Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura irańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura irańska. Pokaż wszystkie posty

Recenzja "Idąc na rzeź" Mahmoud Dowlatabadi

Esej o „Idąc na rzeź” Mahmouda Dowlatabadiego – przejmującej powieści o wojnie iracko-irańskiej, języku propagandy i granicach ludzkiego cierpienia.
Wydawca: ArtRage

Liczba stron: 128


Oprawa: twarda
 
Tłumaczenie: Mateusz M. Kłagisz
 
Premiera: 9 marca 2026 rok

Mahmoud Dowlatabadi, często określany mianem irańskiego Tołstoja (choć sam od tej etykiety ucieka z pokorą rzemieślnika) jest w literaturze perskiej postacią pomnikową. Jego twórczość to pomost między klasyczną tradycją prozy Abu’l-Fadla Bayhaqiego a modernistycznym niepokojem XX wieku. Sam pisarz odrzuca jednak kategorię wpływu jako formy zależności. Jego projekt literacki opiera się raczej na tym, co nazywa sprawą ludzką, a więc uniwersalnym doświadczeniu egzystencji, które przekracza granice języków, religii i państw.

W tym sensie Dowlatabadi wpisuje się w napięcie, które od dawna kształtuje recepcję literatury pozaeuropejskiej. W obrębie tego, co Fredric Jameson nazwał niegdyś narodową alegorią, jego proza bywa redukowana do politycznego dokumentu. Tymczasem „Idąc na rzeź” stanowczo opiera się takiej redukcji. Choć wyrasta z konkretnej historii, nie daje się do niej sprowadzić. Autor w swojej książce dokonuje bolesnej wiwisekcji jednego z najbardziej traumatycznych doświadczeń współczesnego Iranu – wojny iracko-irańskiej (1980–1988). Nie robi tego jednak z perspektywy propagandzisty, lecz filozofa i moralisty, który w piasku pustyni szuka resztek człowieczeństwa.

W oficjalnym dyskursie Islamskiej Republiki wojna z Irakiem funkcjonuje jako Adabijāt-e defā-e moghaddas – literatura świętej obrony. To nurt nasycony martyrologią, religijnym zapałem i czarno-białym podziałem na szlachetnych obrońców wiary oraz najeźdźców. Dowlatabadi, pisarz głęboko zakorzeniony w losie irańskiego ludu, wyłamuje się z tego schematu.

Wojna w „Idąc na rzeź” nie jest chwalebnym dżihadem. To ośmioletni, wyniszczający impas, który pochłonął setki tysięcy istnień. Dowlatabadi przenosi nas na Wzgórze Zero, w pięćdziesięciostopniowy upał, gdzie jedynym bogiem i jedynym celem staje się woda. Autor odziera konflikt z narodowych barw. Paradoksalnie, pisząc z perspektywy irackiego majora i arabskiego pisarza, podkreśla uniwersalność cierpienia. Na linii frontu wróg staje się lustrzanym odbiciem nas samych. Obie strony umierają z tego samego pragnienia.

Sercem powieści jest postmodernistyczna gra z narracją. Dowlatabadi wprowadza postać Pisarza, któremu władze (w tym przypadku irackie) zlecają stworzenie wojennej propagandy. Ma on skroić rzeczywistość pod dyktat oficjalnej linii, zamieniając krew w atrament, a prawdę w narzędzie psychologiczne.

To tutaj powieść osiąga swój najbardziej przenikliwy wymiar. Wojna toczy się nie tylko na froncie, lecz także w języku. Pisarz staje się polem walki między doświadczeniem a jego reprezentacją, między etyką a lojalnością wobec państwa. W tej perspektywie „Idąc na rzeź” można czytać jako traktat o zdradzie słowa. Literatura, która miała być przestrzenią prawdy, zostaje podporządkowana mechanizmom władzy. Jak zauważa narrator, kłamstwo staje się nawykiem, a wraz z nim hipokryzją, zapomnieniem, pustką.

Ten wątek wpisuje powieść w długą tradycję refleksji nad odpowiedzialnością pisarza, ale jednocześnie nadaje mu specyficznie irański kontekst. Wszak to kraj, w którym literatura od zawsze pozostawała w napięciu z władzą.

Podkreślę jeszcze raz arcyważny ruch Dowlatabadiego. Powinien on mocno wybrzmieć. Przecież sam autor spędził lata w więzieniach Sawaku, a mimo to przyjął perspektywę iracką w swojej książce. To literacka dywersja. Pokazując tamtą stronę udowadnia, że wojna to nie zderzenie cywilizacji, ale symetryczna halucynacja. Żołnierze uwięzieni na Wzgórzu Zero, oszalali z braku wody, widzą w snajperze nie wroga, ale przeznaczenie.

Można tu szukać tropów u Melville’a (Ahab) czy Saramago (biologiczny determinizm losu), ale Dowlatabadi pozostaje głęboko osadzony w perskim adabie. Jego proza to połączenie starożytnego fatalizmu z nowoczesnym niepokojem. To, co u innych byłoby reportażem, u niego staje się metafizycznym horrorem. W jednym z najbardziej przejmujących momentów powieści żołnierze patrzą na kontener z wodą. Obiekt banalny, a zarazem absolutny. Jest blisko, a jednocześnie nieosiągalny. W tej figurze skupia się cała metafizyka książki – prosta rzecz urasta do rangi Arki Przymierza.

I tak, „Idąc na rzeź” skupia się na mikroskali frontu. Trudno jednak nie zauważyć, że nad Wzgórzem Zero wisi cień globalnego cynizmu. Dowlatabadi nie musi pisać o Reaganowskich dostawach broni czy europejskich technologiach chemicznych używanych przez Saddama. To wszystko jest obecne w ołowianych słowach i w poczuciu bycia porzuconym przez świat.

To książka o tym, że wojna nie kończy się wraz z zawieszeniem broni. Ona trwa w języku, w zniekształconych wspomnieniach, w traumie, która każe pisarzowi wciąż od nowa wracać na linię frontu. Dowlatabadi stworzył dzieło gęste od znaczeń, w którym każda kropla wody (lub jej brak) waży tyle, co cała filozofia Wschodu. Wspaniała książka.

Recenzja "Nie ma co" Mahsa Mohebali

"Nie ma co" autorstwa Mahsy Mohebali to buzująca od emocji irańska powieść.
Wydawca: Glowbook

Liczba stron: 184


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Aleksandra Szymczyk

Premiera: 1 maja 2024 rok

Coś się ruszyło na polskim rynku wydawniczym. Wreszcie oficyny otwierają się na ambitną literaturę z krajów Bliskiego Wschodu. Mamy już do naszej dyspozycji chociażby „Ciała niebieskie” Jokhi Alharthi czy „Dziwki w czadorach nie idą do raju” Chahdortt Djavann, a niebawem pewnie pojawi się premierowo książka Jizhar Smilanskiego. Do tego grona dołączył także niewielkich rozmiarów utwór Mahsy Mohebali.

„Nie ma co” to opowieść, która wciąga czytelnika w brutalny, a jednocześnie fascynujący świat współczesnego Teheranu. Główna bohaterka, Shadi, to młoda narkomanka próbująca odnaleźć sens w kraju pogrążonym w chaosie i autorytarnym porządku. Narracja zaczyna się od trzęsienia ziemi – i to dosłownie. Odzwierciedla ono symbolicznie roztrzęsienie wewnętrzne bohaterki oraz tętniący życiem i gniewem Iran. W chaosie drżącego miasta Shadi rusza w 24-godzinną podróż w poszukiwaniu kolejnej dawki narkotyku, a jednocześnie ucieczki od pełnej napięć rzeczywistości rodzinnej.

Autorka, używając zjadliwego, pełnego ironii i humoru języka, przedstawia Iran jako miejsce skomplikowane i niespokojne, zarówno pod względem politycznym, jak i społecznym. Niezwykle intrygujący jest portret głównej bohaterki – Shadi to antybohaterka, którą trudno lubić, lecz jednocześnie trudno jej nie współczuć. Ucieleśnia bowiem niezgodę na represyjny system, nie tylko na poziomie politycznym, ale także emocjonalnym. Przypomina postacie z prozy Sartre'a czy Camusa, które nieustannie próbują odnaleźć sens w świecie pozbawionym wartości. Mohebali buduje obraz Teheranu jako miejsca, gdzie rewolucje wydają się nieustannym stanem, a jednostki – jak Shadi – toną w apatii i desperacji, próbując chociaż na chwilę zaznać spokoju.

„Nie ma co” to książka otwierająca na nowe perspektywy. Jest pełna kontrastów i mocno zarysowanych emocji, które – mimo silnie osadzonego kontekstu irańskiego – wybrzmiewają uniwersalnie. Mohebali, poprzez chaotyczną, intensywną narrację, pokazuje wrażliwą stronę społeczeństwa rozdartego pomiędzy tradycją a nowoczesnością. To książka dla osób, które są gotowe zmierzyć się z lekturą pełną buntu i gorzkiej refleksji.

Dla polskiego czytelnika dodatkowym atutem są przypisy tłumaczki Aleksandry Szymczyk, które otwierają kontekst irańskiej kultury i pozwalają zrozumieć niuanse językowe oraz sytuację społeczną. Dzięki tym wstawkom stajemy się nie tylko obserwatorami, ale i towarzyszami Shadi, poznając ten trudny świat od środka.

Recenzja „Dziwki w czadorach nie idą do raju” Chahdortt Djavann

„Dziwki w czadorach nie idą do raju” to książka Chahdortt Djavann
Wydawca: Wydawnictwo w podwórku

Liczba stron: 236


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Tłumaczenie: Krzysztof Jarosz

Premiera: maj 2024 rok

Tydzień temu poszedłem do kina na film „Tatami”, który wyreżyserowali Zar Amir Ebrahimi i Guy Nattiv. Opowiada on historię irańskiej dżudoczki, która podczas mistrzostw świata jest dosadnie proszona przez władze reprezentowanego przez siebie kraju o symulowanie kontuzji. Opowieść ta jest inspirowana co najmniej kilkoma innymi, realnymi zdarzeniami z przeszłości reprezentantów Iranu. To z pewnością poruszająca relacja walki o realizację własnych marzeń, ale także, a może przede wszystkim o łamaniu podstawowych praw kobiet w kraju znad Zatoki Perskiej. Do samego filmu miałem dwie uwagi. Po pierwsze zbyt mocno trzymano się pewnych szablonowych rozwiązań kina sportowego. Po drugie opowiedziano fikcyjną historię, mimo że w Iranie aż roi się od gotowych scenariuszy.

Opowiadam o tym przede wszystkim dlatego, że ów obraz dopełnił mi lekturę książki, o której chcę Wam opowiedzieć. „Dziwki w czadorach nie idą do raju” również mówią o łamaniu praw mieszkanek Islamskiej Republiki Iranu. Tu jednak inaczej niż w filmie, życiorysy są realne. Mamy więc zgrabne połączenie elementów powieści i reportażu, co w moich oczach od razu podniosło zaufanie do autorki Chahdortt Djavann. Jest to o tyle ważne, że ciężar gatunkowy książki wzniósł się na wyżyny – mowa tu bowiem o zabójstwach prostytutek. Co ciekawe reżyserka „Tatami” Zar Amir Ebrahimi jest przede wszystkim aktorką, a jedną z jej poprzednich ról była postać Rahimi w dziele „Holy Spider”. Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że ten film, wyreżyserowany przez Alego Abbasiego, traktował o niczym innym, jak o historii seryjnego mordercy, który w 2000 roku zabijał pracownice seksualne pod pretekstem oczyszczania miasta Meszhed. Zbieżność tematyczna nie jest bynajmniej przypadkowa.

Jeśli mieliście okazję obejrzeć utwór autora „Granicy”, tym bardziej sięgnijcie po książkę wydaną przez Wydawnictwo w podwórku. O ile bowiem Abbasi skupia się na mordercy, o tyle u Djavann jest on tylko tłem. Tu prym wiodą kobiety i społeczeństwo z jego chorymi (nie boję się tego tak nazwać) poglądami i wierzeniami. O skali ich bezmyślności niech zaświadcza fakt, że po emisji „Holy Spider”, który to film mocno krytykował Iran, twórcom zaczęto grozić śmiercią.

Dość jednak o kinie (przynajmniej na chwilę). Saeed Hanaei, bo tak nazywał się morderca 16 kobiet, zabijał, bo wierzył, że tak trzeba. Wartość zeznania złożonego w sądzie przez kobietę jest równa połowie wartości zeznania mężczyzny, a wartość słowa, zdania czy życia pracownicy seksualnej, jest zerowa. Kobiety sprzedające swoje ciało nie mają praw, mogą być w każdej chwili wychłostane (100 batów) czy skazane na śmierć (ukamienowanie). Mimo, że zaspokajają potrzeby mężczyzn, są przez nich wzgardzane i wyszydzane. Saeed Hanaei doszedł zatem do wniosku, że skoro mijane przez niego prostytutki są obrazą majestatu Iranu, należy je zlikwidować. I tak też robił. Ciała porzucał na ulicy.

Chahdortt Djavann świetnie zbudowała pierwszą scenę. Oto przypadkowy mężczyzna wchodzi w krew leżącego na ulicy ciała kobiety. O czym myśli? Otóż o konsekwencjach, jakie pozostawiony ślad może mieć dla jego dalszego życia. Za dużo się naoglądał amerykańskich kryminałów, przez co odczuwał niepokój, że władze zidentyfikują go jako podejrzanego. Spokój odzyskał dopiero wtedy, gdy okazało się, że to ciało należało do prostytutki. Nadchodzący świadkowie z każdą chwilą coraz bardziej zaczęli szydzić ze zwłok, jednocześnie chwaląc odwagę zabójcy. Był on przecież jak zbawiciel, posłaniec boga – oczyszczał miasto z zarazy. Nie innego zdania była policja, która niespecjalnie śpieszyła się do wnikliwego zbadania sprawy.

Kolejne rozdziały książki „Dziwki w czadorach nie idą do raju” to z jednej strony oddanie głosu kobietom-ofiarom, z drugiej malowanie słowem irańskiego społeczeństwa. Trudno to wszystko zebrać i opisać, bo skala katastrofy jest naprawdę niewiarygodna. Nie wiem też na ile znacie lub śledziliście całą tę sprawę, a było o niej naprawdę głośno. Pozwolę sobie przywołać tylko trzy elementy, dość przypadkowe. W ten sposób nie zdradzę Wam za wiele z treści, a jednocześnie ten, kto niewiele wie o Iranie, z pewnością lepiej zrozumie, o czym mówię.

Po pierwsze rodzina. Same narodziny dziewczynki to zła wiadomość. Nie ma ona zbyt wiele wartości, więc rodzice chcą ją jak najszybciej oddać w ręce mężczyzny, którego zresztą sami wybiorą. Małżeństwa z dwunasto czy nawet dziesięciolatkami to normalność. Zdarza się nawet tak, że opiekunowie nie wyrabiają dziecku aktu urodzenia, podkładają inny, przez co może ono nie wiedzieć, ile faktycznie ma lat. Rzecz jasna, gdy takie małżeństwo się nie uda, rodzina nie chce przyjmować swojego dziecka z powrotem do siebie.

Po drugie przemoc. Jeśli liczysz na to, że jak uciekniesz z domu (bo np. wujek regularnie wykorzystuje cię seksualnie) i nikt cię po drodze nie zgwałci, jesteś bardzo naiwna. Nie masz też większych szans w starciu z alfonsami czy swoimi pracodawcami. Chcesz sprzątać domy? Świetnie! Na pewno przydadzą ci się środki czystości, staranność i otwartość na nowe doznania. Gospodarze wszak nie odpuszczą ci i jako przykładni obywatele nakażą sobie dogadzać. To przecież oczywiste i stanowi część wynagrodzenia.

Wreszcie po trzecie instytucja małżeństwa. Wszyscy słyszeliśmy słowo poligamia, ale tu małżeństwo z więcej niż jedną osobą nabiera nowego znaczenia. Mężczyźni mogą mieć cztery żony. To legalne i chętnie wykorzystywane. Jednocześnie kobieta może mieć jednego męża, a jakiekolwiek odstępstwo od tej normy grozi ukamienowaniem. To jednak nie wszystko. Istnieje bowiem coś takiego jak małżeństwo czasowe. Panowie mogą wziąć sobie kobietę na jeden dzień, dwa, tydzień czy miesiąc. Mułła w zamian za procent zapłaty od takiego związku, dokonuje formalnego zjednoczenia. Jest to de facto legalna forma prostytucji, która teoretycznie pozwala kobietom zarabiać, w praktyce jeszcze bardziej je zniewala.

Te absurdy znajdziemy w tej książce. Nie tylko te, żeby była jasność. Bohaterki żyją bez nadziei, muszą poddawać się temu procederowi, bo nie mają alternatywy. Za coś muszą żyć i wykarmić swoje dzieci. A mężów nie ma, bo albo zginęli, albo siedzą w więzieniu. Niektórym się ‘poszczęści’ i zostaną gorącymi towarami. Zasmakują bogactw i będą oddawać się zamożnym obcokrajowcom. Inne będą musiały wystawać na ulicach, mozolnie budować portfel swoich klientów i oddawać się za grosze. A na koniec wynajmie je taki Saeed Hanaei, wykorzysta seksualnie (tak, tak, ten zbawiciel nie omieszkał sobie w ten sposób ulżyć) i zabije. Pamięć o nich zniknie, nikt nawet nie odbierze ciała.

Historia jest mocno medialna i dyskusyjna, zatem idealnie nada się na dyskusyjny klub książki. Jest też dobrze napisana, czyta się to jednym tchem. Obok opowieści dwóch głównych bohaterek, pojawiają się też inne. Każda ma swoją indywidualną przeszłość, odmienne cechy i ambicje. Jedne są prostymi kobietami, którym zależy przede wszystkim na dzieciach. Inne szukają bliskości. Jest też i filozofka, która powie w pewnym momencie „Chce pani poznać jakieś społeczeństwo? Proszę namówić do zwierzeń jego prostytutki!”. Wspomni też o pewnych filmach, czego nie omieszkałem wynotować. Podam tu dwa tytuły, które miałem okazje obejrzeć. Oba świetne „Santoori” Dariusha Mehrjui oraz „Madian” Ali Zhekana. Nie sądzę, abyście ich szukali i oglądali, ale jeśli zdarzy się ku temu okazja, bierzcie w ciemno.

„Dziwki w czadorach nie idą do raju” to jak dla mnie absolutny tegoroczny top. Nawet znając tę historię, orientując się co niego w realiach Iranu, potrafiła mnie wciągnąć, podnieść ciśnienie. Być może była ona pisana z myślą o kobietach i to z Francji. Być może te wydarzenia są już przeszłością. Ale to wcale nie oznacza, że warto przechodzić nad tym do porządku dziennego i zapominać.

Dla porządku dodam, że na końcu książki znalazło się długie podsumowanie Krzysztofa Jarosza. Nie czytałem go, bo znając podejście tłumacza z jego poprzednich książek, napotkałbym tam prawdopodobnie połączenie własnych doświadczeń z jedynymi słusznymi interpretacjami. A że ja czasami lubię się po swojemu mylić i wyciągać własne wnioski, toteż oddaje w wasze ręce moje omówienie niepodparte badaniem źródeł. I proszę, poznajcie tę książkę.