Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura czeska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura czeska. Pokaż wszystkie posty

Recenzja "Ta kurewska miłość" Petr Šabach

Czy miłość zawsze jest kurewska? Recenzja ostatniej książki Petra Šabacha. Odkryj czeski absurd, filmowe tropy i genialne anegdoty o samotności. Sprawdź!
Wydawca: Afera

Liczba stron: 176


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Julia Różewicz
 
Premiera: 3 marca 2026 rok

Wydaje mi się, że opowiadań z pośmiertnego zbioru Petra Šabacha, wbrew temu, co sugeruje dosadny tytuł, nie warto wrzucać do szuflady z literaturą skandalizującą czy tanim epatowaniem wulgarnością. Znacznie bardziej niż sam przymiotnik „kurewska” zainteresował mnie u czeskiego mistrza wyraźnie obrany kurs na anatomię niespełnienia i ten specyficzny rodzaj samotności, który osładza się jedynie humorem z najniższej półki praskiego szynku. To literatura pisana przy kuflu piwa, ale przez kogoś, kto pod pianką widzi egzystencjalne dno.

Czym więc u Šabacha jest owa tytułowa miłość? Przede wszystkim balastem, kłopotliwym fantomem, czymś, co każe nam robić z siebie idiotów przed sześcioletnią dziewczynką lub alfonsem. Šabach, niczym czujny socjolog z Dejvic, diagnozuje u swoich bohaterów jednostkę chorobową, którą roboczo nazwałbym tęsknotą za jakąkolwiek bliskością.

Już w otwierającym zbiorze opowiadaniu „Księga tysiąca i jednej nocy” dostajemy literacki brawurowy miks. Oto złodziej Pepe (nomen omen, imię jak u filmowego hipopotama-uwodziciela, choć wdzięk raczej wątpliwy) staje się zakładnikiem rezolutnej sześciolatki. To odwrócenie motywu Szeherezady – tutaj to włamywacz musi kupować swój czas bajkami. Traktuję ten utwór jako reprezentatywny dla całego tomu. Šabach bierze sytuację z gruntu kryminalną i odziera ją z mroku, zamieniając w kpiący, niemal szantażujący humor.

Pozostają na chwilę w temacie filmowych skojarzeń. Lektura tego zbioru to dla kinofila nieustanna zabawa w rozpoznaj trop. Autor, którego proza od lat zasila czeską kinematografię, szafuje konotacjami jak asami z rękawa. Mamy przecież „W samo południe”, gdzie zamiast Gary’ego Coopera na gorącym piasku, dostajemy medyczną groteskę „The Pitt”. I tam i tu widzimy, jak wzwód pacjenta spotyka się z impotencją ducha. Jest też Winnetou, pojawia się nostalgia za „Dirty Dancing”, a wszystko to przyprawione jest niemal kafkowską skłonnością do alegorii.

Najbardziej bodaj wprost z tematem wyzwania, jakim jest radzenie sobie z życiem w ogóle, autor mierzy się w opowiadaniu „Berek”. Ten tekst to dyskretnie ironiczna tragikomedia. Motorniczy uciekający pasażerowi – co mogłoby być tylko anegdotką z przystanku – zamienia się w studium szaleństwa wywołanego iluzją kontroli nad losem. Pasażer znika, a tramwajarz zaczyna go szukać w samym sobie. To jest właśnie ten Šabach, który pod maską gawędziarza ukrywa drapieżne pazury psychologicznego oglądu Kunderowskiej proweniencji.

Temat miłości ogrywany jest w niemal każdym tekście ze zbioru. W „Wilii” młodzieńcza desperacja każe wymyślić sobie partnerkę, byle tylko uciszyć matkę. To kłamstwo, które rozprzestrzenia się niczym zakaźna choroba wśród kawalerów, staje się metaforą życia przeszłością i społecznymi oczekiwaniami. W opowiadaniu tytułowym mamy staruszka pod burdelem, który usłyszał „kocham” od prostytutki. To cyniczne, a jednocześnie potwornie smutne. Tu humor nie jest odtrutką, jest symptomem niedorosłości świata do prawdziwych uczuć.

Wydaje mi się więc grubym nieporozumieniem czytanie Šabacha jako tylko śmiesznego Czecha. Pomimo dekoracji z ciepłego piwa i socjalistycznej propagandy (jak w „Duchocie” czy „Jeden za wszystkich!”), autor przedstawia nam się jako badacz jednego zasadniczego problemu – jak przeżyć tę kurewską miłość, nie tracąc przy tym resztek godności?

Proszę więc przeczytać te trzynaście historii jako lek dostępny bez recepty na nasze własne poczucie wyobcowania. Autor "Babć" miał tę niebywałą lekkość, która sprawia, że przy czytaniu o bezdomnym patrzącym na dzika w „Dżokerze” czujemy nie tylko komizm, ale i powagę ludzkiego losu.

Recenzja "Zawsze jest ktoś" Petra Soukupová

Soukupová pisze tak, jakby obserwowała ludzi przez dziurkę od klucza, a potem spisywała to w raporcie policyjnym – bez ozdobników, bez współczucia, za to z niepokojącą dokładnością.
Wydawca: Afera

Liczba stron: 392


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Julia Różewicz

Premiera: 26 sierpnia 2025 rok 

Oto horror w realistycznej scenerii czeskiego przedmieścia. Nie ma tu duchów ani demonów, ale są obrazy, które zostają pod powiekami. Mamy kopanie grobu w ogrodzie, ciało wsuwane i przetrzymywane w zamrażarce, lodówkę (nie tę od zamrażarki), w której obok masła i kiełbasy spokojnie wiją się dżdżownice. Czy będzie tu krew? Oczywiście! Czy w scenerii pojawi się mroczny basen w domku jednorodzinnym? A jakże! Czy trafi się molestowanie 40 lat młodszej kobiety? I to jeszcze jak! Takich opisów brutalności, takiej kwintesencji tajemnicy mógłby pozazdrościć nawet Stephen King!

No dobra, to był żart. A może raczej wstępna prowokacja. Bo wszystkie te sceny faktycznie się w książce pojawiają, tylko że Petra Soukupová nie pisze horroru. „Zawsze jest ktoś” to powieść o Veronice, kobiecie w wieku średnim, która ma męża, dwoje nastolatków i rodziców. Tych ostatnich kocha, co nie zmienia faktu, że każde odwiedziny kończą się awanturą. Niby klasyczny obrazek stabilizacji, a jednak pod spodem buzują dobrze nam znane napięcia. Poczucie winy wobec starzejących się rodziców, frustracja związana z dziećmi, które coraz bardziej odpływają w swoje światy, alkohol, który pomaga zasnąć, a w praktyce tylko rozluźnia kontrolę. To nie horror z potworem w piwnicy, ale dramat jednostki w świecie, w którym każdy coś od ciebie chce, a ty sam nie wiesz, czy w ogóle masz prawo być sobą.

Soukupová przypomina mi trochę czeską odpowiedź na Elizabeth Strout. Niby zwyczajne historie rodzinne, ale rozpisane tak, że czujesz ciężar każdej rozmowy przy stole. Czasem przychodzi też skojarzenie z filmami Miloša Formana, tymi wczesnymi, jak „Miłość blondynki”. Tam też zwyczajność jest podszyta ironią, goryczą i śmiesznością zarazem. Kiedy autorka pokazuje Veronikę z kieliszkiem wina, próbującą uspokoić wyrzuty sumienia wobec ojca czy córki, można pomyśleć o wszystkich antybohaterkach z literatury obyczajowej, które starają się być perfekcyjne, a i tak wszystko sypie się jak domek z kart.

W konstrukcji książki ciekawie działa zmienność perspektyw. Poza Veroniką swoje fragmenty dostają dzieci. Pokazują one te same zdarzenia, ale z innego punktu widzenia. Odmienne doświadczenia, wiek, marzenia – to wszystko działa jak filtr, który wyłuskuje kwintesencję pojęcia rodziny. Jak bardzo jesteśmy blisko, a jednocześnie jak daleko?

Nie ma tu wielkich zwrotów akcji ani efektownych tragedii, raczej mikrodramaty codzienności. I w tym tkwi siła książki. Kiedy Veronika zastanawia się, czy już przypadkiem nie staje się kopią swojej matki – zgorzkniałej, wiecznie niezadowolonej, czytelnik łapie się na tym, że to pytanie mogłoby paść w każdej rodzinie. Podobnie podchodzimy do tematu pierwszej miłości, zapracowania czy odrzucenia kolegi z grupy. To właśnie ten ostatni temat wydaje mi się mocno niedoceniany w recenzjach, a jak dla mnie jest poprowadzony wzorowo. I można o nim debatować godzinami.

Ta książka jest jak czeski kebab o trzeciej w nocy. Zwyczajny, tłusty, trochę wstydliwy. A jednak konsumując go, czujesz prawdziwy smak życia. Jest też oczywiście trochę zabawnie. Jakby Ingmar Bergman spotkał się z Bohumilem Habalem w kolejce po piwo i postanowili napisać razem sitcom o tym, że matki nigdy nie przestają dzwonić.

 „Zawsze jest ktoś” nie jest książką, która zaskoczy fabułą. To raczej precyzyjny portret rodziny w rozkładzie, zapisany chłodnym, minimalistycznym językiem. Dla jednych będzie to proza męcząca w swojej zwyczajności, dla innych wciągająca jak najlepszy dramat psychologiczny. Jeśli ktoś lubi obserwować, jak w idealnie uporządkowanym domu zaczyna się odklejać tapeta i sypie tynk, to Soukupová jest pisarką idealną.

Przeczytaj też recenzje innych fantastycznych książek od Afery:

- "Wypędzenie Gerty Schnirch" Kateřina Tučková

- "Zmęczenie materiału" Marek Šindelka  

- "Jezioro" Bianca Bellova 

"Babcie" Petr Šabach

Recenzja "Café Groll" Jan Štifter

„Café Groll” to powieść o dusznej bliskości, niedopowiedzianych emocjach i zderzeniu z kobiecością. Štifter maluje Czechy lat 20. z czułością, nostalgią i literacką klasą, której nie da się podrobić.
Wydawca: Książkowe Klimaty

Liczba stron: 160


Oprawa: twarda

Tłumaczenie:
Anna Radwan-Żbikowska

Premiera: 18 maja 2025 rok

Jan Štifter, czeski pisarz, który zachwycił polskich czytelników lirycznym i poruszającym „Kolekcjonerem śniegu”, powraca z nową książką. Zupełnie inną, ale równie wartą uwagi. Zeszłoroczna nowość była cicha, metafizyczna i melancholijna jak skrzypienie podłogi w opuszczonym domu, zaś „Café Groll” pulsuje życiem, zapachem dymu papierosowego, słodką dusznością buduarów i nienazwanym smutkiem ukrytym za makijażem.

Podczas gdy „Kolekcjoner śniegu” był książką o przemijaniu, pamięci i cieniu historii przenikającej teraźniejszość – baśnią dla dorosłych o duchach i lodzie w zamrażarce – „Café Groll” to realistyczna, ale niepozbawiona subtelności powieść osadzona w konkretnej, zmysłowej przestrzeni Czech. A jednak oba tytuły mają coś wspólnego: literacką elegancję, niewymuszoną poetyckość i głęboko ludzką perspektywę.

Rok 1920. Rudolf Slíva, młody lekarz, zderza się z realiami życia w prowincjonalnym, choć tętniącym ukrytym życiem mieście – Czeskich Budziejowicach. Zamiast prestiżowej praktyki trafia na posadę medyka nadzorującego zdrowie prostytutek. To punkt wyjścia, który mógłby stać się pretekstem do taniej sensacji, ale u Štiftera nawet opowieść o domach publicznych jest czymś więcej. To studium relacji, emocji, dojrzewania i zgłębiania kobiecości jako siły, która może zarówno zranić, jak i ocalić.

Café Groll – tytułowy przybytek, legendarna instytucja w Kasárenskiej ulicy, staje się nie tylko scenografią wydarzeń, ale niemal osobnym bohaterem. Tutaj splatają się losy kurtyzany Anny Václavíkovej, szlachetnie urodzonej Salomény i samego Rudolfa, którego wewnętrzny rozwój jest sercem tej powieści. To historia o tym, jak blisko mogą ze sobą sąsiadować namiętność i czułość, powierzchowność i głębia, ciało i dusza.

Štifter pisze językiem prostym, ale niebanalnym. Jego zdania są klarowne, rytmiczne, bezpretensjonalne. Potrafi jednym akapitem zarysować postać, czas i klimat epoki. Bez historycznego zadęcia, ale z pełną wiarygodnością. Nie używa archaizmów, ale buduje nastrój tak sugestywnie, że czujemy się, jakbyśmy siedzieli na drewnianej ławce pod oknem bordelu, popijając absynt.

Choć fabuła momentami wydaje się lekka, wręcz błaha, to zakończenie potrafi zaskoczyć. Jest tu miejsce na refleksję, czułość i pewną nostalgię, tak typową dla czeskiej literatury. Podobnie jak w „Kolekcjonerze śniegu”, nie wszystko zostaje powiedziane wprost. Štifter wierzy w inteligencję czytelnika i pozwala mu odczytać więcej, niż sam zapisuje.

Motyw prostytutek to temat często eksplorowany w literaturze. Wystarczy wspomnieć choćby „Pantaleona i wizytantki” Vargasa Llosy, „Rzecz o mych smutnych dziwkach” Márqueza czy „Nanę” Zoli. Jan Štifter doskonale odnajduje się w tym literackim kręgu. W „Café Groll” nie epatuje jednak erotyzmem ani tanim dramatyzmem; zamiast tego oferuje opowieść intymną, czułą, zanurzoną w realiach Czech. Tu kobiety pracujące w domach publicznych nie są jedynie tłem czy symbolem upadku, lecz pełnoprawnymi uczestniczkami historii – z własnymi pragnieniami, żalem, determinacją. Podobnie jak u Zoli czy u Bukowskiego, bohaterki Štiftera bywają bezkompromisowe i zranione, ale jest w ich portretach coś, co wyróżnia czeskiego autora: dyskretna empatia, melancholia i elegancja narracyjna. Właśnie to sprawia, że jego „Café Groll”, choć wpisuje się w dobrze znany literacki trop, nie brzmi wtórnie. Przeciwnie, zyskuje własny, unikalny głos.

Czy nowa powieść czeskiego autora to książka lepsza niż „Kolekcjoner śniegu”? Niekoniecznie. Jest bardziej cielesna, bardziej osadzona w ziemi, zapachu, dźwięku, bliskości. Pokazuje, że Jan Štifter nie jest autorem jednej nuty. Potrafi grać i na lirze śniegu, i na trąbce z kabaretu. Z tą samą klasą, z tą samą wrażliwością.

To powieść dla tych, którzy lubią literaturę z klimatem – niekoniecznie wielką, rozbuchaną narrację, ale dobrze skrojoną, zaskakującą nowelę o tym, co między ludźmi bywa niewyrażalne. „Café Groll” to doskonała lektura na leniwe popołudnie, z filiżanką kawy i świadomością, że literatura wciąż potrafi być nieoczywista, zmysłowa i ludzka.

Polecam z całego serca – i z odrobiną rumieńca.

Jeśli zainteresowała Cię ta książka, z czystym sercem polecam także:

1. "Babcie" Petr Šabach 

2. „Opowiadania i wiersz” Zdeňek Svěrák  

3. "Ruska klasyka" Daniel Majling