Recenzja "Nie mam własnego imienia" Yu Hua

Wydawca: Wydawnictwo Akademickie Dialog

Liczba stron: 376

Tłumaczenie: Małgorzata Religa

Oprawa: miękka

Premiera: 23 lipca 2019 r

„Nie mam własnego imienia” zawiera dwadzieścia opowiadań cenionego chińskiego pisarza Yu Hua. Urodzony w kwietniu 1960 roku w Hangzhou artysta był naocznym świadkiem wielu bolesnych zdarzeń z okresu rewolucji kulturalnej. Dorastał bez książek, a jego głód słowa pisanego był tak duży, że potajemnie czytał przechodzące z rąk do rąk, zakazane egzemplarze. Często nie znał ani ich tytułów, ani autorów. Zdarzało się nawet, że pierwsze i ostatnie strony były wyrwane, przez co nie miał możliwości zgłębić rozpoczęcia i zakończenia dzieła. Jak wspomina w jednym z wywiadów „Wierzę, że moje pierwsze prawdziwe czytanie zaczęło się od plakatów z dużymi postaciami podczas rewolucji kulturalnej. Duże postacie były pełne kłamstw, oskarżeń, donosów i ataków”. Literatura Yu Hua wyrosła więc na biedzie, deficycie i własnej inwencji. I to czuć w jego historiach.

Opowieści zebrane w zbiorze są w większości rozpisane realistycznie. Dotyczą spraw codziennych i pospolitych emocji, które mogły zdarzyć się wszędzie. Część z nich, to krótkie, zwięzłe migawki, inne stanowią zalążki niewielkich nowel. Chiny, ukazane są w nich mniej lub bardziej dramatycznie, zaskakujące albo ironiczne, potraktowane raz z nostalgią, innym razem ze współczuciem. Pozytywnie zadziwia też umiar w bezpośrednich odwoływaniu się do systemu i polityki. Sporo jest za to narracji, w których eksponowana jest przemoc i smutek. Już na początku zbioru możemy zapoznać się z niewielką relacją o ludzkim egoizmie i uciekaniu od odpowiedzialności. Napisana w 1986 roku „Śmierć” to swoiste zwierciadło ludzkiej pychy, która w specyficznych okolicznościach może prowadzić do tragicznej zemsty. Bohater tej narracji potrąca dziecko na rowerze. Zamiast udzielić pomocy, ucieka, a pogrążone w bólu istnienie, tonie razem z pojazdem w okolicznym jeziorze. Po latach sytuacja się powtarza, chociaż zamiast chłopca, tym razem ofiarą nieuważnego kierowcy jest dziewczynka. Jego reakcja jest jednak inna. Powracające wspomnienia i wyrzuty sumienia kierują jego uwagę ku niesieniu pomocy. Los jednak nie chce mu tej dobroci wynagrodzić. Mieszkańcy okolicznej wioski zatłuką go na śmierć, w imię odwetu za utracone życie członka lokalnej społeczności.

O przemocy, tej fizycznej, Yu Hua opowie także w dwóch innych historiach – „Przodkach” oraz „Chłopcu o zmierzchu”. To bardzo wyraziste i mrożące krew w żyłach narracje. Pierwsza, bazująca na kanwie surrealizmu, traktuje o przyjaznych, czarnych potworach, które niezrozumiane przez mieszkańców wioski, zostają wybite sierpami i bronią palną. W „Chłopcu o zmierzchu” będzie jeszcze smutniej, bo tu ofiarą przemocy pada głodne dziecko, które w celu przetrwania kradnie jabłko. Bezwzględny właściciel straganu – Sun Fu – wyłamuje młodemu złodziejowi palec, przywiązuje go do kramu i każe krzyczeć o tym co zrobił. To on jest w opowieści Hua wcieleniem zła, ale prawdziwie nieczyści i zdemoralizowani są też wszyscy ci przechodnie, którzy nie reagują. „Chłopiec o zmierzchu” mówi nie tylko o zemście, czy nieuchronności losu, ale też o ludzkiej obojętności na krzywdę.

W „Nie mam własnego imienia” realizm czasami odchodzi na dalszy plan z uwagi na nieprawdopodobieństwo zdarzeń lub narratora. Przykładami tego typu narracji są przytoczeni wcześniej „Przodkowie”, „Wspomnienia i egzekucje”, czy parodia wuxia xiaoshuo – „Kwiat Śliwy i krew”. O tej ostatniej historii warto powiedzieć nieco więcej, nie tylko dlatego, że jest osobliwa i specyficzna, ale też z uwagi na jej przekaz, będący niejako kontynuacją tej samej myśli, którą Hua wplata w większość swoich opowieści – czyń dobro, a będzie ci to zwrócone, działaj w imię egoizmu i zła, a przyjdą na ciebie sądne dni. Bohaterem „Kwiatu Śliwy i krwi” jest mężczyzna u progu dorosłości.  Zostaje on wysłany przez matkę, aby odszukać i pomścić morderców jego ojca. Jego wieloletnie tropienie jedynych świadków, Zielonego Obłoku i Białego Deszczu, choć nieefektywne, okazuje się nad wyraz skuteczne. W decydujących momentach nasz bohater nie myśli o sobie, pomaga innym przekazując informację, a ci bez porozumienia z nim, załatwiają jego powinność. Nie przeczytamy tu o rozlewie krwi, o szalonych pojedynkach czy zawoalowanych intrygach. Autor świadomie odrzuca utarte w wuxia xiaoshuo schematy i na fundamencie nadrealnej legendy, kreuje piękną historię o altruizmie i poszukiwaniu sensu życia.

Analizując „Nie mam własnego imienia” nie sposób nie wspomnieć o typowym  bohaterze Yu Hua. Jest nim chłopiec lub młody mężczyzna, na ogół niedostosowany do życia w społeczeństwie. To niedostosowanie, może przybierać różne formy. W „Osiemnaście lat i w podróży” jadący autostopem młodzieniec za wszelką cenę chce ratować dobytek przypadkowo napotkanego rozwoziciela jabłek, przez co spotyka go ostracyzm i samotność. Bohater „Dlaczego mam się ożenić” odwiedza przyjaciółkę. Nakryty przez kolegę na korzystaniu z łazienki, zostaje posądzony o zdradę. Zamiast obrony, przystaje na propozycję szybkiego rozwodu i ślubu ze swoją przyjaciółką. Jeszcze bardziej szalony jest narrator „Dlaczego nie ma muzyki?”. Znowu mamy zdradę, tym razem całkiem realną, uwiecznioną na kasecie wideo. Jednak nie ona będzie dla podmiotu problemem, a fakt, że żona powie o nim, iż podczas seksu „się nie rusza”. To zdanie przysłoni cały jego świat. Na koniec warto bliżej przyjrzeć się tytułowej opowieści, bo tam niedostosowanie jest wyjątkowo wyraziste. Narratorem jest głupek, który nic nie rozumiał. Odzywał się do wszystkich, niezależnie jak go nazywali. „Nie miałem własnego imienia, ale kiedy wyszedłem na ulicę, dostawałem więcej imion, niż ktokolwiek inny. Ludzie wołali do mnie tak, jak im się akurat spodobało. Jeśli akurat kichali, wołali na mnie Apsik, jeśli właśnie wychodzili z klozetu, wołali Papierdodupy. Kiedy machali do mnie ręką, nazwywali mnie Chodźtu, kiedy mnie odpędzali, nazywali mnie Idźstąd. Dawali mi jeszcze takie imiona jak Pies, Chuda Świnia i jeszcze różne inne. Jakkolwiek na mnie wołali, zawsze odpowiadałem”. Wiecznie wykorzystywany i wyśmiewany, nigdy nie zazna litości i spokoju. 

Yu Hua oddaje głos tym, którzy na co dzień go nie mają. Nie bez przyczyny mówi „Rzeczywistość jest bardziej niedorzeczna niż fikcja. Trudno jest przekazać absurd rzeczywistości w powieści”. Te słowa nabierają też innego wymiaru, gdy weźmie się pod uwagę jego narracje nacechowane ironią i czarnym humorem. W „Północno-zachodni wiatr w środku dnia” człowiek pójdzie na pogrzeb nieznanej mu osoby i połączy się w bólu z matką zmarłego, która ostatecznie pod wpływem emocji, weźmie go za syna. W „Wyrostku” dwaj mali bracia na tyle uwierzą w szaloną opowieść ojca lekarza, że gdy ten zachoruje, będą kazali operować mu się samemu. Wreszcie w „Wybuchu w powietrzu” będziemy obserwować typowego lowelasa, który najpierw zgarnie szajkę znajomych, aby pomogli mu w odpędzeniu zazdrosnego męża kochanki, a później zniknie z ich radaru, uganiając się za kolejną ofiarą. To przykłady opowieści, gdzie ciężar gatunkowy i duszna atmosfera, ustępują miejsca obserwacji życia w nieco jaśniejszych barwach. Mimo niesprzyjających, czy wręcz tragicznych okoliczności (pogrzeb, napad wyrostka), wymowa utworu pozostaje dydaktyczna i z gruntu żartobliwa. 

Proza Yu Hua dotyka wielu ważnych tematów: wyobcowania, miłości, zdrady, przyjaźni, zemsty, porzucenia, samotności, rodzicielstwa. Chiński autor używa języka pozbawionego emocji, prostego, często ironicznego. Nadaje to jego opowieścią nietypowy w naszej kulturze charakter podskórnego humoru. To właśnie dzięki temu, jego trudne w odbiorze, smutne i momentami brutalne narracje, tak silnie oddziałują na czytelnika. Yu Hua nie potrzebuje krzyczeć. Doskonale wie, że cisza i dystans w opisie cierpienia, działają najintensywniej. Świetnym przykładem jest tu opowiadanie „Na moście”. Wszyscy wiemy, do czego podchody męża zmierzają, a i tak w momencie ujawnienia jego intencji, czujemy złość, żal i frustrację, że niestety się nie pomyliliśmy. Także dlatego, że ludzie są jacy są. Że my jesteśmy jacy jesteśmy. Bo „Nie mam własnego imienia” to w głównej mierze proza o prostych ludziach, ich elementarnych potrzebach, niekończących się błędach i niemożności wzbicia się ponad codzienność. To taka kronika przypadkowych życiorysów, które potwierdzają tezę, że żyć wcale nie jest łatwo. Przejmująca lektura.

Recenzja "To nie przypadek" Przemysław Semczuk

Wydawca: Rebis

Liczba stron: 352

Oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami

Premiera: 4 czerwca 2019 r

Po niedawno przeze mnie czytanej, doskonałej książce „Kryptonim Frankenstein”, opowiadającej dzieje jednego z największych polskich zbrodniarzy XX wieku, zastanawiałem się, jak Przemysław Semczuk poradzi sobie z fikcją. Było to dla mnie tym bardziej frapujące, że autor wybrał sobie cokolwiek trudny gatunek – kryminał już niczym czytelnika nie może zaskoczyć, dlatego trzeba nie lada umiejętności i wyobraźni, żeby przedstawiona historia weszła w czytelniczy krwioobieg odbiorcy. W szczególności mam tu na myśli adresata takiego jak ja, który za kryminałami nie przepada, zbyt często nacinał się na rozdmuchane przez media bestsellery. 

Może zanim o ocenie, skupię się trochę na treści. Będzie ona cennym podłożem mojej dalszej argumentacji. „To nie przypadek” przenosi nas do lat 90. XX wieku. Okresu transformacji ustrojowej, prób bogacenia się we wcześniej niedostępnych branżach, czasu rodzącej się różnorodności i nabierającego tempa dualizmu gospodarczego. Miejscem akcji jest głównie Zgorzelec, którego wybór, wydaje się rozwiązaniem optymalnym. To tam szara strefa przybiera niebotyczne rozmiary, a konkurencja nie omija nawet świata przemytniczego. Gdzie indziej lepiej ukazać absurdy tamtej rzeczywistości?

Na położonych nieopodal Zgorzelca karkonoskich szlakach Straż Graniczna znajduje zamarznięte ciało studenta. Zawartość jego plecaka wskazuje, że nie był to turysta, ale typowa mrówka, szmuglująca w puszkach materiały wybuchowe. Ich destynacja będzie jedną z zagadek patronujących tej książce. W tym samym czasie, w biały dzień znika młoda dziewczyna. Zaginięcie jest o tyle zagadkowe, że jej ojciec nie wygląda na człowieka specjalnie sprawą przejętego. Co innego jej chłopak i wielbiciel, którzy na własną rękę starają się odnaleźć ukochaną. Jest jeszcze tajemnica ostrzelanego auta. Nie wiadomo ani kto strzelał, ani gdzie znajduje się podziurawiony pojazd. Czy może w ogóle nie istnieje? Jak w tych okolicznościach rozwiązać zacieśniający się labirynt dwuznaczności?

Jest intryga, muszą być też dzielni policjanci sprzątający nagromadzony bałagan. Paweł Ciszewski, znany czytelnikowi z pierwszej części serii „Komisarz Ciszewski”, dostaje w przydziale nowego pomocnika – urokliwą aspirant Joannę Kaczmarek. Delikatność pięknego stróża prawa jest tu tylko pozorna, a rodzące się między parą funkcjonariuszy uczucie będzie nie tylko szablonowe, ale także przedstawione bez namiętnego polotu. Cichy i Kaczmarek reprezentują w tej powieści jasną stronę mocy. W szeregach policji jest także konkurent – ambitny, acz niespecjalnie inteligentny komisarz Albin Plesiński. To on będzie podrzucał parze bohaterów kłody pod nogi, a ostatecznie okaże się także, zgodnie z przyjętych schematem, przegranym. Szeregi policyjnej grupy uzupełnia młody obiecujący aspirant Robert Małecki (nie wierzę w przypadkowość imion i nazwisk!).

„To nie przypadek” jest rozpisanym na kilka głosów kryminałem, w którym każdy ma swój czas i swoje miejsce. To jedna z tych książek, które zamiast krwawych starć i ciągłego napięcia, serwuje czytelnikowi stopniowe dochodzenie do prawdy. Zmieniający się narratorzy, każdorazowo posiadający odmienny punkt widzenia, są dla nas jedynym źródłem wiedzy o toczących się potyczkach. Mylenie tropów jest więc tu naturalne, stanowi immanentną część ludzkiej psychiki, nie jest tworzone na siłę. Inna sprawa, że rozwiązanie zagadki jest aż nazbyt oczywiste, a w pewnym momencie wcale już na nie nie czekałem, obawiając się tego, co ostatecznie otrzymałem. Przemysław Semczuk wykorzystuje kalki doskonale nam znane z książek Agathy Christie i innym klasyków gatunku. Nie omija też postaci natrętnego dziennikarza czy wyluzowanego księdza, co tylko pcha mnie ku zarzutowi koniunkturalizmu. 

Książka Przemysława Semczuka udowadnia, że autor najsilniej czuje się tam, gdzie mówimy o prawdzie i faktach. Sposób odwzorowania dawnych realiów: rodzące się struktury mafijnej machiny, przykłady metod szmuglowania towaru, znajomość historii ulic, ładunków wybuchowych, broni i ciekawych przypadków granicznych kradzieży, budzi mój czytelniczy respekt. Wyobrażam sobie, jak trudno wejść w tekst, który tak bardzo różni się od dzisiejszego, wirtualnego świata. W tym Przemysław Semczuk jest mistrzem i nawet klasyczna, zawiła fabuła bazująca na prostych schematach, nie zniechęci mnie do sięgania po kolejne tytuły autora. Tym bardziej, że czasami można natknąć na kameralne odwołanie do powieści Hłaski „Następny do raju”, którą przecież uwielbiam.

„To nie przypadek” zachwyca mnie opisanym otoczeniem. Lubię razem z bohaterami przenieść się czasami do pierwszych w Polsce pizzerii, lub nie zawsze czystych knajp, w których prowadziło się szemrane interesy. Cieszę się także z możliwości poznania realiów świata rodzącej się mafii i życia w strefie przygranicznej. Tym bardziej że zostało to przedstawione bez nagromadzenia przemocy. To największe atuty książki, które w dużej mierze przysłaniają niedostatki w zakresie sztampowych postaci i opartej na kliszach fabuły. Ostatecznie, dla mnie „To nie przypadek” jest nie tyle kryminałem, ile wehikułem, który obrazuje mi minione czasy. A to dla mnie dużo cenniejsze, niż nawet najbardziej zagmatwana intryga.

Recenzja "Opowieść o trzech siostrach” Emin Alper

Reżyseria: Emin Alper

Czas trwania: 1 godz. 48 min.

Kraj produkcji: Grecja, Holandia, Niemcy, Turcja


Premiera polska: 30 sierpnia 2019 rok

„Opowieść o trzech siostrach” może wydać się dla polskiego odbiorcy swoistą kontynuacją strategii obranej przez tureckich reżyserów. Autor, podobnie jak wcześniej jego bardziej znani rodacy – Nuri Bilge Ceylan oraz Semih Kaplanoglu, porzuca obserwowanie wielkomiejskiego szumu na rzecz wnikliwej wiwisekcji życia tureckiej prowincji. Znowu piękno krajobrazu anatolijskich gór, zostaje zestawione z nużącą egzystencją w miejscu oderwanym od cywilizacji. Reżyser wykorzystuje trzy żywoty, by na ich fundamencie zbudować obraz atawizmów tkwiących pod naskórkiem społeczeństwa rozrywanego przez dualne prądy zmian. Mimo stosunkowo niedużego doświadczenia Emin Alper jest w swojej realistycznej narracji bardzo konsekwentny. Niczym obojętny obserwator kieruje kamerę na różne sytuacje i charaktery, dzięki czemu udaje mu się osiągnąć harmonijny pejzaż ludzkiej natury, z wszystkimi jej bolączkami  socjologiczno-gospodarczo-politycznymi. 

„Opowieść o trzech siostrach” nie bez przyczyny porównuje się do Czechowa. Nie chodzi tu nawet, o dość oczywiste skojarzenie ze sztuką „Trzy siostry”, ale o motyw przewodni kina gadanego. W najnowszym filmie twórcy „Blokady” często do wzniecenia długich rozmów wystarczy byle pretekst. To z nich wyłania się świat leniwie meandrujący między toczącymi się zdarzeniami, wciąż niespełnionymi ambicjami i odrazą dla miejsca, w którym przyszło żyć. Emin Alper nie eksploatuje dialogu do granic możliwości (w przeciwieństwie do Ceylana), stawia za to na wieloznaczność i emocje. Sposób, w jaki kreuje swój świat zadziwia trafnością spostrzeżeń na temat stanów psychicznych bohaterów, a także precyzyjnym oddaniem detalu. Medytacja drugiego tła jest tu czasami ważniejsza, niż to co dzieje się w pierwszym planie. Podobnie jak i fabuła, która jest dla autora w gruncie rzeczy pretekstem do refleksji na temat zderzania życiowych planów z rzeczywistością, dojrzewania,  realiów społecznych w dzisiejszej Turcji, a także relacji rodzinnych. 

Jako bohaterki swojego dzieła obiera trzy zupełnie różne charaktery. Reyhan (Cemre Ebuzziya) jest całkowicie podporządkowana woli swojego mało zaradnego męża. To ona została oddalona z miejskiej pracy z powodu zajścia w ciążę. Nurhan (Ece Yuksel) nie ma wystarczających kwalifikacji, do roli opiekunki dzieci, przez co szybko zostaje zwrócona do domu rodzinnego, nadal jednak pozostając pod silnym urokiem swojego byłego pracodawcy. Najmłodsza siostra – Havva (Helin Kandemir), jest ulubienicą ojca. To w niej pokłada największe nadzieje. Jej powrót na prowincje wynika ze śmierci podopiecznego. Zamknięte gdzieś między górami, w miejscu gdzie bajkowe uroki mają świeżość co najwyżej tygodniową, będą od nowa wykonywać wszystkie te czynności, których tak nienawidzą – prać ręcznie, oporządzać podwórze, przygotowywać ajran, słuchać ojca i rozmawiać. A może nie tyle rozmawiać, co marzyć i narzekać przy pomocy słów. One zdają sobie sprawę, że w mieście życie jest prostsze. Ich świat pozbawiony jest znanych nam rozrywek i wygód. W tej pozbawionej nazwy miejscowości, nie ma telewizorów, pralek, smartfonów, Internetu, ani kanalizacji. Jest za to trud, brud, smród i brak perspektyw. 

Dla  Alpera ważne jest, aby na bazie realizmu, zbudować obraz o metafizycznym wymiarze. Chce, aby codzienność wybrzmiewała nie tylko w sferze lirycznej dzieła, co przywodzi na myśl dokonania Tarkowskiego czy Angelopoulosa, ale także w tej bardziej prozaicznej sferze dramaturgicznej, opartej na dialogu. To w rozmowach autor próbuje odnaleźć odpowiedzi na ważne pytania stawiane nam przez rutynę dnia powszedniego. W tych wszystkich niekończących się słowach, poprzez które komunikujemy się ze światem zewnętrznym i w których wciąż istnieje nadzieja na wypracowanie jakiegoś kompromisu. Trochę jak w filmach Kiarostamiego i Panahiego, gdzie język mówiony, jest swoistym kodem przekazywania wszystkiego tego, czego oczy ujrzeć nie potrafią.

„Opowieść o trzech siostrach” to film, w którym silną rolę odgrywają antagonizmy: męska zatwardziałość – kobieca uległość, bajkowa kraina – klaustrofobiczne więzienie domowe, prowincja – miasto. Wszystkie zostają odpowiednio podkreślane przez subtelną muzykę i doskonałą pracę kamery, raz portretującą urokliwe, barwne krajobrazy, innym razem skupiającą się na grymasach aktorów.  Emin Alper oraz jego współpracownicy korzystają z dorobków innych reżyserów, ale ich opowieść, mimo że nie nowa, jest osobista, a przez to autentyczna i godna obejrzenia. 

Recenzja "Non Stop" Brian W. Aldiss

Wydawca: Rebis

Liczba stron: 296

Tłumaczenie: Maciej Raginiak

Oprawa: całopapierowa

Premiera: 6 sierpnia 2019 r

W 2019 roku opowieść o statku-arce zmierzającym w nieznane przestworza może nie robić już wielkiego wrażenia. Jest przecież dostępnych kilka podobnych fantazji z różnych dziedzin sztuki, z książką Lema na czele. Odkryliśmy też nowe technologie, dzięki którym tego typu operacja mogłaby zostać od biedy zrealizowana (chociaż zdaje się nie przy takim rozmachu), a dodatkowo, jako ludzkość, byliśmy już w kosmosie. Nasza wyobraźnia ma zatem pewne skojarzenia, tworzy gotowe klisze, które ułatwiają przyjęcie wizji Aldissa za możliwą.

Ale Aldiss nie pisał w 2019 roku, tylko ponad sześćdziesiąt lat wcześniej. Żeby bardziej unaocznić tę druzgocącą różnicę między tym co obecne, a tym co znane autorowi „Non stop” zwróćmy uwagę, że w momencie wydania książki, w 1958 roku w atmosferze spłonął pierwszy sztuczny satelita Ziemi Sputnik 1, w Pekinie otwarto Port Lotniczy, Elvis Presley został powołany do wojska, Nikita Chruszczow został premierem ZSRR, a 16 sierpnia urodziła się Madonna. Były to czasy, gdy ludzie oglądali w kinach fantastyczne trio: Marlon Brando, Montgomery Clift i Dean Martin w filmie „Młode lwy”, a na szczytach list przebojów obok Presleya sadowili się Domenico Modugno, The Everly Brothers czy David Seville (kto dzisiaj ich jeszcze pamięta?). W tym właśnie klimacie idea lotu międzygwiezdnego, tym bardziej odbywanego przy wykorzystaniu wielkiego, nieznanego, nieodkrytego i samowystarczalnego statku kosmicznego, mogła szokować. Albo nawet nie tyle szokować, co zachwycać lub denerwować (niemało głosów z tamtych czasów wspomina o bajkowym wymiarze tej książki).

„Non stop” nie jest jednak bajką, a historią ze wszech miar mroczną. Ów cień dominuje nie tylko w warstwie fabularnej i opisach otoczenia, ale także w sferze psychologicznej postaci. Oczywistym skojarzeniem może być „Władca much” Goldinga. Co prawda tam grupa ocalałych chłopców trafiła na całkiem urodziwą, bezludną wyspę, jednakże i ona budziła w nich przestrach. Statek Aldissa też jest taką zamkniętą przestrzenią, gdzie na każdym kroku czai się jakieś niebezpieczeństwo.  Zamieszkuje go wiele plemion. Ile? Tego tak naprawdę nikt nie wie. Nie ma tu dzielnych Obieżyświatów czy dobrych czarowników, którzy chętnie dzielą się swoją wiedzą. Ekspedycje podobne do tej, którą będziemy obserwować na kartach książki są rzadkością, i nawet jeśli ktoś raz w nie wyruszy, później z nich nie wraca. My jednak mamy szczęście. Trafiamy w sam środek kryzysu rodzącego się w plemieniu Greena. To z niego pochodzić będzie szalona drużyna, na czele której stanie kapłan Marapper. Pewnego dnia uciekną od stagnacji i braku perspektyw, by szukać Sterowni. Niektórych ciągnąć będzie chęć poznania odmiennego świata, inny właśnie doświadczył straty kobiety, jeszcze następny będzie chciał po prostu objąć władzę nad całym statkiem.

Aldiss zaproponował swoje własne uniwersum. Jego świat jest klaustrofobiczny, wszędzie zarośnięty ponikami. Jest trochę jak w dżungli, gdzie roje komarów i duchota nie pozwalają czuć się swobodnie. Bohaterowie dotrą też do sztucznego akwenu wodnego. Nie odkryją jednak jego tajemnic. Pozostanie nam jedynie wyobraźnia kłębiąca mrowie pytań, kto w tym morzu żyje. W pewnym momencie trafimy do dziwnej przestrzeni, gdzie prawa grawitacji zostaną zachwiane. Nie dowiemy się jednak, ani dlaczego, ani po co. Tak jest i trzeba to przyjąć za dobrą monetę. Są wreszcie przewody wentylacyjne opanowane przez wszędobylskie, zmutowane szczury. O tym jakie jest ich znaczenie, dowiemy się dopiero po połowie książki. Właściwie Aldiss w żadnym momencie nie sili się na wyjaśnienie nam, co w tym świecie jest ‘normalne’. Czy ci ludzie mają potrzeby fizjologiczne, kanalizacje, czy używają sztućców, czy mają przyprawy albo pojazdy? Nie wiemy nawet, czy noszą na sobie ubrania. Opis otoczenia został właściwie całkowicie zredukowany do kluczowych dla misji poszlak – stąd wiemy że znają druk, posiadają broń (paralizator), jedzą mięso i mają walutę. Mimo wszystko miałem dużą trudność, aby ten świat przyswoić i uzupełnić według własnych domyśleń.

Jak wspomniałem, świat statku jest miejscem mrocznym. Ów mrok budowany jest na kilku filarach. Z jednej strony są to wspomniane, dość skąpe opisy flory i fauny. Są też niebezpieczne plemiona Gigantów oraz Obcych, a także wielopokoleniowe podania, głoszące różne teorie o zmierzchu dobra i początku panowaniu zła. Najmroczniejsza jest wszakże dusza, wciąż dążąca do chwały. Brat naszego bohatera – Roya Complaina, jest samozwańczym przywódcą grupy Gregga. Podstępny Marapper, bez ustanku marzy o własnej chwale. Uciekający Farmour zapomni o odprawieniu obrządku śmierci, nad zmarłym kolegą. Nawet nasz bohater, urodzony myśliwy, dość szybko zamieni utraconą na polowaniu żonę na nowy, przyjemniejszy dla oka model. To nie jest świat, w którym chcielibyśmy żyć, podobnie jak ci ludzie, raczej nigdy nie byliby naszymi przyjaciółmi. Czy jednak możemy się temu dziwić? Wiedza o tym, jaka jest ich rzeczywistość oraz do czego dążą została przysłonięta mgłą zapomnienia wiele pokoleń wcześniej. Żyją z dnia na dzień starając się przetrwać w niesprzyjających warunkach. Czy w takiej atmosferze można długoterminowo funkcjonować, zachowując zdrowe zmysły? Czy człowiek może być uprzejmy w takim miejscu i towarzystwie? Wreszcie należy sobie zadać pytanie, po co w ogóle żyć, jeśli nie ma jakiegoś wyższego celu, a własna egzystencja jest tylko nic nieznaczącym pionkiem, na planszy gry pochodzącej z innego świata i epoki?

Ale to tylko do połowy książki. Później jest już jazda bez trzymanki, której tym razem, wcale nie mam zamiaru wam ułatwiać.

„Non stop” to książka opisująca pierwotne instynkty. Powieść o tym, jak to ludzie, potrafią zgotować innym smutny i odrażający los. Jest momentami nieco chaotyczna, pisana nieco przestarzałym językiem, toporna przy psychologizacji postaci, która jest przecież jednym z jej założeń. Doszukuję się w niej wielu niejasności, wątków i zagadek, które nigdy nie zostały wyjaśnione. Irytujące są też niektóre zwroty, używane do określenia przywitania lub odmierzania czasu („Ekspansji twojego ja” i „snoczuwanie”), które być może rozstrajają tylko mnie. Z drugiej strony „Non stop” to niezwykle ciekawa wizja podatna na wiele interpretacji. Absolutna klasyka science-fiction, która uwidacznia nam skrzywienia naszego gatunku. Aktualna tak wtedy, jak i dzisiaj. Może przede wszystkim dzisiaj.

Recenzja "Dropie" Natalka Suszczyńska


Wydawca: Korporacja Ha!art

Liczba stron: 168

Oprawa: miękka

Premiera: 16 września 2019 r

Choć do premiery „Dropie” pozostało jeszcze kilka dni, już w tym momencie można śmiało założyć, że książka Natalki Suszczyńskiej narobi niemało hałasu w mediach. Natężenie tego gwaru będzie z pewnością mniejsze, niż te towarzyszące realizacji „Widma wolności”, jednak dostrzegam między tymi dziełami pewne zależności. Nie chodzi tu bynajmniej o postać twórcy – wiadomo, że Bunuel w momencie tworzenia swojego niezapomnianego filmu był już artystą spełnionym, 74-letnim ekscentrykiem, który ową produkcją tylko potwierdzał, że w kanonie reżyserów był najmłodszy duchem i wyobraźnią. Autorka zbioru opowiadań z kolei, dopiero wchodzi na rynek wydawniczy, do tej pory dała się poznać jedynie z publikacji w „Elewatorze”, „Fabulariach” czy „Wakacie”. To, co łączy oba dzieła, to przede wszystkim zamiłowanie do ironii i bezczelności, ale także umiaru, który w okresie globalnej gwałtowności, może wytrącać z poczucia komfortu. 

Bunuel był jednym z ojców surrealizmu. Jego warsztat artystyczny wykorzystywał różnorodne narzędzia: lirykę snu, absurdalne skrzywienia rzeczywistości czy łamanie społecznych konwenansów. W „Widmie wolności” nie odczuwał on jednak potrzeby ukrywania swoich wizji pod płaszczykiem oniryzmu. Postawił na konkret, choć silnie prześwietlony swoim indywidualnym spojrzeniem. Podobnie czyni autorka „Dropie”, która swoje oderwane od realiów koncepcje, przedstawia w sposób oczywisty – to, że ptaki mówią, ludzie śpią w budach, a kobieta przyjaźni się ze skarpetką frotte, właściwie nikogo nie dziwi. Te obrazy nie mają szokować, a jedynie wzmagać uwagę i pobudzać do myślenia. Tak jak w dziele hiszpańskiego reżysera fabuła była jedynie elementem drugoplanowym, tak i w książce polskiej debiutantki nie odnajdujemy żadnej piętrowej intrygi zbudowanej według zasad klasycznej narracji. Owszem, bohaterowie są i zmagają się z koleinami rzeczywistości, czasami muszą szybko dorosnąć, wyprowadzić się z dnia na dzień, albo oderwać się od niewygodnych współlokatorów. Akcja istnieje, ale jest szczątkowa, bez żadnego dramaturgicznego rozwoju. Opowiadania  Natalki Suszczyńskiej są pewnego rodzaju kolportażem niezwykłych zdarzeń, które wiąże w jedność czarna wizja naszej rzeczywistości. Eksplodują w nieco innym kierunku, niż poczytne kryminały, romanse, czy nagradzane powieści.

Już w pierwszej frazie („Oparte na prawdziwej historii”) będzie niespodziewanie. Narratorka mieszka w budzie z siedmioletnim biszkoptowym labradorem, nazywającym się Borys Szyc, który po kilku głębszych zwykł mawiać o sobie Tomasz Kot. Warunki życia dyktuje jej niespecjalnie prestiżowa praca w bankomacie. Sytuacji nie poprawi też przeprowadzka do wiaty śmietnikowej, gdzie na kilku metrach kwadratowych zmieści się z grupą imigrantów z Benelusku. Przyjechali do Polski, bo mieli marzenia o wspaniałych umowach śmieciowych. Zamiast tego wylądowali w policealnych szkołach mentoringu, vlogingu i unboxingu. Towarzystwo nie było więc prosperujące, zatem i narratorka w niedługim czasie musiała wyruszyć w dalszą podróż. Tym bardziej, że sklepy wprowadziły obowiązkową opłatę za korzystanie z ich usług, co jeszcze bardziej zmniejszyło siłę nabywczą zwykłego śmiertelnika. Dopiero gdzieś w lesie, pod na szybko zmontowanym szałasem, jej życie się odmieni. Choroba zawodowa to zazwyczaj negatywna kategoria. Ale nie w książce Natalki Suszczyńskiej. Tu narratorka zaczyna kaszleć banknotami, dzięki czemu jest bogata. Może uciec z lasu, przejechać się autostopem czerwonym autem (co jak się okazuje nie jest niczym wyjątkowym, bo władze wymusiły na użytkownikach zmianę koloru wszystkich aut na czerwień, z uwagi na statystyki – czerwony daje nam szczęście), a wreszcie zrealizować film w technologii 3D, który będzie „podnoszącą na duchu opowieścią o sukcesach naszego kraju z dużą ilością dowcipów, wybuchów, pięknych aktorek i aktorów. Będą też dinozaury. Zakończy się zbiorowym wykonaniem jakiejś krzepiącej piosenki”. I tak kończy się pierwszy epizod zbioru debiutantki. 

Kolejnych opowieści, referować już nie będę. Niezależnie, czy będzie ona dotyczyła chomika wróżbity, skarpetkowego Kermita robiącego karierę na youtubie, czy nadlatujących z odległych krajów dużych ptaków neognatycznych, cała metoda pracy autorki pozostanie niezmienna. Natalka Suszczyńska prowokuje czytelnika, ale robi to w sposób inteligentny i co trzeba jej oddać, momentami zabawny. Posługuje się chłodną, wyważoną i zdystansowaną narracją oraz pozbawionymi psychologizacji sposobami prezentacji bohaterów. Jej nie interesują ani środowiska, w jakich wyrośli bohaterowie, ani ich doświadczenia. Nie szpera w ich życiorysach. Pokazuje wyłącznie ich zachowanie w obliczu wciąż ewoluującego, zmierzającego do samozagłady świata. Ta absurdalność, przybierająca wyjątkowo niewygodne i nieprawdopodobne formy, ma uwypuklić irracjonalność Polski i świata, jako zbioru coraz gorszych praktyk i nowych, kulawych zwyczajów. Stąd tak liczne ataki na social media, vlogerów, pudelek.pl, chwilówki, problemy z pracą i mieszkaniem, dyskryminowanie młodych i starych i wiele innych. To książka o klasie społecznej niepewnej nawet nie tego, co będzie jutro, ale tego, co jest teraz. Nigdy nie wiedzą, czy za chwilę ktoś nie wyrzuci ich z wygodnej piwnicy, alby opłacany nocleg w kiosku nie zamieni się w stertę popiołu. 

„Dropie” to spisane sny, które w istocie rzeczy są nową wersją rzeczywistości odartej z konwenansów i dobrze nam znanego porządku. Tu widzę zbieżność książki z dziełem Bunuela, choć oczywiście należy zachować odpowiednie proporcje przy ferowaniu zachwytów. Opowiadania Suszczyńskiej bywają nierówne, kiczowate, momentami prowadzące do nikąd. Także styl pisania przypomina mi sytuację, w której autor bardzo chce się wyróżnić, momentami aż za bardzo. Lektura książki pozostawia jednak ślad na sercu i pustkę w głowie. Ostatecznie tak o filmie Bunuela, jak i o „Dropiach” mogę powiedzieć, że przedstawiają rzeczywistość, w której, jak to napisał Jean de Baroncelli, „południe jest o godzinie czternastej”.

Recenzja "Przyjaciel" SIgrid Nunez

Wydawca: Pauza

Liczba stron: 208

Tłumacz: Dobromiła Jankowska

Oprawa: miękka

Premiera: 12 czerwca 2019 r.

Zacznę może od tego, że wokół „Przyjaciela” narosła pewna legenda, w którą złapałem się i ja. Ta fantazja swoje źródło czerpie z kilku strumieni. Jednym jest z pewnością okładka, silnie sugerująca, że o przyjaźń ze zwierzęciem tu głównie chodzi. O tej jedności istnień piszą na okładce też Inga Iwasiów oraz Michał Nogaś (odpowiednio „analizą relacji z zesłanym miłosiernie przez opiekuńcze moce, choć rozsadzającym miniaturowe mieszkanie, psem” oraz „to nie tylko dowód na to, jak wyjątkowymi stworzeniami są psy”), a także w innych miejscach recenzenci książki. I choć część z tych wpisów, w dalszej części wspomina coś o środowisku literackim (tu też mogę podać przykład powyżej cytowanych, okładkowych rekomendacji), to tak naprawdę nie wyjaśnia, jak ta krytyka wygląda, ani czemu służy, a ja sam dochodzić tego przed lekturą nie zamierzałem. Złapałem się więc na legendę o pięknej przyjaźni, przez co zamiast po „Przyjaciela” sięgnąłem najpierw po uroczą książkę Gawriła Trojepolskiego „Bialy Bim Czarne Ucho”, o tej tematyce właśnie. I jakież było moje zdziwienie, gdy po wzruszającej książce radzieckiego pisarza, w moje ręce wpadła niewielkich rozmiarów nowość Sigrid Nunez, gdzie przyjaźń z psem nie jest tylko sposobem na oswojenie się ze stratą, ale też jednym z kilku ważnych tematów poruszanych przez autorkę. Tak oto legenda prysła.

Podchodząc do analizy książki, warto zadać sobie na początek pytanie, kto jest tytułowym przyjacielem? Odpowiedź można przedstawić dwubiegunowo. Z jednej strony, może być to oczywiście wielkich rozmiarów pies, którego bohaterka historii w pewnym momencie dostaje na przechowanie. Może być to także zmarły pisarz i mentor bezimiennej narratorki. To właśnie jego śmierć stała się przyczynkiem do zmian w życiu protagonistki. A te zmiany, te codzienne fale smutku, już niezależnie od tego kto jest przyjacielem i kogo akurat opłakujemy, przybierają formę wewnętrzną (zmartwienie) i zewnętrzną (wbrew rozsądkowi przygarnia doga arlekina do swojego małego mieszkanka). I warto tu też zaznaczyć, że narrator żałobny nie kreuje żadnej zintegrowanej żałobnej tożsamości objawiającej się jednoznaczną ekspozycją własnego cierpienia. Amerykańska pisarka potrafi umiejętnie rozpisać napięcie osoby doświadczającej straty, unikając przy tym wytwarzania sztucznego, napompowanego dyskursu boleści. Jest więc smutno, ale Sigrid Nunez wie, że poza zmarłym, istnieje też inne życie, które można wykorzystać do dalszego dokumentowania nowego, przygnębiającego losu.

Na początek jeszcze, małe sprostowanie. Bohaterka powieści częściej niż o żałobie, mówi o zmartwieniu. To ono pojawia się przed przejęciem psa, w momencie wprowadzenia go do blokowej klitki, na spacerach, podczas których przechodnie uciekają przed wielką istotą. To także zmartwienie pojawia się w procesie twórczym, czy w momencie zaistnienia nieuniknionej, ponownej i definitywnej straty. Wydaje się zatem, że właśnie zmartwienie jest słowem bardziej na miarę „Przyjaciela”. Nie jest tak dosadne, tak wszechogarniające i jednoznaczne. Nie stanowi społecznych praktyk żałobników, zbiorowych rytuałów, ani ostentacyjnej dramaturgii. Zmartwienie jest mniej ułożone, jego mechanika jest każdorazowo odmienna, meandryczna, bardziej prywatna. Posiada swoją odrębną symbolikę, figury i przedmioty fascynacji. Jest jak „Przyjaciel”.

Narracja książki może zaskoczyć czytelnika. Autorka przeskakuje z wewnętrznych monologów bohaterki, przez pełne wrażliwości opisy życia po stracie, aż do rozważań czysto kulturoznawczych. Nie ma więc tu jedności czasu (pojawiają się częste reminiscencje) ani form opowieści (książka obyczajowa, namiastki esejów, historia elegijna). Jest za to stonowana subtelność, emocjonalna dyskrecja (tu prawie udaje utrzymać się autorce w ryzach) oraz geometryczna precyzja zapisu. Właśnie tak patrzę na tę książkę: jak na zgrabne połączenie matematycznej perfekcyjności i montażu, z czysto psychologiczną lekkością i głębią komentarzu na temat poczucia deficytu. W tym wszystkim najważniejsza jest chyba właśnie ta symbioza pisarstwa oraz rozmaitych sposobów opowiadania o stracie. Bohaterka zatraca się w swojej pracy, przywołuje słowa znanych i cenionych autorów na temat sztuki pisania, jego sensu i kształtu samej branży wydawniczej. Razem z Virginią Woolf, Rainerem Maria Rilke czy Doris Lessing brnie przez zamknięty labirynt literackiej sztuki. Wszystko to napisane jest jakby przy okazji, spomiędzy aforystycznie skondensowanego języka, powracających jak echo, błyskotliwych interpretacji literatury. Dzięki temu autorce udaje się stworzyć jeden wielki osobny byt, który nie jest już tylko kolejną fikcyjną postacią, ale jak najbardziej prawdziwą, ucieleśnioną zranioną duszą.

Literatura jest więc tu niewyczerpanym źródłem życiowej inspiracji i głównym atrybutem powracającym w różnych momentach historii. Wszystko to jest odpowiednio dawkowane, rozpisane na kolejne miniaturowe eseje. Zostaje splecione z innymi ważnymi motywami, pobrzmiewającymi coraz ciszej i ciszej, aż do finalnego wygaśnięcia. Ta forma narracji jest dla Sigrid Nunez zabiegiem fundamentalnym. Wyodrębnia jedną główną figurę, wokół której nieustannie zmienia perspektywy: spogląda na nie to z prawej, to z lewej strony, raz z góry, a później z dołu, obraca w dłoniach jak smaczne jabłko i porównuje gdzie najlepiej napocząć, żeby to co pod powierzchnią oddawało z góry obrany pomysł.

Dawno nie czytałem książki tak innej, a jednocześnie tak dobrze mi znanej. Innej, bo o stracie zwykło mówić się w żałobnych tonach: albo poprzez krzyk i rozpacz, albo poprzez smutek związany z obcowaniem z przedmiotami zmarłego. Zapomina się przy tym, że strata i związane z nim zmartwienie, nie ma linearnej postaci, nie jest też przewidywalne. ”Przyjaciel” jest mi jednocześnie znany z dwóch powodów: po pierwsze odzwierciedla immanentną część każdego procesu odchodzenia, po drugie doskonale wpisuje się w portfolio Wydawnictwa Pauza, które od samego początku promuje książki trudne w tematyce i stylistyce. Łatwo więc nie będzie, jak to z literackimi hybrydami bywa.