Recenzja "Ruru" Joanna Rudniańska

Wydawca: Nisza

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 5 grudnia 2019 r.

Jeden rok, dwie książki. Tak w skrócie można by podsumować literackie dokonania Joanny Rudniańskiej w 2019 roku. W różnych opiniach z jakimi spotkałem się na temat dzieł autorki podkreśla się fakt, że tak jak „Sny o Hiroszimie” były książką przeciętną i słusznie utonęły w zalewie nowości, tak „RuRu” wybija się na tle nijakiej, literackiej podaży. I tu wnoszę lekki sprzeciw. Warto zwrócić uwagę, że choć obie książki dzieli wiele, tak samo dużo je też łączy. W „Snach o Hiroszimie” główna bohaterka Bibi jest z zawodu psychoanalityczką, w opowiadaniu „Ja jestem czarna i woda jest czarna” także obserwujemy proces mentalnej kuracji młodej kobiety. W powieści, bohaterka Rudniańskiej jest córką znanej i cenionej malarki, chętnie wystawianej przez duże galerie sztuki. Podobny motyw pojawia się w „Wystawie”, gdzie protagonistka rozmyśla o udostępnieniu swoich zdjęć na tytułową wystawę. W obu książkach pojawia się też Japonia – raz jako symbol noszonych traum, które prędzej czy później wybuchną, innym razem jako obraz na pocztówce, lub idealne miejsce na urlop. Podobieństw jest zresztą więcej: nieudane związki, kompleksy wyniesione z domu, konflikty pokoleniowe czy historia. Jest też styl, niby prosty, pozbawiony emocji, a jednak silnie osadzony na psychice bohaterów i momentami ocierający się o sielską lirykę. 

A jednak mimo tylu analogii, „RuRu” wprowadza trochę świeżości w twórczość Rudniańskiej. Przede wszystkim zwraca uwagę perspektywa dziecka, na fundamencie której autorka buduje kolejne dyskursy. Dwa z nich są silnie zaznaczone w opowiadaniu „Suwerenna decyzja”. Bohaterką jest mała Itta, która nie chce oddać swoich włosów na szczytny cel. Dziewczynka jest zagubiona, nie wie komu może bezgranicznie zaufać. Z jednej strony chciałaby pozostać wierna sobie, z drugiej są inni ludzie i ich oczekiwania. Itta ma dwa domy, w których panują odmienne zwyczaje.  Niepewność pogłębiają jeszcze media społecznościowe, szturmem wchodzące w jej życie. Wychowanie w duchu wolności i podążania za potrzebami dziecka, miesza się tu z narzucaniem swojej woli i traktowaniem młodego pokolenia jako bezrozumnych istot, która we wszystko wierzą. 

Inna kwestia poruszona została w „Domu w Marrakeszu”. Choć pozornie jest to opowieść o wiekowej Julii, którą jej syn zamknął w domu starców, pojawia się też postać Franka, kluczowa w kontekście interpretacji historii. To właśnie on będzie stał po stronie babci. Uwielbia oglądać z nią kolejki na YouTube (znowu nowoczesne technologie, tym razem nie dzielące, a łączące pokolenia), tęskni, gdy ta znika z jego życia. Nie rozumie intencji swojego taty, nie interesują go pobudki finansowe. Nie dorósł jeszcze do wyrachowania i bycia egoistą. Mimo wszystko, trudne decyzje jego rodziców zaważą na losie młodego człowieka, odetną mu dostęp do istotnego elementu dzieciństwa. Jaki będzie tego efekt? Nie wiemy. Jak wiele innych rzeczy w tym tomie, pozostało to niedopowiedziane. A może rozwiązaniem będzie tytułowa opowieść? Może te wszystkie ‘dorosłe’ decyzje sprawiają, że każde dziecko ma swojego potwora ukrytego gdzieś w pokoju swojego życia?

W opowiadaniu „Ja jestem czarna i woda jest czarna” autorka ukazuje konflikt pokoleniowy z innej strony. Ojciec, którego nagi widok stał się dla narratorki przyczyną traumy, pewnego dnia rezygnuje z pracy, ponieważ jego córka poszła na strajk. W ten sposób Rudniańska otwiera swoją książkę na inną perspektywę. Czasami bowiem także decyzje dziecka, mają duże znaczenie dla losów rodziny. Szczególnie gdy do głosu dochodzi też Wielka Historia. A tej jest w „RuRu” całkiem sporo i nie zawsze dotyczy wydarzeń 1968 roku. W „Wystawie” pojawia się stare zdjęcie bohaterki z esesmanem. W „Trawach” istotną rolę odgrywają baraki, rozsiane po stepie nad Wołgą – pamiątki gułagów. W „Gwiazdce Dawida” historia ma wymiar współczesny i ukazuje nadal funkcjonujący w Polsce antysemityzm. Nie jest więc to przeszłość ukazana nostalgicznie, a wręcz przeciwnie, jawi się jako wciąż postępujący i nigdy nieprzetrawiony proces. Co więcej, w zestawieniu z mnogością nawiązań dotyczących wychowania i wciąż powracających błędów pokoleniowych, odczytuję wątek historii jako nieskończony proces ciągłego zadawania bólu. Tego małego, rodzinnego, jak i grupowego, pokoleniowego. Kiedyś orężem była broń, dzisiaj jest Internet, dawniej ludzie szybko ginęli, dzisiaj się rozwodzą. 

Świat Rudniańskiej, to przede wszystkim świat kobiet. Wcale jednak nie chodzi tu o feminizm, walkę o swoje prawa (i całe szczęście). Autorka swoimi opowieściami w sposób delikatny, ale jednocześnie stanowczy, woła do czytelnika o potrzebę zrozumienia, empatii, troski i miłości. Bez tych przymiotów, trudno o przerwanie niewidzianej nici podążania ku zagładzie. Jest to zatem zbiór wielkiego przesłania, który dzięki różnorodnej optyce będzie atrakcyjny dla czytelnika. Powinien zostać też z nim na dłużej, bo problemy tu poruszane, są aż nadto widoczne we współczesnym świecie. Rudniańska ostrzega, choć niedosłownie, że dalsze okopywanie się w egoizmie i niezrozumieniu, może zakończyć się kolejną nieprzepracowaną traumą, kolejnym skaleczonym pokoleniem.

Recenzja "Gąsienica" Ranpo Edogawa

Wydawca: Tajfuny

Liczba stron: 192

Tłumaczenie: Dariusz Latoś

Oprawa: miękka z okładką

Premiera: 26 listopada 2019 r.

Trochę wody musiało w Drwęcy upłynąć, abym doczekał się tłumaczenia utworów Ranpo Edogawy. Na jesieni 2019 roku Wydawnictwo Tajfuny zdecydowało się na ten historyczny krok, a na swój warsztat wzięło wybór opowiadań mistrza japońskiego kryminału. W pięknie wydanej i poprzedzonej ważnym esejem Andrzeja Świrkowskiego „Gąsienicy” polski czytelnik otrzyma wszystko to, co w działalności Edogawy najcenniejsze – przemyślane intrygi, mroczną atmosferę i grę z czytelnikiem, która aż do samego końca nie wyjaśni, co jest prawdą, a co fałszem.

Tarō Hirai, znany lepiej jako Ranpo Edogawa urodził się 21 października 1894 roku. Jego twórczość datowana jest głównie na lata dwudzieste i trzydzieste ubiegłego wieku. Swój debiut „Ni-sen dōka” opublikował w magazynie „Shin-seinen”, kierowanym głównie do młodzieży. Było to czasopismo skupione na promowaniu działalności kryminalnej, stąd swoje miejsce znalazły tam historie pisarzy, których Tarō Hirai podziwiał najbardziej: Edgara Allana Poe, Arthura Conana Doyle’a, Agathy Christie i G. K. Chestertona. Opowieść Edogawy trafiła na podatny grunt, dzięki czemu publiczność szybko doceniła talent pisarza.

Działalność literacką Ranpo Edogawy od samego początku wyróżniało skoncentrowanie na logicznym procesie wnioskowania wykorzystywanego do rozwiązania zagadki. Niejednokrotnie te tajemnice były silnie związane z kulturą Japonii, a za tło opowieści służyły wydarzenia społeczne i polityczne dziejące się ówcześnie w kraju Kwitnącej Wiśni. To właśnie te wątki wynosiły prozę Edogawy ponad współczesnych mu twórców książek detektywistycznych, oferujących w swoich dziełach głównie wątki przygodowe lub grubo ciosane groteski.

Jego pierwsze opowiadania stanowiły zapis procesu powstawania zbrodni i rozwiązania go. Co ciekawe, najczęstszym powodem zaistnienia idei popełnienia morderstwa była tu nuda. To ona pchała początkujących złoczyńców do wymyślania pozornie nierozwiązywalnych czynów. W opowiadaniu „Test psychologiczny” jeden kolega, pcha innego w ramiona wyroku sądowego. Jest tak inteligentny, że wzorcowo przechodzi nawet zakładane przez policję pułapki. Dopiero postać słynnego detektywa, pozwoli na wykrycie kłamstwa. Nie inaczej sytuacja ma się w „Spacerowiczu na poddaszu”, która opowiada o zabójstwie sąsiada w pensjonacie w Tokio poprzez upuszczenie trucizny przez otwór w poddaszu prosto do jego ust. W „W objęciach fotela” śledzimy opowieść człowieka, który ukrywał się w specjalnie przez siebie wyprodukowanym fotelu, by móc czuć ciała osób siadających na nim.

Edogawa miał niewątpliwy talent do wymyślania zbrodni doskonałych. Jego bohaterowie potrafią zabić w bardzo niekonwencjonalny sposób. Jeden z nich wpadł nawet na pomysł, aby nakłonić dziecko do obsikania nieszczelnego przewodu elektrycznego. Ale nie tylko te oryginalne intrygi są u Edogawy istotne. Dużo ciekawsze jest samo podejście do kwestii moralnych towarzyszących podejmowaniu tak karkołomnych decyzji oraz gra z czytelnikiem, która w pełnej krasie ukazuje się każdorazowo na końcu opowieści. Warto też zwrócić uwagę na inną, późniejszą stronę Edogawy. Po 1930 roku, japoński pisarz coraz chętniej zaczął przychylać się w kierunku historii nasyconych erotyzmem i groteską. W niniejszym zbiorze ten zwrot w twórczości zapowiadają dwa opowiadania – „Gąsienica” oraz „Podróżny z wyszywanym obrazem”. Choć nie ma w nich jeszcze najważniejszych cech nowej strony pisarza, możemy zauważyć skłonność do deformowania rzeczywistości i odejście od prostego przedstawiania motywu zbrodni i kary. Dość powiedzieć, że tytułowa historia była pierwotnie całkowicie zakazana przez cenzorów, za brutalne ukazanie efektów wojennych.

„Gąsienica” to książka, która ukazuje inną stronę literatury japońskiej. Przez lata publikowane były w Polsce głównie książki z gatunku literatury ambitnej, podejmujące tematykę egzystencji i przedstawiające problem tożsamości  przy wykorzystaniu technik i języka typowo artystycznego. Obecnie do naszych rąk trafia książka ukazująca klasyczne oblicze dawnego kryminału – wyczyszczonego z emocji, całkowicie skupionego na technice logicznego planowania zbrodni. To będzie dobra forma rozrywki dla wielu czytelników i oko puszczone do wszystkich tych odbiorców, którym literatura japońska nigdy nie była po drodze.

Recenzja "K. Relacja z pewnych poszukiwań" Bernardo Kuciński

Wydawca: Claroscuro

Liczba stron: 212

Tłumaczenie: Zofia Stanisławska

Oprawa: miękka z okładką

Premiera: sierpień 2019 r.

Rzadko zdarzają się książki, które już na samym starcie rezygnują z wszelkiej intrygi, nieoczekiwanych zwrotów sytuacji i wszystkiego tego, co może utrzymać czytelnika w napięciu. A przynajmniej w napięciu sztucznie wywołanym, opartym na zabawie formą, nie zaś prawdzie. Bernardo Kuciński świadomie pozbawia się tych wszystkich atrybutów uwagi, by dać czytelnikowi jasny sygnał, że go takie tanie chwyty nie interesują. I już to pokazuje, że „K. Relacja z pewnych poszukiwań” jest książką wyjątkową.

Nie sposób pisać o tej książce, bez wglądu w biografię autora. Bernardo Kuciński urodził się w 1937 roku, w czasie gdy Adolf Hitler ogłosił wycofanie podpisu Niemiec pod Traktatem wersalskim. Jak się później okazało, to wydarzenie miało duży wpływ na życie całej rodziny Kucińskiego. Ten okres w Sao Paulo, gdzie narodził się późniejszy dziennikarz i politolog, był momentem społecznego zamętu. Kraj znajdował się pod dyktaturą  Getúlio Dornellesa Vargasa. Ten w swojej politycznej praktyce posługiwał się prześladowaniem opozycji na szeroko zakrojoną skalę, co upodobniało Brazylię do ówczesnych metod totalitarnych panujących w Europie. Ta systemowa analogiczność nie jest ostatnią, ani nawet najważniejszą w tej książce. Uświadamia jednak, jak głęboko zakorzenione są problemy. Kuciński skupia się innej epoce, zapoczątkowanej w kwietniu 1964 roku w wyniku zamachu stanu. Akcja książki osadzona została po 1974 roku, czyli w momencie, gdy nowy system osiągnął szczyt brutalności i represyjności. Kuciński zestawia dramat kryzysu wartości z historią swojej rodziny, która jako przedstawiciel żydowskich imigrantów z Polski, została brutalnie wymordowana w obozach koncentracyjnych. Tak oto realia lat 40., autor zauważa kilkadziesiąt lat później w swoim otoczeniu. Zauważył je zresztą już wcześniej, za co był więziony i zmuszony do emigracji do Wielkiej Brytanii. To właśnie tam, w nadmorskim Brighton, Kuciński odbierze telefon, który na zawsze zmieni jego życie. Ojciec oznajmi mu, że zaginęła siostra wraz z mężem. Zaangażowany autor nie pozostawi tego wezwania bez odzewu, wróci wraz z rodziną do Brazylii i rozpocznie poszukiwania.

Właśnie te wydarzenia stały się podstawą do napisania „K. Relacja z pewnych poszukiwań”. I chociaż w książce Kucińskiego zastąpi kafkowski K., chociaż nie będzie on poszukiwać siostry, a córki, chociaż nie będą się zgadzać fakty z życia bohatera i jego dziennikarskiego pierwowzoru, nikt nie powinien mieć wątpliwości, że jest to książka wyjątkowo osobista i osadzona na realnych fundamentach.  Co ciekawe powieść została napisana w 2011 roku. Można oczywiście zadać pytanie, dlaczego dopiero wtedy? Czy Kuciński potrzebował czasu na przetrawienie wewnętrznego bólu? Być może, ale dla mnie bardziej wiarygodnym wyjaśnieniem jest to, że autor po raz kolejny zauważył, jak historia lubi się powtarzać.  „K. Relacja z pewnych poszukiwań” jest więc dla mnie nie tylko świadectwem historycznym, ale też przestrogą przez teraźniejszością i przyszłością.

Wróćmy jednak do książki, bo ta mimo pozornie prostej historii może być odczytywana na co najmniej kilku płaszczyznach. Przede wszystkim, o czym już pisałem, jest to dosadna narracja ukazująca absurd, bezwzględność i bezduszność aparatu państwowego. K. stara się znaleźć pomoc. Zwraca się do różnych osób – zwykłych donosicieli, reprezentantów inteligencji, osoby kościelne, trafia nawet do wpływowych organizacji żydowskich. Chodząc między tymi wszystkimi miejscami, powoli uzmysławia sobie, że nikomu nie można ufać. Osoby które deklarowały zdobycie informacji, szybko się z niej wycofywały. Inne próbowały podejść do tematu globalnie, poszukując innych, podobnych przypadków, ale nawet one odbijały się od muru dezorganizacji i terroru powszechnie akceptowanego w kraju. Nikt nie chciał wyjawić bolesnej prawdy. A może to część wojskowej gry? Może te wszystkie urywki wiadomości, te zdawkowe sygnały obecności córki w różnych miejscach, miały tylko za zadanie dodatkowo znęcać się psychicznie nad bohaterem? Sprawić, że zatraci się on w swoim obłędzie? Jak u Kafki, gdzie nienazwane zło czai się wszędzie i atakuje na różne sposoby.

„K. Relacja z pewnych poszukiwań” pokazuje też system z nieco innej perspektywy. Narracja jest tu mieszana.  Raz przypatrujemy się emocjom K., innym razem opowieść prowadzić będą porywacze wściekli na skamlącego psa, który pozostał po niewinnym małżeństwie, później do głosu dojdzie też sprzątaczka, która pracowała nieopodal miejsca tortur oraz kochanka jednego z oficerów, która być może powie najwięcej o brutalności stosowanych metod. Każdy będzie miał swój własny język, swoją mroczną perspektywę na cierpienie. Kuciński będzie mieszał też formy literackiego wyrazu – raz będzie to powieść, innym razem dziennik czy retrospektywa. Całość jest właściwie zbiorem opowiadań, ale tak pięknie połączonych, że wyrasta z nich jedna zwarta powieść. A może bardziej opowieść o ludziach zagubionych i zniszczonych przez otoczenie.  

I jeszcze jedna rzecz, jaką należałoby o tej książce powiedzieć. Bo „K. Relacja z pewnych poszukiwań” ma też swój indywidualny wymiar. K. stracił córkę, to wiemy. Pytanie tylko dlaczego dowiedział się o tym tak późno? Dlaczego nie wiedział, że ta ma męża? I że angażuje się politycznie? Bohater dopiero po czasie zdaje sobie sprawę, jak wielka przepaść dzieliła go od najbliższych mu osób. Ma wyrzuty sumienia, że nie zdążył wymówić wszystkiego tego, co powinien był wyznać. Szuka wewnętrznego odkupienia i spokoju. Mimo niewysłowionego bólu, nie przerywa poszukiwań. Jego zapał zostaje nagrodzony, poznaje przerażającą prawdę. Tylko co to za nagroda? I jak pogodzić się z tym, że zostało się samemu? 

To bardzo bolesna książka. Bardzo autentyczna i dobrze skomponowana. Ja wierzę Kucińskiemu. Wierzę w te wydarzenia i w głosy świadków. Wierzę w ból i smutek. Wierzę w wizje systemu, który nadal niszczy bezbronne istnienia. Właśnie dlatego „K. Relacja z pewnych poszukiwań” jest dla mnie jedną z najważniejszych książek wydanych w Polsce w 2019 roku.

Recenzja "Syreny z Tytana" Kurt Vonnegut

Wydawca: Zysk i S-ka

Liczba stron: 384

Tłumaczenie: Jolanta Kozak

Oprawa: twarda z obwalutą

Premiera: 9 lipca 2019 r.

Choć Kurt Vonnegut w życiu parał się wieloma zajęciami, nauczycielem był tylko przez chwilę. Nie sądzę aby ten nieznaczny epizod w życiorysie wpłynął na tak silny rozwój potrzeb dydaktycznych pisarza. Autor „Pianoli” kwestie przekazywania wiedzy i mądrości miał zakorzenione głęboko w sobie. Złość i smutek doskwierające mu podczas życia, starał się naprawiać w najlepszy sposób, jaki wymyślił. Pisanie było dla niego lekarstwem, ale także apelem. Choć rzesze czytelników zapamiętają go głównie z szalonych fabuł, antylirycznego języka oraz czarnego humoru, Vonnegut miał do opowiedzenia coś więcej. Jak przyznaje w wywiadzie dla „Chicago Tribune” w 1969 roku: Mówię ludziom, żeby nie brali więcej, niż potrzebują, żeby nie byli chciwi. Mówię, żeby nie zabijali, nawet w samoobronie. Mówię, żeby nie zanieczyszczali wody ani atmosfery. Mówię, żeby nie plądrowali państwowego budżetu. (…) To moralizatorstwo trafia na podatny grunt. Jest oczywiście echem tego, co młodzi ludzie mówią sami sobie. Te i wiele innych kwestii poruszać będzie praktycznie każda powieść mistrza. Mam jednak wrażenie, graniczące z pewnością, że choć stosowanie się do tych reguł było dla autora dziecinnie proste, o tyle już zawieranie i utrzymywanie poprawnych relacji z przyjaciółmi i rodziną, były rzeczami abstrakcyjnymi. Vonnegut to człowiek, któremu bardzo łatwo przychodziło formułowanie celnych tez na temat ludzkości. Dotyczy to także antycypacji przyszłych zależności i problemów. Inaczej wygląda jednak sprawa z prywatnym życiem, z tym co tu i teraz, w którym pisarz był zwyczajnie zagubiony i często gburowaty. Był po prostu samotny i nierozumiany.

 W „Syrenach z Tytana”, drugiej książce Kurta Vonneguta, pada wiele mądrych zdań. Jest wiele sarkazmu, inteligencji, predykcji i niepojętych wizji. Moje oczy skupiły się przede wszystkim na dwu - „Najgorszym, co mogłoby spotkać człowieka byłoby nie wykorzystanie go przez nikogo, w żadnym celu” oraz „Boaz doszedł do wniosku, że tak naprawdę w życiu liczą się dwie rzeczy: nie być samotnym i nie bać się”. Bo to jest książka w dużej mierze o samotności, o pułapce fatalizmu, z której nie sposób uciec. Książka fantastyczna, z silnym pierwiastkiem autobiograficznym.

Umysł Vonneguta to mechanizm nieodgadniony. Trudno stwierdzić skąd w nim tyle ułożonego chaosu, cudacznych przedmiotów i obłąkanych koncepcji. Pisarz trzyma się swoich ukochanych schematów, pewniaków, wokół których buduje kolejną fabułę rodem z dzieł science fiction pośledniej kategorii. U niego jednak, to co poślednie zostaje w sposób mistrzowski wykorzystane do modelowania filozoficznego. W „Syrenach z Tytana”, znowuż mamy samotnego bohatera. Tym razem jest nim Winston Niles Rumfoord, który wraz ze swoim psem wybrał się w podróż kosmiczną. Tam trafia do infundybuły chronosynklastycznej, czyli lejka umieszczonego w czasoprzestrzeni, który zamienia go w falę. Jeden absurd prowadzi do kolejnego, bowiem Winston wraca do swojej postaci tylko  raz na 59 dni, gdy materializuje się na posesji własnego domu. To zdarzenie, a właściwie ich ciąg, staje się przyczyną zainteresowania tłumu, który gromadzi się pod domem oczekując na cud. Bohater staje się medium, widzi przeszłość i przyszłość. A ta wcale nie napawa go optymizmem. Bo oprócz niego i jego żony jest jeszcze ktoś. Jak to bywa u Vonneguta, jedną z postaci jest człowiek śpiący na pieniądzach. Winston wie zatem, że jego żona leci na Marsa, aby się związać się z Malachim Constantem (wspomnianym bogaczem). Wie także, że na Tytanie - jednym z księżyców Saturna - znajduje się obcy z planety Tralfamadore (a jakże!), który od przeszło 200 tysięcy lat czeka na zapasową część do swojego statku kosmicznego (no cierpliwy jest, trzeba mu przyznać). Ich przyjaźń zaowocuje powstaniem państwa złożonego z porwanych Ziemian...

Właściwie to nie wiem, po co Wam tę treść przybliżam. Płaszczyzną porozumienia między czytelnikiem a pisarzem, nie jest ta kuriozalna fabuła, ale emocje jakie towarzyszą życiu bohaterów.  Vonnegut celuje w satyrę i wieloaspektowy absurd po to tylko, żeby ze zdwojoną siłą ukazać nam siłę samotności, cierpienia i przyjaźni. Czyli czegoś, co wypływa z jego doświadczeń i co najbardziej boli. Być może światy autora „Człowieka bez ojczyzny” są atrakcyjne, być może aroganccy i próżni bohaterowie zapadają w pamięć, być może także sięgamy po Vonneguta aby się pośmiać. Być może. Dla mnie jednak jest to tylko śmiech przez łzy, co najlepiej pokazuje, że „Syreny z Tytana” to wysoka półka.

Najlepsze książki wydane w 2019 roku zdaniem Melancholia Codzienności

"Budząc lwy" Ayelet Gundar-Goshen - Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Oto jedna z najlepszych książek roku 2019. Przynajmniej w Polsce, bo oryginał ukazał się trzy lata wcześniej. I właściwie nic nie wskazywało na to, że „Budząc lwy” może być aż tak dobre. Autorka nie ma wielkiego dorobku literackiego, jest młoda a na dodatek jest dziennikarką publikującą w poczytnych gazetach. Co jeszcze bardziej znamienne, sama książka reklamowana jest jako wciągający thriller, a na jej podstawie powstaje serial telewizyjny. Właściwie nie ma więc atrybutu, który mógłby skłonić bardziej wymagającego czytelnika do lektury. No może poza Wydawnictwem Uniwersytetu Jagiellońskiego, które w Serii z Żurawiem stawia na tytuły zawsze ponadprzeciętne. Czasami dobrze jednak zaryzykować, bo można otrzymać książkę napisaną w stylu dawnych mistrzów, która nie koncentruje się na mało znaczących problemach pierwszego świata, za to oferuje szereg możliwych dróg interpretacyjnych, reporterską dokładność i psychoanalityczną głębię. Odkrycie roku! A przy okazji chyba jedyna powieść wydana w tym roku, która przeskoczyła prób 'bardzo dobra' i zbliżyła się do poziomu wybitnej.


 W ciemne zwierciadło zagłady zaglądano już z bardzo różnych pozycji: historii, filozofii, gospodarki, socjologii, literatury czy myśli politycznej. Pytanie: „Jak to było możliwe?” dźwięczy echem drugiego, może jeszcze bardziej złowieszczego: „Czy zagłada była jednostronna i czy jej efekty odczuwamy nadal?”. Między innymi z tym tematem stara się zmierzyć Kateřina Tučková w „Wypędzeniu Gerty Schnirch”, jednej z najlepszych książek antywojennych, jakie dane mi było czytać w ostatnim czasie. 



Będę chwalił „Bladego Króla”. Chwalił nie ze względu na fabularną głębię (choć to trochę też), czy ciekawe postaci, ale z uwagi na formę książki. David Foster Wallace stworzył i do perfekcji udoskonalił coś, co od wielu lat w literaturze funkcjonuje jako styl wallace’owy (lub wallace’owy postmodernizm). Czym on się charakteryzuje? Przede wszystkim elegancją stylu, wyrafinowaniem słownictwa oraz składniową konsekwencją, połączoną z gawędziarskim tokiem przemowy. Ale to nie wszystko. W „Bladym Królu” pełno jest gier językowych, semantycznych kalamburów, szczegółów, na które nikt poza autorem nie zwraca uwagi. „Blady Król” to książka dla szaleńców, dla ludzi z wyostrzonym zmysłem obserwacji i permanentną potrzebą poznawania świata. Potwornie nudna, ale jednocześnie bardzo ciekawa. W jakimś sensie także magiczna.  


"Sen wioski Ding" - Yan Lianke - Państwowy Instytut Wydawniczy
Yan Lianke znany jest w Chinach, jako pisarz idący pod prąd politycznemu uciskowi. Nie może dziwić, że Sen wioski Ding, podobnie jak inna powieść autora, zostały swego czasu wycofane z rynku wydawniczego przez cenzurę. Nie może dziwić, ponieważ "Sen wioski Ding" jest jedną wielką alegorią współczesnego zniewolenia, które jednocześnie znacząco zawęża możliwości interpretacyjne dzieła (zawęża, ale nie ogranicza ich całkowicie!). W przeciwieństwie do działalności literackiej innego wielkiego Chińczyka – Mo Yana, którego dzieła cechują się symboliką otwartą na szersze konteksty, prace Yan Lianke koncentrują się na niewielu tematach i to wokół nich budują emocjonalne tło.



"Dzieci Kronosa" Siergiej Lebiediew -Wydawnictwo Claroscuro
I znowu Lebiediew sięga na samo dno ludzkiej duszy, wyciągając stamtąd cały nasz strach, zarówno ten indywidualny, jak i grupowy, społeczny. Po doskonałej "Granicy zapomnienia" pisarz z Rosji potwierdza swój wyjątkowy talent do kreślenia  nostalgicznych obrazów, pełnych bólu i pamięci. Wszystko to w poetyckiej oprawie, która przenosi czytelników w inny wymiar rzeczywistości. Tak jak Lebiediew współcześnie się nie pisze, a szkoda. W tym roku mało zabrakło do Angelusa, w przyszłym może się wreszcie udać!



"K. Relacja z pewnych poszukiwań" - Bernardo Kuciński -Wydawnictwo Claroscuro
Mała książka o wielkiej miłości i cierpieniu. Ale nie tym cierpieniu, które znamy z naszej depresyjnej obsesji. To ból przenikający od środka, rozchodzący się na całe ciało i uniemożliwiający logiczne myślenie. Bo czy może być coś gorszego, niż tajemnicze zniknięcie własnego dziecka i spowodowane tym faktem, odkrycie niewdzięcznego, skorumpowanego systemu, który nijak nie chce pomóc? Kuciński pokazuje, jak z perspektywy indywidualnej tragedii, opowiadać o narodowej traumie.



"Internat" Serhij Żadan - Wydawnictwo Czarne
Przez pierwsze stron książki miałem wrażenie, że czytam "Drogę" McCarthy'ego, tylko lepiej napisaną. Nie byłem w stanie uświadomić sobie, że to nie fantastyka, lecz sama prawda. Dopiero gdy bohater dociera do tytułowego internatu, zacząłem zdawać sobie sprawę, że coś tu jest mocno nie tak. Myśli kołatały się jak szalone. Przecież takie rzeczy już się na świecie nie dzieją. To jest tak namacalne, tak gęste i sugestywne, tak różne od tego co znam z autopsji, że na pewno nie zdarzyło się naprawdę. A jednak. Donbas Żadan poraża, otwiera oczy, porusza. Po tej książce zarzuciłem czytanie na jakiś czas. Nie byłem w stanie wrócić do normalności.



 "Rivers od Babylon" Peter Pisanek - Wydawnictwo Książkowe Klimaty
Rivers of Babilon to mroczna satyra, której smak jest wyjątkowo gorzki. Dużo tu ludzkiej desperacji, brutalności, arogancji i wyniosłości. To krzywy obraz nowej Europy Wschodniej, jedna z legend słowackiej literatury, niesłusznie tłumaczona dopiero trzydzieści lat po premierze. Bo jeśli dziś robi takie wrażenie, to jaki musiał być jej odbiór w momencie transformacji ustrojowej?

 



"Wyznanie maski" Yukio Mishima - Państwowy Instytut Wydawniczy 

Wywód przedstawiony w tej sfabularyzowanej historii przeszedł do historii literatury jako pionier całkowitego zerwania z omote, czyli tego wszystkiego, co na zewnątrz i co musi być w Japonii bardzo uporządkowane. Mishima odłącza się od fasady ‘normalnego’ pisarza, wchodzi pod prąd oczekiwań społecznych. „Wyznania maski” są więc nie tylko interesującą powieścią, ale także szczerym poszukiwaniem swojej tożsamości i odważnym krokiem w walce o wolność, tolerancję i akceptację. Przy tym także jedną z najpiękniejszym powieści inicjacyjnych jakie dane mi było czytać.   
 


"Moja Jugosławia" Goran Vojnović - SEDNO

Książka Vojnovića nie byłaby jednak tak dobra, gdyby nie portret całego społeczeństwa. „Moja Jugosławia” to wnikliwe studium kształtowania się osobowości młodego pokolenia w okresie podziału kraju. Ukazuje mechanizmy władzy, trudne relacje międzyludzkie, problemy z rozszyfrowaniem co jest prawdą historyczną, a co zmyśleniem. To też ciekawe źródło wiedzy dla nas odnośnie tego, jak może wyglądać przyszłość Polski. W jednym ze wspomnień czasów dziecięcych Vladan tak opisuje swoją szkołę „w klasie mam siedmiu Słoweńców, dwóch Chorwatów, trzech Muzułmanów, ośmiu Serbów, Macedończyka, Šiptara i kilku pedałów, którzy nie chcą zdradzić, jakie imiona noszą ich ojcowie, i ukrywają, kim są, żeby nikt się do nich nie przypieprzał”. Tolerancja? Nacjonalizm? Rodzina? To wszystko zgrabnie zostaje tu przemycone i co ważne, nie jest podpięte pod żadną gotową tezę. Nie jest też narzucone, ani w żaden sposób komentowane.