Recenzja "Dzicy detektywi" Roberto Bolano

Wydawca: Muza

Liczba stron: 624

Oprawa: miękka


Premiera: 7 lipca 2010 r.

„Dzicy detektywi” to bez wątpienia jedna z najlepszych książek Roberto Bolano, chilijskiego pisarza, poety i prozaika, przez wielu krytyków uważana za ostatnie arcydzieło XX wieku. Została ona napisana jako swoisty tryptyk o poszukiwaniu i to zarówno tym rzeczywistym, jak i metafizycznym. W pierwszej części poznajemy opowieść 17-letniego Juana Garcia Madero. Rozpisana w formie pamiętnika, przedstawia styczność narratora z ruchem bebechorealistów. Z dużą drobiazgowością analizujemy jego pierwsze miłosne uniesienia, niewykształcone poglądy na życie oraz szaleństwa młodości. Tu także po raz pierwszy zetkniemy się z dwójką głównych bohaterów powieści – poetami Ulisesem Limą oraz Arturo Belano. Historię Madero wieńczy jego spektakularna ucieczka z wymienioną dwójką oraz prostytutką Lupe na pustynię. Kolejny, kluczowy element książki, stanowi próba rekonstrukcji losów Belano i Limy. Do głosu dochodzi niezliczone grono osób, które na przestrzeni lat 1976-1996 miało możliwość spotkać na swojej drodze tę dwójkę. Belano i Lima włóczą się po mało znanych zakątkach Paryża, Barcelony czy Tel Awiwu, żyją „w drodze”, jakby ta ciągła ucieczka przed nieznanym, była dla nich celem samym w sobie. Nikt do końca nie wie, czym ta dwójka się para, ani jak zarabia na chleb. Wspomina się o handlu narkotykami, o przestępczych powiązaniach, o ucieczce przed mafią, ale to tak naprawdę tylko poszlaki, nic nieznaczące domysły. Powieść wieńczy powrót do pamiętnika Garcia Madero, tym razem skupiający się nie na cielesnej miłości i fascynacji poezją, ale przede wszystkim na poszukiwaniu śladów awangardowej artystki, założycielki ruchu bebechorealistów w latach 20-tych – Cesarei Tinajero.

„Dzicy detektywi” to impresyjna, częściowo autobiograficzna, podróż po pejzażu duszy poety, emigranta, mężczyzny zagubionego. Autor jako jednego z głównych bohaterów ustanowił własne alter ego – Artura Belano, mieszając przy tym wydarzenia prawdziwe, z tymi wymyślonymi. To charakterystyczna dla jego stylu zagadka, zabawa z czytelnikiem. Tu nic nie jest pewne, podążamy wciąż za słabymi argumentami, które w pewnym momencie się urywają i wiodą nas na manowce. Okruchy wiadomości kłębią się, wiją jak w jakiejś onirycznej wizji. Podawane wzmianki krążą między narratorami, domagają się ułożenia w jeden zwarty obraz, który jednak nigdy nie zostanie ukończony, ponieważ ludzie, co oczywiste, swoje relacje przekręcają, filtrują przez własną pamięć narażoną na ryzyko upływającego czasu, wstydu i sumienia. Dochodzi tu do głosu też ludzki cynizm i egoizm, każdy woli mówić o sobie, a dzieje Belana i Limy spycha na margines.

Jest w tej powieści spora dawka uczuć, seksu, humoru czy traumatycznych wspomnień. Bolano opisuje życie, które zadrwiło sobie z całego pokolenia artystów Ameryki Łacińskiej. Oszukało ich, kazało wciąż uciekać, wędrować w nieznane, bez szans na to, że znajdzie się przystanek końcowy. „Dzicy detektywi” są więc sentymentalną refleksją na temat przetrwania. Pisarz przedstawia tu jak w krzywym zwierciadle obraz świata literatów i wydawców. Odwołując się do setek nazwisk i dzieł, kreuje jedną z ciekawszych książek spod znaku metaliteratury. Postaci fikcyjne mieszają się z realnymi, a wszystkich łączy pożądanie odnalezienia swojej literackiej tożsamości.

To niewątpliwie bardzo dobra książka, oryginalnie napisana i doskonale zmontowana. Swoje miejsce odnajdzie w niej każdy, kto ukochał twórczość Cortazara i Borgesa. Bolano stara się penetrować ludzką duszę. Zadaje mnóstwo pytań, które pozostawia bez odpowiedzi. Snuje swoją niespieszną, wielowątkową i zaskakującą narrację, nie szczędząc czytelnikowi smutku i żalu. Nagminnie stosując otwarte zakończenia, nie pozostawia złudzeń na istnienie alternatywnego, prostego i ułożonego świata. Jego literatura jest jak wizja życia, w którą wierzy: zagmatwana, nierówna, trudna, wymagająca. Każdy tu mówi swoim językiem, wyobraźnią i emocjami. Nie istnieje coś takiego jak wolność, równość i braterstwo. Jest tylko zagadka i ciągłe poszukiwania. 
  
Ocena:

Recenzja "Człowiek tygrys" Eka Kurniawan

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Liczba stron: 192

Oprawa: twarda


Premiera: 17 stycznia 2018 r.

Bałem się przeczytać tę książkę. Kraje Azji Południowo-Wschodniej mają to do siebie, że co jakiś czas wydają dzieła kulturalne z silnym akcentem orientalnym. Osadzają je w swoich magicznych, baśniowych i religijnych formach, będąc przy tym trudne do odczytania dla przeciętnego Europejczyka. Przeczuwałem, że z prozą Kurniawana, może być jak z filmami Apichatponga Weerasethakula, przepełnionymi powolną poetyką i metaforami bez rozwiązania. Po lekturze „Człowieka tygrysa” mogę jednak śmiało powiedzieć, że pomyliłem się.

Początkiem książki jest jednocześnie jej punkt kulminacyjny – zagadkowe zabójstwo Anwara Sadata, lokalnego artysty i fordansera. Grozę budzi nie tylko morderstwo, ale także sposób w jakim go dokonano - rozszarpano zębami gardło. Choć początkowo poszlaki wskazują na  atak dzikiego zwierzęcia, do zbrodni przyznaje się Margio, miejscowy młodzieniec. To byłby właściwy moment, aby opisać konsekwencje zdarzenia, podjąć się próby ukazania zemsty lub srogiego karania winnego. Pisarza z Indonezji interesuje jednak coś innego. Kurniawan z uporem cofa się coraz dalej i dalej, badając motywy bestialskiego występku. Razem z bohaterami nurzamy się w retrospekcjach, poznajemy ich dzieje opowiadane wstecz, by na sam koniec spiąć je logiczną klamrą z początkiem.

Historia Margio, rozpięta zostaje między rodzinnymi problemami a zwierzęcym erotyzmem. Jego matka, Nuraeni, została wyswatana z mężczyzną, którego była w stanie przyjąć aby zaspokoić ambicje ojca. Ten wyreżyserowany układ staje się z czasem źródłem wiecznej udręki i to zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Nuraeni tkwi w emocjonalnej pustce zobojętniała na codzienne troski. Dawno już zapomniała o swoich ambicjach i marzeniach. Częste kłótnie, przemoc, gwałty, ucieczki i rezygnacja wpływają na jej dzieci. Margio jest głównym beneficjentem tej patologii. W krótkim czasie wciela się w wiele trudnych do pogodzenia w młodym człowieku ról społecznych – ofiara, obserwator, oprawca, morderca. Jego motywacją staje się nawarstwiona gorycz oraz pogarda wobec swojego ojca, Komara. Nakreślony obraz rodziny, jako mieszanki egoizmu, napaści seksualnych i zamknięcia na partnera, jest poruszający, a brutalne morderstwo dokonane w samym centrum tego środowiska nie tylko nie dziwi, ale jest podświadomie przez nas usprawiedliwiane. 

Eka Kurniawan snuje bolesną opowieść o zachwianiu fundamentalnych praw w rodzinie.Człowiek tygrys” jest w tym kontekście przejmującą historią o wewnętrznym rozbijaniu społeczeństwa. Jest to także relacja o jednostce i targających nią emocjach, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Autor nie bez kozery posługuje się bardzo pojemną metaforą człowieka tygrysa. Działaniami jego bohaterów rządzą podstawowe popędy – chęć przeżycia, zemsty, reprodukcji, miłości, bezpieczeństwa. Jest w tej powieści złość, której nie można wygasić, zakazane żądze, dzięki którym można odnaleźć namiastkę szczęścia, a także przywiązanie, które musi doprowadzić do tragedii. 

„Człowiek tygrys” to proza osadzona w wyjątkowym kolorycie indonezyjskich tradycji, przekonań i lokalnych przesądów. Kurniawan zachwyca oszczędnością stylistyczną. Kreuje bomby emocjonalne przy jednoczesnym kumulowaniu wielu wątków. Książka łączy ze sobą elementy metafizyki i realizmu magicznego, przy jednoczesnym utrzymaniu czytelnej i niezwykle intrygującej warstwy fabularnej czytelnej w każdym zakątku naszego globu. Ta powieść opowiada też o tym, co w sobie kryjemy, i o konsekwencjach, jakie może to nieść dla naszej psychiki. Bo też pisarza interesuje właśnie przede wszystkim to, co pozornie niewidoczne. Z wprawą godną mistrzów pióra przędzie rozważania nad tym, co kształtuje człowieka i jak te okoliczności wpływają na jego decyzje. To nie jest literatura wesoła ani podtrzymująca nadzieję, to raczej gorzka refleksja na temat ciemnej strony życia, tyleż smutna, co liryczna i zwyczajnie piękna. Warto poznać tę krótką orientalną powieść, bo Kuniawan dowodzi, że nadal z powodzeniem można pisać o tym, co tak bardzo zajmowało wielkich pisarzy w XIX wieku.


 Ocena:

Recenzja "Błoto" Hillary Jordan

Wydawca: Otwarte 

Liczba stron: 208

Oprawa: miękka

Premiera: 18 kwietnia 2018 r.

Hillary Jordan, akcję swojej debiutanckiej powieści osadziła w Delcie Missisipi w latach 40. XX wieku. Ta pachnąca bawełną i parującą wilgocią kraina, do dzisiaj uznawana jest za jeden z najbardziej rasistowskich stanów w USA. Tuż po wojnie, na jedną z farm przyjeżdża małżeństwo - Henry i Laura McAllan wraz z dwoma córkami i starzejącym się ojcem. Henry, przy pomocy rodziny Jacksonów, czarnoskórych dzierżawców, prowadzi plantację bawełny, podczas gdy Laura walczy z przytłaczającą codziennością wychowywania potomstwa w rozpadającym domu pozbawionym prądu, wody, kanalizacji i okien. Podział zadań nie jest jedyną kwestią, która dzieli małżeństwo. On w farmie widzi nadzieję na lepszą przyszłość i nieubłagany powrót do korzeni, z kolei ona dostrzega w niej tylko zniewolenie, brud i wszechobecne błoto. Kiedy McAllanowie zmagają się z nawarstwiającymi problemami, z wojennego frontu powracają do domu brat Henry’ego Jamie i najstarszy syn Jacksonów, Ronsel. Ich wspólne doświadczenia innego świata, bez podziału na czarnych i białych, pozwalają im się zaprzyjaźnić. Te relacje szybko zostaną skonfrontowane z południowymi realiami.

Codzienność opisywana przez autorkę to świat wiecznych fragmentacji. Tu nie chodzi nawet o to, kto jest Panem, a kto poddanym. W Missisipi tamtych lat, czarni i biali żyli w dwóch różnych przestrzeniach – jedli osobno posiłki, zajmowali w samochodach inne miejsca, wychodzili przez różne drzwi. Ten podział porządkował rzeczywistość, każdy wiedział, gdzie jest jego miejsce, kim zostanie w przyszłości, na co musi się godzić, a czego unikać. Choć Jamie będzie próbował walczyć z tym zakorzenionym w ludziach złem, zderzy się z niechęcią jednych, biernością drugich i agresją tych najbardziej pochłoniętych stereotypami. 

„Błoto” jest powieścią symboliczną. Hillary Jordan wykorzystując swoich bohaterów, zderza ze sobą różne strony konfliktu. Ojciec Henrego, to człowiek utożsamiający stare Południe, wyznający zasady segregacji rasowej, Ku Klux Klanu, niewolnictwa i konserwatywnego podejścia do jakichkolwiek zmian. Jego starszy syn, personifikuje stracone pokolenie walczących na froncie I Wojny Światowej, ludzi, którym udało się przetrwać katorgę i poukładać swój los według utrwalonego w rodzinie schematu. Laura i Florence Jackson ucieleśniają kobiece poświęcenie, oddanie i macierzyńską miłość. Wreszcie Jamie i Ronsel reprezentują nowe pokolenie, wracających z okopów wojny bohaterów, którzy teraz muszą skonfrontować się z rywalem jeszcze silniejszym. Symbolem jest także samo miejsce rozwoju wydarzeń. Ta szczelnie wykreowana kraina, pełna bólu i zatwardziałości, wysysająca życiodajne soki z każdego człowieka, jest błotem. Tutaj nie ma zaufania rozumianego jako katharsis, nie ma odkupienia i radości. Wszystko oblepione jest błotem, które pojawia się po każdej ulewie, a którego nie da się pozbyć, tak jak nie można zamieść pod dywan konsekwencji własnych wyborów. To także opowieść z antywojennym wątkiem w tle. Taka fraza, która stawia znak zapytania nad pojęciem patriotyzmu i celowością poświęcenia się dla dobra ojczyzny. 

„Błoto” nie jest jednak tylko historią o deficycie nadziei. Rozpisana została jako polifoniczna relacja o miłości, która unosi się ponad codzienny brud i trudy. Uczucia mają wielowymiarowy charakter. Obok emocji rodzicielskich, są też sympatie damsko-męskie, poszukiwanie właściwego miejsca w sercu, odkrywanie swojej tożsamości. A wszystko to podane w ciekawej, choć mało innowacyjnej formie. Autorka oddaje głos różnym stronom. Narratorów jest więc sześciu, każdy ma swoją chwilę na opisanie własnej interpretacji zdarzeń. Każdy ma tu inny punkt widzenia, inną melodią języka się posługuje. Inna sprawa, że ten często stosowany chwyt, został wykorzystany w sposób niewystarczający. Hilary Jordan goni akcję, co chwile zmienia fabułę, zaskakuje rozwiązaniami, zapominając jednak przy tym o drobiazgowości opisu i psychologii postaci. Trudno nie odnieść wrażenia, że pisarka wpadła w pułapkę polaryzacji charakterów. W „Błocie” mało jest wieloznaczności, ludzie są albo diabelnie źli, albo anielsko dobrzy, a rzadko kiedy możemy poczuć uniwersalność ważną także dla nas samych.

„Błoto” to poruszająca opowieść o konsekwencji grzechów naszych ojców, swoiste memento na temat rasizmu. To też historia ludzi żyjących w mentalnym bagnie, piekle negatywnych emocji wywołanych burzą stereotypów i uprzedzeń. Silne znaczenie ma tu przestrzeń, jej odrębność i bezkompromisowość. To Ameryka, którą nadal toczą wewnętrzne podziały i bestialstwa, miejsce, gdzie na okrąglo tworzone są nowe formy wojny. To taka książka, która pragnie stanowić pomost między literaturą ambitną, a rozrywkową. Dzięki swojej szybkiej przyswajalności i klasycznej stylistyce, idealnie pasuje na prezent dla mało zaprawionego czytelnika. Z drugiej strony bardziej wnikliwi adresaci nie znajdą w niej nic nowego, oryginalnego czy głębokiego. Mimo że „Błoto” stara się przestrzegać przed schematami, samo w nie wpada. Hilary Jordan popełnia grzech literackiej wtórności, bazuje na dobrze sprzedających się formach. Dba o to aby każdy rozdział kończył się mocnym akcentem, nie stroni od kolokwializmów, wykorzystuje utarte cytaty z Biblii. Nie te tony, nie ta wrażliwość.

Ocena:
 

Recenzja "Jedyna historia" Julian Barnes

Wydawca: Świat Książki

Liczba stron: 288

Oprawa: twarda


Premiera: 23 maja 2018 r.

Najnowsza książka autora „Poczucia kresu” opowiada o specyficznej historii miłosnej. Jej początek sięga lat 60. XX wieku, kiedy to 19-letni Paul spędza trzy wakacyjne miesiące w rodzinnym domu nieopodal Londynu. Jego życie wyznaczają ładna pogoda, brak przyjaciół i młodzieńcza rezygnacja. W celu zabicia nudy, przy silnym wsparciu matki, Paul zapisuje się do lokalnego klubu tenisowego. Rodzice po cichu wierzą, że oprócz rozrywki, to miejsce przyniesie ich synowi wymarzoną żonę, najlepiej taką zupełnie zwykłą, ułożoną, tradycyjną. Życie jednak zaskakuje tak samo ich, jak i młodego studenta, który nigdy wcześniej nie pomyślałby, że zakocha się w 48-letniej Susan, matce dwójki dorosłych córek. Przewrotność losu nie ustępuje i między tą dwójką rodzi się tyleż płomienny, co nieszczęśliwy romans.

Narratorem powieści jest dorosły Paul, który wraca pamięcią do swojej jedynej historii. Książka rozpisana została jako swoisty tryptyk o miłości. W pierwszej części, Paul wspomina początki znajomości z Susan - gorące spotkania, oburzenie rodziców i plotkujące społeczeństwo. To ten etap stanowi najprzyjemniejsze w odbiorze ogniwo dzieła. Pachnący inicjacją i pieszczący zmysłami przenosi nas mentalnie do momentów naszej własnej pierwszej miłości, pozwala przypomnieć dawne myśli, wolność i marzenia. Druga część książki jest dużo poważniejsza. To w niej poznajemy czynności jakie podejmowali bohaterowie, aby ułożyć sobie życie. Nawarstwiają się problemy i niezaspokajane oczekiwania. To także w tym miejscu przyjdzie nam mierzyć się z destrukcyjnym wpływem alkoholu i konsekwencjami, jakie jego nadmiar wywołał u Susan. Wreszcie ostatni element historii ogniskuje się na życiu Paula po rozstaniu z ukochaną. To takie podsumowanie, spowiedź, próba uzyskania rozgrzeszenia ze swojego postępowania. Razem ze zmieniającą się treścią rozdziałów, modyfikacji ulegnie też sposób prowadzenia narracji. Z relacji pierwszoosobowej, przejdziemy w drugoosobową, by na końcu dotrzeć do frazy prowadzonej w trzeciej osobie. Ten prosty, acz niekonwencjonalny zabieg, doskonale wpasuje się w klimat poruszanych tematów i dodatkowo wpływa na ich silną wymowę. 

Julian Barnes tworzy powieści zagęszczone, mające niewielką objętość, a jednocześnie naszpikowane zdaniami kluczowymi. Jak niewielu współczesnych pisarzy, do perfekcji opanował sztukę budowania napięcia, przy jednoczesnym trwaniu i koncentracji na prawdach fundamentalnych. Jego bohater, choć został wykreowany na antybohatera, wciąż zmaga się z kluczowymi bolączkami i zagadnieniami egzystencji. Swoje życie opisuje jako ciąg wydarzeń łączących się w byt bez znaczenia i pozbawiony większych dokonań, jednocześnie jednak ciekawy o tyle, że tworzy z niego fikcyjną narrację. Tym samym autor po raz kolejny mówi do nas, że porządkowanie własnego losu ma równie pierwotną funkcję jak oddychanie czy jedzenie, że odtwarzanie tego co minęło, czasami jest nieuniknione, mimo że pozornie nie wnosi do życia nic nowego. 

„Jedyna historia” nie daje nam recept, nie tworzy gotowych scenariuszy, nie sugeruje co jest ważne, a czego należy unikać. Autor zadaje masę pytań na temat sensu i miłości, jednocześnie nie dzieląc się gotowymi patentami. Mimo upływających lat i setek zapisanych mądrości, Paul nadal o życiu wie niewiele, a kwintesencją jego analizy i poszukiwań pozostanie zdanie jego samotnej przyjaciółki „Przyślij wieniec, kiedy przyjdzie czas”.

Julian Barnes doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że o miłości napisano już wszystko. Postanowił zatem przyjrzeć się jej ponurej stronie, a także przeanalizować, jej destrukcyjny wpływ na nasze życie. Autor umiejętnie podkreśla poszczególne fazy cyklu miłosnego życia - początkowe iskrzenie w relacjach, dalsze błędy i ostateczny rozpad. Choć jego opowieść jest stosunkowo prosta i przewidywalna, wciąga i nie pozwala o sobie zapomnieć, tym bardziej, że twórca „Zgiełku czasu” ma dar do kreślenia interesujących zdań. Jest więc to opowieść subtelna, momentami wręcz poetycko piękna, ale przy tym pełna przygodowej werwy i elementów nostalgicznych.  Czytając ją nie miałem poczucia kalkowania innych dzieł, pójścia na łatwiznę. To żaden wypełniacz między innymi, lepszymi dziełami. Choć może nie jest to dzieło wybitne, zachęcam do jego przeczytania.  Barnes udowadnia, że należy mu się miejsce na liście współczesnych pisarzy godnych uwagi.

Ocena:

Recenzja "Inni ludzie" Dorota Masłowska


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Liczba stron: 160

Oprawa: twarda


Premiera: 9 maja 2018 r.

Masłowska znów zachwyca, przynajmniej większość tych, którzy po jej najnowszą książkę już sięgnęli. A jestem pewien, że to będzie jedna z najchętniej czytanych pozycji w tym roku w Polsce. I to wcale nie ze względu na jej niewielką objętość czy wyjątkowe wydanie, ale właśnie z uwagi na renomę pisarski, jako matki badań, nad dzisiejszą polszczyzną, a także symbolu sztuki współczesnej, o której przecież mówić należy, nawet jak z lektury zrozumiało się setną tego, co autorka chciała nam przekazać.

„Inni ludzie” to zapis trzech dni z życia Kamila - niedoszłego rapera, który do muzyki ma tyle talentu, co Ryan Gosling do stepowania. Szwenda się po Warszawie, a to gdzieś wypije i zapomina o świecie, a to czasem sprzeda jakieś dropsy, żeby mieć fundusze na kolejne dni bezsensownej tułaczki. Rodzina go irytuje, więc wybiera samotność. Dni mijają mu bezcelowo, a jedynymi jego kompanami są przypadkowi ludzie. W tym świecie biedy i szarości spotyka Iwonę, mieszkankę ogrodzonego osiedla, otoczoną nowoczesnymi meblami, wygodą i przepychem. Ona ma wszystko co materialne, ale to nie daje jej szczęścia. W miłość, przyjaźń czy uczciwość nie wierzy, takie uczucia już dawno zostały zastąpione w jej słowniku korporacyjnymi definicjami. Chciałaby jednak poczuć się choć chwilę pożądaną i za tę namiastkę bliskości jest w stanie zapłacić napotkanemu w Rossmanie Kamilowi sowite zadośćuczynienie. 

I tak to właśnie Masłowska snuje swoją opowieść, serwując nam ni to poemat, ni rytmiczną prozę. Bawi się konwencją, majstruje leksykalnie, fonetycznie i gramatycznie. Zestawia ze sobą dwa odmienne światy, wyznaczone przez różne mgławice pojęć. Dieta pudełkowa miesza się z bitami, a asapy z browarami. Nie jest jednak tak, że każdy z bohaterów mówi zupełnie inaczej. Mają oni wspólny mianownik w postaci zdegradowanej, współczesnej polszczyzny znanej z mediów i reklamy – pełnej błędów i wulgarności, ale też słów, których prawdziwego sensu nawet się nie domyślają.

„Inni ludzie” są narracją o zagubieniu w smogu języka, ale także oryginalną frazą o dojmującej samotności. Mijani na ulicy ludzie powtarzają od lat te same banały, tworząc nieznośną kakofonię, jazgot nie prowadzący do niczego. Ten pospolity chór, złożony z pracowników budowlanych, meneli, biurokratów, emerytów, polityków i innych warstw społecznych, wbija nam do głowy własne przyzwyczajenia i terminy. W tych słowach ukrywamy swoją mentalność, lęki, obawy, codzienność. Masłowska nie boi się ironizować i kpić z otoczenia. Niszczy wiele dogmatów, ale przy tym nie wychodzi ponad to, co w życiu zdążyła już obśmiać. Jeśli nawet miały wybrzmiewać tu refleksyjne tony, utonęły one w morzu jej wcześniejszego dorobku. Trudno nie odnieść wrażenia, że „Inni ludzie” są kalką tego, o czym pisało już wielu. Banalne problemy społeczne, nawet jeśli wiecznie żywe, nie smakują już tak samo po kolejnym podaniu. I mało mnie interesuje w tym wypadku forma. Bo ten dramat piosenka czy hiphopowa hybryda jak pięknie się ją określa, to w mojej opinii nic innego, jak ciąg niezrozumiałych słów, łączonych pewnie nieprzypadkowo, ale też bez polotu i jakości. Krzyżowe rymy i rytm gubią się co kawałek, podobnie jak dynamika. Raz jest intensywnie i z werwą, by zaraz zwolnić i zagubić się gdzieś między meandrami pospolitości. 

Daleki jestem od zachwytów nad tym tworem. Uderzanie w banalną rzeczywistość dawno przestało mnie poruszać. Masłowska zmiksowała blokowy rap, publiczny gwar i „Trudne sprawy”, czyli trzy elementy życia, od których ja stronię. Być może dlatego nie potrafię docenić jej kunsztu i zamysłu. Nawet jeśli z tej powieści wypływa jakaś życiowa beznadzieja, ja jej nie poczułem, bo zirytowany pseudointelektualnymi frazesami, zamknąłem się na współodczuwanie z bohaterami. Nie mam dla tej pozycji empatii, jest ona jak ta wystawa z filmu „Square”, na której widzimy kupki pisaku. Są ludzie, którzy szukają w tym sztuki i kolejnego dna, ale dla mnie to pozostaną kupki piasku. Cenię Masłowską za jej poprzednie dzieła, tym razem jednak jej prozy nie kupuję. To nie moja zabawa.


Ocena