Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura fińska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura fińska. Pokaż wszystkie posty

Recenzja "Psia Kalevala" Mauri Kunnas

"Psia Kalevala" Mauri Kunnas

Wydawca:
 Książkowe Klimaty

Liczba stron: 64


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Sebastian Musielak
 
Premiera: luty 2026 rok

„Kalevala jest skończona”, chciałoby się zakrzyknąć, patrząc na to, co z fińskim eposem narodowym wyprawia Mauri Kunnas. Ale to nie byłby okrzyk klęski, lecz zachwytu nad tym, jak bezczelnie i ożywczo można potraktować pomnik. Podczas gdy my wciąż kisimy się w sosie szkolnych interpretacji „Pana Tadeusza”, Finowie – piórem Kunnasa i w przekładzie niezawodnego Sebastiana Musielaka – wpuszczają do swojego panteonu watahę psów, wilków i parę zadziornych kotów.

Kunnas nie bawi się w przypisy. Z dużą dozą humoru woli uprawiać literacką partyzantkę. Zamiast mozolnego przedzierania się przez heksametry Eliasa Lönnrota, dostajemy historię, która startuje z prędkością karabinu maszynowego. Jego świat podzielony jest na trzy obozy: wolne psy z Kalevali, mroczne wilki z Pohjoli i koty, które – jak to koty – usiłują ugrać swoje gdzieś pomiędzy. Centralną figurą jest Väinämöinen. Zapomnijcie jednak o posągowym półbogu. U Kunnasa to psi staruszek, ciamajda z magicznymi mocami, którego głównym życiowym projektem jest znalezienie żony. I to właśnie ta obyczajówka pcha go w paszczę wilczej północy.

Największy triumf tej książki kryje się w synergii tekstu i obrazu. Kunnas uprawia tu wyrafinowany dialog ze sztuką wysoką, którego dzieciak może nie wyłapać, ale dorosły czytelnik poczuje przyjemne mrowienie w okolicach układu nagrody. Kiedy patrzymy na te dynamiczne, niemal barokowe w swoim przeładowaniu szczegółami grafiki, orientujemy się, że autor bez mrugnięcia okiem rekonstruuje kanoniczne płótna Akseliego Gallen-Kalleli. To tak, jakby ktoś namalował „Bitwę pod Grunwaldem”, obsadzając w roli Jagiełły buldoga francuskiego, a mimo to zachował powagę kompozycji i emocjonalny ciężar oryginału.

Jest w tym coś z ducha dawnych poematów heroikomicznych. Krasicki byłby dumny, widząc, jak sprawnie można opowiedzieć o rzeczach wielkich przez pryzmat mokrego nosa i merdającego ogona. Kunnas udowadnia, że klasyka nie musi skostnieć. Nie musi być mniejszościowa i zamknięta w bibliotecznych szafach. Może stać się większościowa, popkulturowa i bezgranicznie zabawna, nie tracąc przy tym zbyt dużo ze swojego mitycznego ciężaru.

Siedzimy więc w tych naszych fotelach, ja z kotem mamy próbującym właśnie przejąć klawiaturę, i czytamy o magicznym młynku Sampo, o który żrą się psy i wilki. I nagle dociera do nas, że ta cała skandynawska powaga, te wszystkie mroźne sagi, najlepiej smakują właśnie wtedy, gdy ktoś spuści z nich trochę nadętego powietrza. „Psia Kalevala” to nie jest literatura dziecięca w infantylnym tego słowa znaczeniu. To list miłosny do fińskiej duszy, napisany z przymrużeniem oka, ale i z ogromnym szacunkiem do źródła.

Może i Sontag by tego nie doceniła, pewnie zbyłaby Kunnasa swoim słynnym, znudzonym spojrzeniem. Ale Paglia? Paglia na pewno doceniłaby ten witalizm, tę zwierzęcą energię i demona rewanżu, który każe kotu Lemminkäinenowi pyskować własnej matce. Jak dla mnie absolutna bomba. W świecie zdominowanym przez mdłe historie, Kunnas rzuca nam kość w postaci narodowej mitologii przebranej za zwierzęcą farsę. To intelektualny punk rock w twardej oprawie. Prowokuje, bawi i uczy, że nawet najpotężniejszy czarodziej świata może być po prostu uroczym ciamajdą.

Recenzja "O (albo uniwersalny traktat o tym, dlaczego sprawy mają się tak, a nie inaczej)" Miki Liukkonen

Epicka powieść o 137 bohaterach i jednej obsesji: próbować zrozumieć świat, zanim świat zamieni ich w powiadomienie push.
Wydawca: Wydawnictwo Insignis Media

Liczba stron: 960


Oprawa: twarda

Tłumaczenie: Sebastian Musielak

Premiera: 4 czerwca 2025 rok

Nieczęsto mam w rękach książkę, której lektura wzbudza we mnie poczucie lęku, niepokoju, intelektualnego dyskomfortu i fizycznego wręcz zmęczenia. Taką powieścią jest „O (albo uniwersalny traktat o tym, dlaczego sprawy mają się tak, a nie inaczej)” Miki Liukkonena. Pozwolicie, że jej tytuł będę dalej skracał do „O”. To rzecz, która nie tylko przekracza granice narracyjne, ale przede wszystkim próbuje uchwycić nieuchwytne. Świat, który rozpada się pod ciężarem własnej komplikacji. Ludzkie istnienie rozdzierane obsesjami, lękami i neurozami. Postrzegam tę książkę jako sejsmograf współczesności. Jej przekaz drży w rytm nerwów całej epoki.

Zacznijmy od formy, bo „O” nie uznaje żadnej jednorodności. Mamy tu styl barokowy w dygresjach, gęsty jak ściółka leśna, pod którą kryją się larwy kolejnych znaczeń. Jest dramat, są listy, raporty, są partie oniryczne i niemal dziennikarskie. Czasem styl imituje strumień świadomości, by po chwili przejść w wykład filozoficzny czy chłodny opis. To narracyjny Frankenstein, ale zbudowany nie z resztek, a z żywego ciała. Jego puls słychać cały czas.

Nie ma jednej historii. Setka postaci przewija się jak twarze w zatłoczonym metrze. Pozornie przypadkowe, czasem powracające, innym razem znikające po jednym akapicie. To chaos pozorny. Jak w partyturze Bacha, z której Liukkonen robi temat nie tylko artystyczny, ale i egzystencjalny. Obsesja doskonałości, rytmu, powtarzalności, idealnej konstrukcji. I jednocześnie udręka świadomości, że życie nigdy nie będzie tak spójne jak muzyka.

„O” to traktat o zaburzeniu. Nie o zaburzeniach psychicznych jako jednostkach chorobowych, ale o samym poczuciu bycia zaburzonym, rozregulowanym, w niewłaściwym czasie i ciele. Bohaterowie to z jednej strony osoby z rozpoznaniem OCD, depresji, nerwicy czy lęku uogólnionego. Z drugiej to także ci, którzy nie mają żadnej diagnozy, a mimo to czują się jakby istnieli obok własnego życia.

Czytałem tę książkę blisko czterdziestki. Po przejściach. Ze świadomością, że wielu rzeczy już nie muszę. Że życie toczy się w trybie trochę wolniejszym, niż się kiedyś wydawało. I właśnie dlatego tak bardzo dotknęła mnie śmierć Liukkonena. Bo wiem, jak to jest być młodym mężczyzną bez azymutu. Znam te ciemne noce, w których człowiek drży na myśl o kolejnym dniu. I wiem też, że można z tego wyjść. Liukkonen nie wyszedł. Może dlatego, że czuł więcej niż inni. Bo „O” to książka hiperwrażliwca.

Są tu epizody, które zostają w głowie na długo. Chłopiec komunikujący się poprzez Post-it®y. Fanatycy Bacha testujący eksperymenty na granicy życia i śmierci. Śledzie wędrujące w czasie. Ogrodowa szopa jako schronienie przed własnym umysłem. Jerome, narrator obsesyjny, który czas mierzy niczym mnich kontemplujący śmierć – nie po to, by ją zrozumieć, ale by chociaż zyskać złudzenie kontroli.

Metafora pływania powracająca, przenikliwa, odsłania rdzeń tej książki: życie jako walka o nieutonęcie. O przetrwanie w rzeczywistości, która przypomina ocean pełen śmieci informacyjnych, niepokoju, braku jasności. Pływać, czyli nie tonąć. Czy to nie brzmi jak współczesne motto egzystencji?

To oczywiście nie koniec możliwych interpretacji i metafor. „O” można odczytywać jako tekst-bachtinowski, gdzie setki postaci mówią własnym głosem, a ich summa splata się w kalejdoskop narracyjny. Nie ma jednej dominującej perspektywy. Czytelnik staje się świadkiem dialogów między obsesjami, fobiami, traumami i pragnieniami różnych bohaterów.

Akcja rozgrywa się nie tylko w psychice indywidualnych bohaterów, ale też w umysłach zbiorowych. To obraz społeczeństwa w stanie zawieszenia poznawczego, permanentnej dezorientacji. Internet jako ocean stymulacyjnych śmieci, w którym toniemy. Jest też humor. Liukkonen wplata groteskowe, absurdalne wątki, by rozładować psychologiczną presję narracji. To klasyczny postmodernistyczny zabieg, który balansuje tragizm z komizmem, a jednocześnie oddaje absurdalność świata postprawdy.

To, co mnie najbardziej urzekło (a zarazem przeraziło), to otwartość tej książki. Każdy rozdział to osobne uniwersum, każdy wątek można rozpatrywać na poziomie literalnym, symbolicznym, psychologicznym i filozoficznym. A jednak „O” nie rozkłada się jak encyklopedia. Nie pyta: „czytaj mnie jak leksykon”, ale: „przeżyj mnie jak sen, który wraca”.

W skali trudności czytania mamy tu więc Mount Everest. Niektórych fragmentów nie da się przeczytać „na raz”. Inne wciągają jak wiry. To powieść jak życie: nieprzewidywalna, niepodzielna, nielinearna. Długa, ale tylko dlatego, że musi taka być. Bo świat nie mieści się w aforyzmie.

To książka, która zaczyna się jak żart, ale kończy jak notatka samobójcza kosmosu. Tu każda postać mówi jak Twitter-bot po kursie filozofii. Liukkonen pokazuje, że chaos nie jest brakiem porządku, tylko jego ironiczną wersją beta.

P.S. tłumaczenie zasługuje na nagrodę. 

Recenzja „Las powieszonych lisów” Arto Paasilinna

Wydawca: Książkowe Klimaty

Liczba stron: 312


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Karolina Wojciechowska

Premiera: 25 sierpnia 2024 rok

Arto Paasilinna nigdy nie dostanie literackiego Nobla, jego książka nie trafi na listę Bookera, ba, jestem przekonany, że nie wspomni o niej w swoim podsumowaniu żaden liczący się polski magazyn literacki. To, co tworzy fiński pisarz, nie ma za zadania łamać tabu czy przedstawiać rzeczywistość w nowym, modernistycznym stylu. Nic z tych rzeczy. Tu gra rozchodzi się przede wszystkim o dobrą zabawę.

Wydawnictwo Książkowe Klimaty zaprezentowało nam tym razem „Las powieszonych lisów”. Tytuł zapowiada mrok i tajemnicę godną pióra Chrisa Carter, ale to tylko pozory. Należy pamiętać, że Arto Paasilinna lubi kreować absurdalne sytuacje i obrazy, a ów las powieszonych lisów jest najlepszym tego przykładem.

Bohaterów mamy tym razem trzech. Oiva Juntunen ma coś, czego może pozazdrościć mu każdy z nas – dużo złota. Taki bagaż nie daje mu jednak spokoju, bo z jednej strony obawia się zemsty jego byłego wspólnika, wielokrotnego mordercy, z drugiej problemy mogą tworzyć także inne osoby, które poczują szansę na łatwe wzbogacenie się. Oiva zostawia więc swoje wygodne życie, przenosi się najpierw na Florydę, a później na daleką północ, by w pustym lesie rozbić swój obóz. Los łączy go z majorem Remesem. Ten zły mąż i ojciec bierze wolne od obowiązków zawodowych i rozpoczyna życie na odludziu. Jest pełen nadziei, że pojawiające się co i rusz w wodzie złoto przyniesie mu bogactwo. W kuriozalnych okolicznościach trafi do tej ekipy także 90-letnia Naska z kotem.

Już sam splot wydarzeń pokazuje, że nie mamy tu do czynienia z typową fabułą. Remes chce poznać Juntunena, bo ten bohatersko broni swojego skarbu podczas ćwiczeń wojskowych. Naska z kolei ucieka z samochodu i mimo siarczystego mrozu i osamotnienia dociera do tej dwójki. Takie rzeczy w normalnym świecie zdarzyć się nie mogły, ale znajdujemy się przecież w uniwersum Arto Paasilinna, gdzie biologia oraz prawa fizyczne nie mają aż tak wielkiego znaczenia.

Napisałem, że jest to książka pełna absurdów. Co dokładnie miałem na myśli? Otóż nie żaden tam surrealizm czy inną formę buntu przeciwko realizmowi i empiryzmowi. Nic z tych rzeczy. Fiński pisarz opiera swoją książkę na szkielecie, który jest już dobrze ograny w literaturze: kradzież złota, ucieczka, budowanie domu w głuszy, przekupna policja – to wszystko już było. A jednak mimo tego szablonowego podejścia, Paasilinna działa po swojemu i dzięki niewielkim scenom, tworzy aurę inności, także śmieszności. W jakiej innej książce znajdziecie Boże Narodzenie w Laponii, zamrożone ciało z parówką w ręku, pojazd ciągnący wannę przez zaśnieżony krajobraz czy najstarszą skoltkę brnącą nocą przez las? Ja takiej nie znam. Jest to więc w jakiś sposób odświeżające i piękne.

Tak więc ja się z „Lasem powieszonych lisów” dobrze bawiłem. Arto Paasilinna nie przyspiesza wydarzeń na siłę. Humor pojawia się nie tylko w momentach dokonywania pewnych czynów, ale także w opisach. Prosty język zupełnie nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, idealnie nadaje się do odsłuchania (polecam audiobook). Jest w tej niewielkiej książce coś z Coenów, Gangu Olsena czy Londona. Słuchanie jej przez snem pozwoliło ‘wyzerować’ dzień, uspokoić myśli, zapomnieć chociaż na chwilę o trudach codzienności. Działa to jak dobry serial komediowy z tą różnicą, że tu nie trzeba męczyć wzroku (no chyba, że wybierzecie wersję papierową). Zdecydowanie polecam.