „Szczelinami”. Tej pierwszej nie znam, bo złapało mnie to, co kiedyś Roberta Walsera „Odmówiłem dziś lektury pewnej książki, która zyskała szalone powodzenie i z racji tej okoliczności towarzyszącej pozostawiła mnie zupełnie obojętnym, budząc we mnie raczej potrzebę przeczytania dzieła autora, któremu całkiem brak powodzenia”. Imponująca jest jednak analiza drugiego utworu. Tu mogę w pełni docenić jasność umysłu autorki książki. Widać, że Janina Koźbiel poświęca sporo czasu na czytanie, na badanie sensu słów, wersów, zdań. Chciałbym, aby właśnie tak dzisiaj czytano literaturę. Abym sam tam umiał ją czytać.

„Słowo i płeć” to nie jest poradnik o tym, dlaczego temat tożsamości płciowej i ciała stał się tak popularny. To raczej zbiór różnorodnych punktów widzenia, z którego wypływa myśl, że o płci pisze się od jakiegoś czasu, że można do tej kwestii podchodzić wielorako i że każde słowo należy analizować w kontekście całej wypowiedzi. To wreszcie prezent dla czytelników, którzy mogą poznać różne filozofie życia, przejrzeć się w nich jak w zwierciadle, zastanowić się nad istotą bycia tu i teraz.