Recenzja "Korszakowo" Jakub Michalczenia

Wydawca: Korporacja Ha!art

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: grudzień 2020 r

Istnieją pisarze, których unikalnego głosu nie sposób pomylić z jakimkolwiek innym. Jednym z nich bez wątpienia jest Jakub Michalczenia, urodzony w 1986 roku w Kętrzynie, autor wydanego niedawno przez Korporację Ha!art zbioru opowiadań „Gigusie”. W 2016 roku nakładem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich ukazało się „Korszakowo”, debiutancki tom opowieści o prostym, nieskomplikowanym życiu elementu z Korsz. Cztery lata później książka doczeka się wznowienia, a zamieszczone w nim historie będą nie tylko ponownie zredagowane, ale także uzupełnione o nowe opowiadanie.

Już pierwsze opowiadanie w „Gigusiach” dotyka życia Cina, młodocianego przestępcy, który za swoje wykroczenia trafił do więzienia. Na temat jego przeszłości wiemy niewiele, ot parę informacji wypływających podczas rozmowy z odwiedzającą go rodziną. Te biograficzne niejasności rozwiewa nam lektura „Korszakowa”. Tu także pierwsze skrzypce należą do Cina chociaż młodszego, unikającego szkoły, wynajmującego tępego goryla, który będzie dla niego gwarancją bezpieczeństwa podczas handlu proszkami. Rozpoczęcie przygody z dziełami Michalczenia od „Gigusiów” wiąże się ze świadomym wniknięciem do świata literatury, który już funkcjonuje, a właściwy jego początek mógł przybrać różnoraki kształt. Coś tam możemy podejrzewać, ale jak udowadnia autor, niekoniecznie przypuszczenia będą zawsze zgodne z prawdą. W „Gigusiach” nie uzyskujemy odpowiedzi na parę istotnych kwestii, nurtujących czytelnika podczas lektury. Skąd bierze się to całe lumpowskie zachowanie bohaterów? Jak to się stało, że Pełne Gacie, Spermojad i Czołodup nazywają się tak, a nie inaczej? Dlaczego kolej, jest w tej historii tak ważna? Między innymi te kwestie wyjaśnia „Korszakowo”, chociaż sprowadzenie jego roli do uzupełnienia wątków, byłoby krzywdzące. Po przeczytaniu całości, śmiało mogę postawić tezę, że ‘najnowsze’ dzieło Michalczenia to nie tylko blokowe scenki opowiedziane łamaną polszczyzną. To czarująca swoim sarkazmem symfonia, łącząca w sobie zarówno geniusz kompozytorski, jak i liryczny. Trzyma też bardzo wysoki poziom poprzedniej książki autora.

Czytanie „Korszakowa” jest jak podróż do innych czasów. Już pierwsze zdanie książki - „Nie tak z własnej i nieprzymuszonej woli wstał Cino z wyra tego akurat dnia” – obiecuje nam kontynuację strategii pisania surowego i realistycznego. Język narratora oraz poszczególnych postaci, jest przede wszystkim bardzo naturalny, oderwany od słownika poprawności politycznej. Czuć tu przesiąknięcie tym małomiasteczkowym klimatem. Widać, że autor stamtąd pochodzi, tam się wychował, mimowolnie stał się jednym z puzzli tego otoczenia. A jednocześnie umie ustawić się w cieniu, oddać głos innym w ich codziennych, mało znaczących rolach. Michalczenia przyjmuje bardzo trafną optykę pisania tego jak było, nie tego, jak on to widział, ani co o tym myślał. Nie konfrontuje opisywanych kadrów z innymi punktami odniesienia, nie pisze pod potrzeby mieszczuchów, którzy chcą oglądać polską prowincję jako krainę pełną nostalgii, albo wręcz odwrotnie, jako miejsce całkowitego zaprzedania duszy diabłu. Autorowi z Kętrzyna udaje się osiągnąć coś jeszcze innego – jego świat jest tak mocno naturalny i niedorzeczny jednocześnie, że zyskuje wymiar nadrealny. Jest w tym też zasługa odpowiedniego doboru scen – na tyle oburzających, że człowiek wpada w zdenerwowanie, ale przy tym też zwyczajnych i wielokrotnie przedstawionych zabawnie, przez co czytelnik upatruje w nich swojego dawnego otoczenia i charakterów. 

Mogłoby się wydawać, że opowiadania bardzo celnie trafiają w krytykę postsocjalistycznego systemu. Widmo transformacji krąży nad całą opowieścią, chociażby we wspomnieniach Pana Jankowskiego, relacji z życia Moniczki Dynksiary czy bogatej w szczegóły dokumentacji kolejarskiego bytu małej miejscowości. Choć nie jest to powiedziane wprost, czuć tu myśli Władysława Tatarkiewicza, który w „Historii filozofii” w rozdziale poświęconym Spinozie pisał tak „czyny ludzkie są tak samo wytworem konieczności, jak wszystko inne, i one nie są wolne”. To właśnie bezwzględny, opresyjnie ustawiony przez państwo byt i takaż konieczność, kształtują bardzo określony model życia człowieka. Bohaterowie poszczególnych historii od dzieciństwa doświadczają samych wykluczeń: muszą zarabiać na siebie, są bici, zaniedbani, molestowani przez rówieśników, niewyedukowani. Podpatrują starsze pokolenia, które nie dbając o jakość swojej egzystencji, mówią do młodszych na przykład tak, jak Pan Jankowski w jednej ze scen „Te narkomaniaki to powinne się w dupcię nawzajemnie poładować, a nie brać te gówiena!... Jakby ciebie zapuszkowali, jak mojego syna, to w więzieniu byłbyś cwelunem!…”. Padające tu wulgarne słowa, wygrażanie policją, chowanie po kątach szmuglowanych zza granicy papierosów, niema akceptacja dla handlowania narkotykami – wszystko to determinuje późniejsze dzieje wyrzutka.

Autor szczególnie wysokie tempo narzuca w opowiadaniach, traktujących bezpośrednio o dzieciach. Skupia się tam nie tylko na ich języku i otoczeniu, ale także na rekwizytach: lokomotywach, grach, tortach lodowych, winie. W ten sposób buduje skansen końcówki XX wieku, w którym naprawdę sporo się dzieje, chociaż niekoniecznie tego dobrego. W zbiorze nie brakuje również momentów wolniejszych. W opowiadaniu „Kolejorze”, ważniejsze od fabuły jest tło całej historii. To bodaj jedna z najważniejszych części składowych całego cyklu, łącząca historyczną rolę Korsz z wyjaśnieniem dziedziczności łobuzerskich zachowań oraz istotą sąsiedzkich waśni. Udowadnia też, że w tym całym portretowaniu małej ojczyzny, jest pomysł, a sam układ miniatur nie jest przypadkowy.

Jakub Michalczenia w „Korszakowie” mówi o tych samych tematach, co w „Gigusiach”, ale robi to jeszcze bardziej surowo, jeszcze mocniej i dobitniej. Wybrane fragmenty, na przykład związane z pójściem w krzaczki czy do piwnicy, jeżą włosy na głowie, mimo że przecież są ukazane w sposób bardzo humorystyczny. Czytanie tej książki to trochę śmiech przez łzy. Dojmującej beznadziei i zdeterminowanej wcześniej przyszłości nie da się bowiem przykryć żartem, mimo że ci młodzi ludzie bezustannie starają się tak właśnie działać. Najbardziej boli jednak podejście dorosłych, którzy swoim brakiem zainteresowania utwierdzają w kolejnych pokoleniach taki model życia. Jak pokazuje Michalczenia, ta ich stagnacja i brak ambicji też nie wzięła się z niczego. To lektura zdecydowanie osobna, mówiąca dużo, a przede wszystkim wymykająca się szablonom relacji melancholijnych. Jej styl zachwyca, a używane, powykręcane słowa, dobrze podkreślają wrogą przestrzeń, w której dzieje się akcja. To żadne wydumane bzdety o samotności, odrzuceniu i nietolerancji. To konkretny sierpowy, który niejednego dobrze postawionego jełopa, zwaliłby z nóg. Krótkie, gęste i polifoniczne. Tu każde słowo ma swoje miejsce, a co trzecie zdanie uderza jak skórzany bicz. Język kipi energią i czarnym dowcipem, a jednocześnie jest brutalny i pełen awersji. To w nim dostrzegamy powolną agonię wyższych uczuć i ludzkich relacji. Aż chciałoby się wierzyć, że to tylko surrealizm. Taka literatura jest nam obecnie bardzo potrzebna.

Recenzja "Na obcej ziemi" Izrael Jehoszua Singer

Wydawca: Fame Art

Liczba stron:  226

Oprawa: twarda

Tłumaczenie: Krzysztof Modelski

Premiera: 4 czerwca 2020 r

Izrael Jehoszua Singer dla przeciętnego czytelnika jest postacią anonimową. Do tej pory w Polsce ukazały się trzy jego powieści: „Josie Kałb” wydana przez Wydawnictwo Graffiti w cyklu „Najpiękniejsze Romanse”, „Bracia Aszkenazy”, najpierw w 1992 roku puszczona w świat przez wydawnictwo Sagitta, później poprawiona i ponownie wprowadzona do użytku przez Wydawnictwo Dolnośląskie oraz promowana przez to samo wydawnictwo „Rodzina Karnowskich”. W czerwcu 2020 roku, w 95 lat od premiery, polski czytelnik ma wreszcie możliwość zapoznać się ze zbiorem wczesnych opowiadań „Na obcej ziemi”, który na nowo przypomina sylwetkę pisarza.

Twórczość literacka Izraela Jehoszua Singera pozostaje w cieniu osiągnięć jego młodszego, nagrodzonego swego czasu Noblem, brata. Tymczasem niebywały kunszt literacki starszego z Singerów, pozwala przyporządkować jego dzieła do grupy czołowych dzieł literatury jidysz. W odróżnieniu od wznowionych niedawno „Opowiadań chasydzkich i ludowych” Icchoka Lejb Pereca, który proste migawki z życia Żydów wzbogacał o mistyczną aurę i cudowne oddziaływanie Obecności Bożej, Singer stawia na realizm, i to ten rodzaj realizmu, tak dobrze nam znany z dzieł Flauberta czy Gorkiego. Można w tych rozważaniach iść zresztą nieco dalej. Autor „Josie Kałb” opisuje Żydów maksymalnie obiektywnie, bez zaangażowania emocjonalnego. Czuć w tym podejściu jakiś rodzaj antyromantyzmu, a może nawet naturalizmu inspirowanego twórczością dziś już praktycznie zapomnianego Icchaka Majera Weisenberga. W jego opowiadaniach brak rozbudowanych opisów przyrody, charakterystyki budowli, układów miasteczek. Z drugiej strony w „Na obcej ziemi” zachwyca ciekawość ludźmi, szczególnie tych prostych, oddających się różnorodnym uciechom i walczących z codziennymi problemami. Są oni szkicowani impresjonistycznie, z silnym naciskiem na subiektywne, ulotne wrażenia. W tym sensie proza Singera jest osobna i pionierska w literaturze jidysz.

Jednym z ciekawszych zabiegów narracyjnych Singera jest pobieżne szkicowanie swoich bohaterów. Czytelnik na ogół nie dowie się jak naprawdę wyglądali, czy nosili brody, jakiego koloru mieli włosy, ani czy zakładali kolorowe ubrania. Efektem takiej strategii jest odmalowanie pejzażu pozbawionego barw, któremu towarzyszy pesymistyczny wydźwięk większości opowiadań. Czarno-biały wymiar prozy pomaga Singerowi w skupieniu się na wnętrzu. W jego opisach dominują myśli i problemy ludzi. Jego bohaterowie trwają w świecie, którego nie rozumieją i nie są w stanie go zmienić. Są zwykle samotni i nierozumiani przez otoczenie, niejednokrotnie bije od nich zło i gotowość na poniesienie ostatecznej klęski. Większość przestrzeni jest całkowicie rozmyta, a jeśli już coś zostaje przez pisarza wyostrzone (na przykład zwierzęta czy proces grupowy), ma za zadanie oddać status społeczny, nastrój czy przeżycia bohatera.

Jednym z ważniejszych tematów poruszanych przez Singera jest sposób obrazowania kontaktów z chrześcijanami, którzy wbrew pozorom, ukazani są jako osoby pozytywne i prawe. W jednym z najlepszych opowiadań zbioru – „Krew”, bohaterem jest Symcha-Binem, prawdopodobnie nieślubny syn córki żydowskiego szynkarza i miejscowego rzeźnika. Symcha podejmuje decyzję o przechrzczeniu, co tłumaczy nie tylko presją ze strony męża matki, ale także wyśmiewającymi i znęcającymi się nad nim kolegami z chederu. Zmiana wiary nie wpłynie jednak na status młodego Żyda. Silniejsze od postaw jest prawo krwi, dlatego ostatecznie Symcha zostanie nie tylko chrześcijaninem, ale także rzeźnikiem, jak jego prawdziwy ojciec.

„Na obcej ziemi” prezentuje całą paletę postaci żydowskich. W różnych opowiadaniach pojawiają się: zamożny antykwariusz z Warszawy, mełamed, szynkarz z małego miasteczka, rzezak, rosyjscy chłopi, żydowscy kupcy, żołnierze, samotne dziewczęta, czekające całymi dniami na spełnienie ich marzeń, osoby chore, czekające na śmierć, prostytutki czy sieroty zaniedbane przez rodzinę. Ta różnorodność charakterów, świetnie kontrastuje ze stałością problemów, z jakimi się spotykają. Singer mówi o braku tolerancji na nowość, o przemocy, zarówno tej rodzinnej, jak i przenoszonej przez pokolenia, o zdziczeniu człowieka, pod wpływem otoczenia, o oddawaniu się uciechom kosztem innych osób, wreszcie o fanatyzmie i naiwności. To świat bez przyszłości, całkowicie zdeterminowany przez ślepą tradycję. Opowiadania Singera to nie jest kolejny nostalgiczny pejzaż wspomnień, ukazujący świat wschodnioerupejskich Żydów. To wyraźna i dosadna krytyka minionej rzeczywistości, boleśnie obnażająca jej najgorszą stronę. Jedna wielka historia, zawarta w kilku małych tekstach, całkowicie pozbawionych moralizatorstwa. Wielka literatura.

Recenzja "Niewidoczne życie sióstr Gusmao” Karim Aïnouz

Reżyseria: Karim Aïnouz

Czas trwania: 2 godz. 25 min.

Kraj produkcji: Brazylia


Premiera: 20 maja 2019 rok

Na początek warto zauważyć, że „Niewidoczne życie sióstr Gusmao” jest ekranizacją, o czym często się zapomina. Jego literacki pierwowzór wyszedł spod ręki utalentowanej brazylijskiej pisarki Marthy Batalhy. Zanim jednak książka trafiła do druku w niemieckim wydawnictwie Suhrkamp, była wielokrotnie odrzucana przez rodzimych wydawców. W maju 2019 roku także polski czytelnik uzyskał możliwość zapoznania się z tą powieścią dzięki Wydawnictwu Muza.

Film Karima Aïnouza jest filmem jakby żywcem wyciętym z innej epoki. Akcja przenosi nas do połowy wieku XX do Rio de Janeiro. Tam poznajemy dwie siostry: Guide (Julia Stockler) oraz Euridice (Fernanda Montenegro i Carol Duarte). To właśnie aktorki i kreowane przez nie postaci będą niosły ten film i sprawią, że zamiast prostego melodramatu, otrzymujemy dzieło wielkiego formatu. Guide dopuszcza się miłości zakazanej z greckim marynarzem. Jak w szekspirowskiej tragedii podejmuje szereg błędnych decyzji, które doprowadzą ją do nieplanowanej ciąży i odtrącenia z bezpiecznego rodzinnego ogniska. Najgorsza będzie jednak rozłąka z siostrą. Kobiety będą chodziły po tych samych ulicach, będą kupowały w tych samych sklepach i oglądały te same wystawy. Będą robiły to samo, ale oddzielnie. Nie dowiedzą się, jak blisko siebie funkcjonują. Tajemnica narzucona przez rodziców oraz bariery klasowe będzie granicą nie do przejścia.

Aïnouz silnie eksponuje wątek klasowy, ale jeszcze większy nacisk kładzie na wątek feministyczny.  I tu ważna uwaga! To nie jest kolejny produkt myślowej mody ani mało znaczący komentarz do współczesności. Reżyserowi udało się z dość pospolitych składników ułożyć historię przekraczającą bezbarwność melodramatycznej konwencji, przede wszystkim ze względu na umiejscowienie akcji w dawnych czasach oraz dzięki pracy filmowego języka. Spokojna narracja, nastawiona na mimikę i gestykulację aktorów oraz budowanie relacji między bohaterami sztuki, pozwala realnie wejść w inny świat, podejrzeć go od drugiej strony lustra. To już nie jest ta banalna metoda wyciskania łez i emisji spod znaku jedzenia popcornu, chwilowego wzruszenia i oczywistych ujęć zaczerpniętych z podręcznika operatora filmowego. Zamiast tego bywa ciężkostrawna, często odpychająca, bolesna, realna. Aïnouz dał głos rodzinnej krzywdzie, kobiecej samotności. Uwiarygodnił swoją relację dzięki forsowaniu naturalistycznego obrazu życia, a nie poprzez próbę sprostania oczekiwaniom masowego widza.

Ważne są tu małe sceny, dopracowane jak obrazy Pielgrzyma Życia. Uczucie zagubienia wprowadza już pierwsze ujęcie. Euridice i Guida znajdują się w cieniu Jezusa z Rio de Janeiro, gdzie obserwują bezmiar oceanu. Marzą o przyszłości, sięgają myślami do nieosiągalnych projekcji. Mimo pięknej wizji, od razu podskórnie wyczuwamy, że coś tu jest nie tak. Klaustrofobiczna praca kamery wprowadza nas w gąszcz tropików, przez które przyjdzie przedzierać się bohaterkom w drodze do domu. Za chwilę stracą się z oczu, napięcie urośnie jeszcze bardziej. Jedyną obroną przeciwko rozstaniu będzie krzyk rozpaczy, który tym razem pomoże. Będzie to jednak doskonałe wprowadzenie i przestroga przed tym, co czeka protagonistki w przyszłości.

Brazylia jawi się w filmie jako miejsce nieprzyjazne dla kobiet. Marzenia Euridice o zostaniu muzykiem muszą zostać porzucone, aby mogła ona pełnić określone role społeczne przypisane jej płci. Guida ma jeszcze trudniej – błędy młodości i niechciane dziecko z nieznanym mężczyzną przemienią jej życie w codzienną walkę o przetrwanie. Kontrast między bogatymi i szanowanymi mieszkańcami, a przeciętnym człowiekiem jest bardzo wyraźny. To nie jest miejsce, gdzie chciałoby się budować i wysłać dzieci. Właśnie dlatego film jest przerażająco smutny. Pokazuje zło bez jego brutalnej strony. Odkrywa też, jak łatwo można wypierać fakt bycia niszczonym dzień w dzień przez to wszystko, co sami uznajemy za normę. Niewidoczne życie sióstr Gusmao” to bardzo mocna narracja o opuszczeniu, deficycie miłości i niesprawiedliwości. Film który warto obejrzeć z wielu powodów.

Recenzja "Zbój" Robert Walser

Wydawca: PIW

Liczba stron:  200

Oprawa: twarda z obwalutą

Tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz

Premiera:  14 maja 2020 r

W. G. Sebald, słynny niemiecki pisarz, w swoim zbiorze esejów „Opis nieszczęścia”, niedawno wznowionym przez Wydawnictwo Ossolineum, jeden tekst poświęcił Robertowi Walserowi. Przygląda się tam jego życiu, zachowaniom, inspiracjom, a także dziełom, między innymi „Zbójowi”, którego nazywa „najbardziej udanym i śmiałym dziełem Walsera”. Pisze też takie zdanie „Sam Walser zauważył kiedyś, że w gruncie rzeczy w kolejnych drobnych utworach prozą pisze wciąż tę samą powieść, powieść, którą można by określić „jako wielorako pociętą albo pokawałkowaną księgę własnego Ja”. Ten cytat bardzo dobrze oddaje to, co czytelnik otrzymuje w „Zbóju”, gdzie paradoksalnie owo Ja praktycznie nie występuje.

Sebald napisał w recenzji "Zbója" Roberta Walsera "to najbardziej udane i śmiałe dzieło Walsera"

Ustawianie Walser na jednej półce z Kafką, Beckettem, Proustem czy Joycem nie jest tylko czczą przechwałką. Pisarstwo szwajcarskiego autora właściwie od samego początku lokowało się poza głównym nurtem literatury, wyznaczając tym samym nowy, osobliwy styl. Prawdopodobnie właśnie dlatego, jeszcze za swojego życia Walser nie spotkał się z należnym uznaniem, nawet wśród czytelników o wyrobionym smaku literackim. Musiał podejmować się wielu pobocznych aktywności jako urzędnik bankowy, kopista, sekretarz, sprzedawca, bibliotekarz, lokaj, aktor teatralny. Nie umiał też osiąść na stałe w jednym miejscu, a w pewnym momencie, został naznaczony chorobą psychiczną, czego efektem było spędzenie kilka ostatnich lat w szpitalu psychiatrycznym. To właśnie trudne doświadczenia życiowe, stały się wyznacznikiem tematyki „Zbója” – książki o ludziach i ich niepokojących skłonnościach, ale przede wszystkim o przyjmowaniu trudów z pogodą ducha. 

"Zbój" Roberta Walsera rozszerza pojęcie literatury

„Zbój” jest dziesiątą książką Walsera wydaną w Polsce i dziewiątą tłumaczoną przez Małgorzatę Łukasiewicz. Ostatnie spotkanie z prozą autora Jakuba von Guntena” polscy czytelnicy odbyli w 2013 roku za sprawą „Mikrogramów” firmowanych przez Korporację Ha!art. Ta, dzisiaj już niedostępna książka, nigdy nie doczekała się szerokie nakładu i rozgłosu. Można więc wysnuć wniosek, że w ciągu ostatnich piętnastu lat, polski rynek wydawniczy o Walserze zapomniał, a przez to sylwetka autora zatarła się w świadomości odbiorców. Warto więc w tym momencie wspomnieć o nietypowym warsztacie pisarza. W posłowiu do wspomnianej książki Arkadiusz Żychliński i Łukasz Musiał stwierdzają, że dla chociaż częściowego zrozumienia twórczości Roberta Walsera, należy rozszerzyć pojęcie literatury, tak aby objąć nim „aspekty czysto fizyczne”, a więc piszącą rękę, materiał i narzędzie. Chodzi tu oczywiście o formę zapisu dzieła, które zgodnie z konkluzją badaczy jego twórczości, nigdy nie miało zostać wydane jako powieść. Pisarstwo Walsera było bardzo techniczne, co sam autor kwituje słowami „Wiem, że jestem czymś w rodzaju powieściopisarza-rzemieślnika”. „Zbója” zapisywał ołówkiem na małych kawałkach papieru za pomocą bardzo drobnego pisma. Te porozrzucane w różnych miejscach urywki myśli i anegdoty, po latach złożono w jedną całość. Jak można się domyślać, forma zapisu ma realny wpływ na zawartą treść. Nie ma tu wielkich zdarzeń, linearnie przedstawionych myśli i uczuć, pogłębionych portretów psychologicznych, ani nawet czegoś, co można byłoby nazwać klasyczną fabułą. To raczej zbiór szkiców, przedstawiających różnorodne charaktery i swobodne skojarzenia, które równie szybko się pojawiają, jak i znikają. Tworząc je, Walser miał świadomość niedoskonałości aktu twórczego, dlatego nigdy ich nie poprawiał, ani nie kreślił. Pisanie od nowa w ogóle nie było rozpatrywane. Aż trudno pomyśleć, żeby w dzisiejszych czasach ktoś zastosował tak trudną technikę, a przy tym uzyskał tak krystaliczny efekt.   

"Zbój" Roberta Walsera jest labiryntem, z którego nie chce się wychodzić

„Zbój” jest więc układanką rodzinnych wspomnień, strumienia pamięci, obserwacji i refleksji zachowań społecznych, a także aforyzmów. Te ostatnie pojawiają się w książce bardzo często (np. „Dręczymy się wzajemnie, ponieważ wszyscy jesteśmy czymś udręczeni. Człowiek mści się najchętniej w stanie dyskomfortu, mści się, nie dlatego, że jest zły, ile dlatego, że doświadcza czegoś złego”). W innych okolicznościach, napisałbym że książka trąci przez to banałem i rości sobie prawo do bycia przewodnikiem po życiu. U Walsera mają one jednak inne zadanie, autor nie mógł ich pominąć, gdyż jego dzieła są nieodłącznym elementem życia, równie naturalnym, co picie wody. Słowa książki bardzo często nie mają w sobie jakiegoś przesłania czy znaczenia. Nawet jeśli któryś wątek zaczyna przybierać ramy małej opowieści, Walser może go drastycznie uciąć i skierować swoje oczy na inny, mało znaczący szczegół otoczenia. Można powiedzieć, że „Zbój” jest napisany jako swego rodzaju manifest destrukcji – jedna historia niszczy kolejną, prowadząc nieubłaganie do morza zapomnienia. Nie należy przy tym zapominać, że w tych urywkach mieści się wielka mądrość, ironia, skrywany żart, ciągły ruch. Ale także uśmiech. Bo „Zbój” uczy, że nawet w otoczeniu szubrawców i chamstwa, warto wyluzować, zachować dobry humor i bawić się po zbójecku. W tym sensie wydane niedawno przez Państwowy Instytut Wydawniczy dzieło, jest tworem osobliwym, kunsztownym, niemożliwym do zaszufladkowania czy porównania, obrazem skazanym na pożarcie przez proste gatunkowe narracje. A przy tym powieścią, która nigdy nie zginie.