Recenzja "Sarajewskie Marlboro" Miljenko Jergović

Wydawca: SEDNO

Liczba stron: 128


Oprawa: twarda

Tłumaczenie: Magdalena Petryńska oraz Miłosz Waligórski i Maciej Czerwiński
Premiera: lipiec 2020 rok

Miljenko Jergović to jeden z najpoczytniejszych i najchętniej tłumaczonych na język polski pisarzy literatury chorwackiej i bośniackiej. Jest znany nie tylko czytelnikom regionu i państw byłej Jugosławii ale także mieszkańcom całego świata. Urodził się 28 maja 1966 roku w Sarajewie, gdzie spędził dzieciństwo i wczesną młodość (o czym warto pamiętać przy czytaniu recenzowanej książki). Od najmłodszych lat rozwijał swój warsztat pisarski, a pierwsze kroki w świecie literatury stawiał jako korespondent chorwackiego dziennika i poeta. W czasie wojny domowej napisał swoje pierwsze dzieło  prozatorskie – zbiór opowiadań „Sarajewskie Marlboro”. To dzięki niemu został zaliczony do pisarzy europejskich.

Jergović jest do dzisiaj pisarzem niezwykle płodnym. Jego dorobek stanowi ponad pięćdziesiąt dzieł z prozy, liryki i dramatu, przy czym to pierwszy gatunek jest dla niego najważniejszy. Pisząc dłuższe i krótsze formy pozostaje aktywnym publicystą. W swoich dziełach, operujących na fikcyjnych postaciach i zdarzeń, poświęca uwagę historii Bałkanów i Europy Środkowej. Chętnie oddaje się refleksji na temat literatury, przeszłości, sztuki, gospodarki, polityki, czy nawet papierosów. „Sarajewskie Marlboro” stanowi na tle pozostałych jego książek wydanych po polsku nową jakość. Książka została podzielona na trzy części i składa się z prawie trzydziestu miniatur literackich. Przeważają utwory bardzo krótkie, trzy- lub czterostronicowe, ale zdarzają się też nieco dłuższe historie, np. „List” czy „Wycieczka”. Ta książka jest bardzo ważna dla samego autora. Przede wszystkim pozwala mu rozliczyć się z przeszłością, ale także kształtuje jego późniejszą twórczość. Zaprezentowane tu cierpienie będzie jego znakiem rozpoznawczym w kolejnych etapach kariery literackiej.

„Sarajewskie Marlboro” jest książką wstrząsającą, mimo że nie epatuje brutalnością czy przemocą. Siła tych opowiadań tkwi w surowości frazy i bezpośredniości. Autor z premedytacją ogranicza się w sięganiu po emocje, unika szantażu i dydaktyzmu. Pozostawił szeroką przestrzeń do interpretacji dla czytelnika, ponieważ wyszedł ze słusznego założenia, że rzeczywistość, którą opisuje mówi sama za siebie. Tym co najbardziej dotyka w tych opowieściach jest prawda. Czytelnik czuje podskórnie, że spisano tu realne, traumatyczne doświadczenia z oblężonego miasta. I chociaż większość opowiadań, nawet tych napisanych w pierwszej osobie, nie stanowi osobistych wspomnień autora, trudno podważyć ich faktograficzny wymiar.

Jak wyglądają opowiadania Jergovicia? Są to małe historie, wycinki z dnia codziennego, krążące wokół detali. Czasem będą to tytułowe papierosy („Wiesz, dlaczego opakowanie jest zupełnie białe?, przecząco kręci głową. A to dlatego, że nie ma gdzie drukować napisów”), innym razem kaktus, stanowiący prezent od dziewczyny, albo saksofon, który ma nie tyle grać, co podkreślać status społeczny. To właśnie te małe rzeczy, żywe jedynie we wspomnieniach i opowieściach, stanowią symbole, które pozwalały przetrwać najgorsze momenty. Doskonale ukazuje to opowiadanie „Ogrodnik”, rozpoczynające się od fantastycznego zdania „Ludzie umierają patetycznie” (stanowiącego antytezę później obranej ścieżki artystycznej). W warstwie fabularnej widzimy kobietę, która umiera. Jest ona dla narratora kimś ważnym, ale nie jest powiedziane kim dokładnie. Jak by tego było mało niebawem umiera też przyjaciel. Obie te śmierci nie wzbudzają w protagoniście wielkich emocji. Dalej żyje, pierze, pielęgnuje warzywa posadzone pod blokiem. To one stają się nowym sensem jego życia, pozwalają przemilczeć ból i utratę. Efekt obojętności wzmaga poczucie grozy sytuacji („Wypróbowałem, mówię mu, set-ki sposobów, jak uciec śmierci, i wszystkie one wywołują we mnie równie słodkie wspomnienia i uczucie radości”). Tak właśnie pisze Jergović, bez  patosu.

Cała książka utkana jest ze spokojnych, często wręcz błahych doświadczeń, które nie wyróżniają się spośród innych elementów codzienności. Są tu wątki odwiedzin rodziny, grania w piłkę nożną, picia dżinu, wędkowania i wielu innych. Gdzieś obok nich pojawiają się także: wybuchy bomb, granatów trafiających w kościół, świst przelatujących kul snajperskich. Z biegiem czasu te niewielkie dopełnienia wojennego krajobrazu, nabierają znaczenia, ale nie jako akt ludobójstwa, lecz początek czegoś nowego („. Istotnym wątkiem książki pozostaje wielonarodowość Sarajewa, ale także emigracja. Przedstawione myśli osób, które w trosce o swoje zdrowie uciekli z pogrążonego w walkach miasta są bardzo sugestywne. Wyziera z nich osobista perspektywa, w której uchodźcy muszą borykać się z ciągłym niezrozumieniem. Można czytać „Sarajewskie Marlboro” na wiele sposobów. Jako mroczną pocztówkę dawnych dni, sposób radzenia sobie z traumą, opowieści o ludziach i relacjach. Można doszukiwać się wątków autobiograficznych autora (chociażby związku z dziadkami). Każdy z poziomów odczytań będzie co najmniej satysfakcjonujący, bo Jergović potrafi łączyć wątki, a przede wszystkim rozumie organizację opowiadania jako gatunku literackiego. Wie jak sformułować ciekawe pierwsze zdanie, co przemilczeć, gdzie postawić kropkę. To bardzo dobra, póki co niezauważona w Polsce książka.

1 komentarz:

Recenzja "Sweetland" Michael Crummey