Recenzja "Kamienne posłanie" Margaret Atwood

Wydawca: Wielka Litera

Liczba stron: 288

Tłumaczenie: Paweł Lipszyc

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 30 października 2019 r.

W dobrym guście byłoby napisać o „Kamiennym posłaniu” pozytywnie. Margaret Atwood jest przecież jedną z ikon współczesnej literatury, nadrzędną pisarką-feministką, dobrze sprzedającą się przedstawicielką ‘głównego nurtu’. Jest też autorką jednej z najpopularniejszych książek ostatnich lat („Opowieść podręcznej”), która lada moment doczeka się, już przetłumaczonej, kontynuacji.  Napisanie o tym zbiorze opowiadań czegoś przychylnego, z pewnością wpisałoby się w długi ciąg pochwał, z którego mam wrażenie, coraz trudniej się wyrwać. I być może przez te utarte schematy, te już coraz bardziej wyraziste stereotypy („Kolejna wielka powieść Atwood”, „Genialna Atwood”, „Czegoś takiego, jeszcze nie czytaliście” itd.), myśląc o książce tuż po jej lekturze, próbowałem doszukiwać się jakichś sensów, odwołań intertekstualnych, cech charakterystycznych dla jej języka. Myszkowałem w tych słowach, aby wycisnąć z nich jakieś autobiograficzne zależności, które autorka chciała przełożyć na uniwersalne prawdy. Nic to szperanie jednak nie dało. Jedyny rozsądny wniosek, jaki ostatecznie wykwitł w moim umyśle brzmiał: „Albo ja jestem jakiś głupi, albo to naprawdę jest nijakie”.

„Kamienne posłanie” to zbiór dziewięciu opowiadań napisanych w podobnym tonie, stanowiących przykłady narracji, z których stosunkowo łatwo byłoby utworzyć większe całości. To raczej zalążki nowel czy powieści, niż urywana fraza pełna niedopowiedzeń. Odnoszę przy tym wrażenie, że każda z historii cechuje się nie tylko stałą strukturą, ale chce nam przy tym opowiedzieć to samo. Pozwolę sobie streścić dwie z nich, aby wykazać o co mi chodzi.

W pierwszym opowiadaniu śledzimy fragment życia Constance. To samotna kobieta, autorka bestsellerowej serii fantasy „Alphinlandia”. Pisząc swoje wielotomowe dzieło, przecierała szlaki dla innych pisarek, które w tamtych czasach fantastyką się nie parały (alter ego Atwood?). Constance wspomina swój romans z Gavinem. Nie pomija także tych fragmentów ich relacji, które opierały się na dość niekonwencjonalnych elementach łóżkowych. Najważniejsze jest jednak zderzenie ze sferą mistyczną – w ten zimowy, śnieżny wieczór, pisarka może liczyć na pomoc zmarłego męża, któego duch stanowi dla niej ważne oparcie.

Ta sama para bohaterów pojawi się w kolejnej opowieści, tym razem jednak w nieco innej scenerii i czasach. Gavin jest już uznanym poetą. Jest w związku z Reynolds, która z cierpliwością godną lepszej sprawy znosi wybuchy jego złości. Akcja ogniskuje się na jednej z takich wulgarnych eksplozji, której ofiarą pada autorka pracy dyplomowej o Constance. Wspomnienia dawnego związku, a przede wszystkim rozczarowanie zainteresowaniem sztuką byłej partnerki, a nie jego, doprowadzają Gavina do furii, z której jedynym ratunkiem będzie ucieczka w ukochaną przestrzeń.

Kolejne historie nie przyniosą w moim odczuciu nic nowego. Raz jeszcze spotkamy się ze znanymi już nam bohaterami („Mroczna Pani”), dowiemy się, jak czuje się genetycznie chora kobieta, którą otoczenie uznaje za wampira, przyjrzymy się młodemu bohaterowi, który w zakupionej zawartości garażu znajdzie zasuszonego trupa pana młodego, przenikniemy też do realiów autora horrorów, który szukając miejsca na świecie, będzie musiał długo czekać na ukochaną Irenę. Natkniemy się również na szereg jeszcze bardziej surrealistycznych historii, które będą tylko uwydatniać to, o czym Margaret Atwood chciała nam opowiedzieć: miłości, samotności, namiętności, nieprzystosowaniu i odmienności. Ładne słowa, które niestety tak podane, są tylko słowami.

Z pewnością tym, co najbardziej nie przekonuje mnie w tej książce, jest nawarstwienie problemów pierwszego świata. Bohaterowie Atwood są teoretycznie osobami spełnionymi – zazwyczaj cenionymi pisarzami. Nie muszą martwić się o pieniądze, wychowanie dzieci czy ciężką, wielogodzinną, wyniszczającą swoją monotonnością pracę.  A nawet jeśli takiego zaszczytu nie dostąpiły, ich troski ograniczają się do tego samego zakresu co dla grupy pierwszej: zaspokojenie swoich seksualnych pożądań, zamartwianie się o obgadywanie za plecami, walka ze złymi wspomnieniami, odgryzanie się innym i to najważniejsze, wynikające ze wszystkich wymienionych wcześniej – samotność. Protagoniści są samotni na różne sposoby – porzuceni, owdowiali, schorowani, z własnego wyboru. Trudno jednak tej samotności się dziwić, jakoś jej współczuć, okazać empatię (może poza opowieścią o chorej). Ci ludzie są skrzywieni, brudni, nieznośni. Co kawałek używają rynsztokowego języka, czynią zło lub myślą tylko o sobie. Nie chciałem ich poznać, a niestety każda opowieść zamiast od konkretnego zdarzenia, zaczyna się od kilkustronicowego wprowadzenia, zawierającego dokładny opis rodzinnych koligacji.

„Kamienne posłanie” rozczarowuje też w warstwie językowej. Wspominałem Atwood z innych jej książek jako autorkę wygadaną, lubiąca szczegóły i zwracającą uwagę na psychologizację działań. Tym razem pisarka posłużyła się kilkoma szablonami, mówiącymi tym samym, zwyczajnym językiem. Dużo tu też wulgaryzmów i słów żywcem zaczerpniętych z marnej jakości filmów pornograficznych (pojawiająca się w kilku miejscach marchewka penetrująca dziurkę). Zdania się krótkie, ale niestety zbyt rzadko celne. Mam też uwagi do tłumaczenia. W jednej ze scen, bohater pisze wiersz. Zastanawia się, czy para słów szpetnie-dyskretnie nie stanowi przykładu rymów częstochowskich. Nie czepiałbym się, gdyby narracja nie była pisana w pierwszej osobie, a autor słów nie pochodził z kraju anglojęzycznego (a tak można wydedukować). Śmiem wątpić, że ktokolwiek z zagranicy powiedziałby takie słowa. W innym miejscu pada takie zdanie - „Sam nie może powiedzieć, że początkowo nie odpowiadało mu życie żonkosia”. Mamy więc podwójną negację (nie lubię ich) i do tego słowo używane chyba wyłącznie w utworach disco polo.

Biorąc to wszystko do kupy otrzymujemy w moim odczuciu zbiór równy, ale miałki. Jedynie fragmentami odczuwałem jakąkolwiek radość z lektury. Margaret Atwood rozczarowuje, nudzi, kreśli portrety egoistów, którzy drażnią swoją osobowością. Stawiając na groteskę i abstrakcję, nie potrafi wykorzystać ich potencjału. Wiem, że narażam się na niezrozumienie i wyszydzenie, ale uważam, że tak naprawdę nie powinno pisać się książek.

Recenzja "Kości dziecka" Yi Sang

Wydawca: PIW

Liczba stron: 160

Tłumaczenie: Ewa Rynarzewska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 29 listopada 2019 r.

Na początek będzie dygresja. Pamiętam, że gdy około dwadzieścia lat temu postanowiłem zapoznać się z klasyką kina, wcale nie było mi łatwo. Seanse „Obywatela Kane”, „Gabinetu doktora Caligari” czy „Narodzin narodu”, poza momentami faktycznej fascynacji, okazywały się zwyczajnie nudne. Jako nastolatek wychowany na „Matrixie” i „Władcy Pierścieni”, nie widziałem w obrazach Wiene’a, Wellesa i Griffitha żadnej innowacji ani wyróżnika wysokiej jakości. Dopiero kolejne lata i zapoznanie się z mniej znanymi dziełami tamtych czasów (np. „Człowiek z zachodu”, „Sumurun” czy „Bramy piekła”) udowodniły mi, że „Obywatel Kane” był faktycznie pionierski w strukturyzacji nieliniowej narracji i kadrowaniu zdjęć, że „Gabinet doktora Caligari” wyniósł pojęcie scenografii na same wyżyny filmowego rzemiosła, a „Narodziny narodu”, choć nadal uważam je za nudne, dały kinu montaż równoległy. 

Piszę o tym, aby podkreślić rolę doświadczenia w percepcji sztuki. Szczególnie tego rodzaju sztuki, która ma już swój wiek. Bez odpowiedniego zaplecza badawczego, trudno ocenić, czy dane dzieło było czymś nowatorskim, wielkim dla swojej epoki. Obecnie, w dobie zniesienia tabu, znając dorobki Joyce’a, Wallace’a, Becketta, Pynchona czy Kafki, problematycznym jest dostrzeżenie czegoś świeżego w technice strumienia świadomości i opisywania psychiki narratora, co stanowiło przecież wyróżnik dzieł Yi Sanga. Sprawy nie ułatwia też rynek wydawniczy, na którym próżno szukać szerszego pola badawczego - jedyne opracowanie w tym temacie,  które trafiło w moje ręce, zawarte jest w książce „Literatura koreańska XX wieku”, wdanej przez Dialog. Jej autorka, Halina Ogarek-Czoj, wybitna koreanistka, tłumaczka i pedagog, nakreśla obraz światka literackiego w Korei na początku wieku XX. Wymienia takie nazwiska jak Na Tohjang, Song Jong, Han Sorja, Kang Kjonge, Li Kijong czy Dzo Mjonghyi.  Punktuje także zakres ich zainteresowań: realizm, szczególnie w odniesieniu do tematyki życia rewolucjonistów, konsekwencje agresywnego imperializmu japońskiego i jego okrucieństw, opisy egzystencji biednych chłopów , wyzyskiwanych przez wiejskich bogaczy i właścicieli ziemskich, proces rekrutacji i pracy w fabrykach państwowych (literatura proletariacka). Na Tohjang z kolei, tworzył dzieła pełne melancholii, miłości i łez, w których głównym wątkiem były cierpienia młodych Koreańczyków, nie mogących realizować swoich marzeń z powodu ograniczeń nakładanych przez tradycję. 

Choć w cytowanym opracowaniu brak konkretnych utworów prezentujących dokonania tych czasów, zebrany materiał pozwala na wyobrażenie sobie mody i przyzwyczajeń, jakie panowały w literaturze. Autorka pisze też o Yi Sangu, między innymi tak „Opisywał psychikę, problemy psychologiczne, załamanego intelektualisty, cierpiącego na rozdwojenie jaźni”. Odwołuje się też do jego opowiadania „Skrzydła” (pierwszego z „Kości dziecka”) „Jest to na wpół autobiograficzna opowieść o mężczyźnie będącym na utrzymaniu żony – prostytutki. Spędza on czas na bezużytecznych marzeniach i chorobliwych rozmyślaniach. W czasie nieobecności żony dotyka jej ozdób i kosmetyków, cały czas niejako pozostając „uwięziony” w swym pokoju. Pędzi życie pasożyta, jest całkowicie zależny od żony, słucha jej poleceń. W końcu próbuje się uwolnić i „odfrunąć” w świat innej egzystencji”. Trudno się z jej zdaniem nie zgodzić, tym bardziej że to, co czytamy w „Skrzydłach”, autor powiela w każdym kolejnym opowiadaniu ujętym w „Kościach dziecka”. 

Proza Yi Sanga ma w sobie wiele podobieństw z dziełami Franza Kafki. W większości historii przeważa  narracja pierwszoosobowa, akcent położony jest na wewnętrzne emocje bohatera, wokół niego panuje atmosfera zagubienia i osaczenia. Koreański pisarz nie przestrzega zasad ortografii i interpunkcji, spisuje to, co w danym momencie podpowiada mu jego świadomość. Jego zdania bywają poszarpane, zbędne, wykluczające się, cechują się złością i frustracją. Samego narratora nie sposób polubić. To człowiek zapatrzony w siebie, zbędny dla społeczeństwa, zagubiony we własnym cierpieniu. Stawia siebie w centrum antyrealistycznej formy literackiej, pełnej lęku, strachu i klaustrofobii. Nie ma się co dziwić, że w swoich krótkim, raptem 27-letnim życiu, Yi Sang nie został ani dobrze zrozumiany, ani ciepło przyjęty. O jego dokonaniach głośniej zaczęło robić się dopiero w latach 50., a w 1977 roku ustanowiono Nagrodę Literacką jego imienia (co ciekawe w Polsce dostępne są między innymi przekłady książek Yi Mun-yol, Hye-young Pyun czy Kim Young-ha, którzy to wyróżnienie otrzymali). Obecnie autor ma w Korei status absolutnego klasyka, pisarza, który otworzył ten kraj na modernizm. 

Pozostaje otwarte pytanie, czy dzisiaj jego dzieła robią duże wrażenie na czytelniku? Czy nie są tylko historyczną ciekawostką? Wrócę do tego, co pisałem na początku. Są w „Kościach dziecka” bardzo mocne akcenty, jest autentyczność i smutek, który przenika do czytelnika. Jest też strumień, którego nie sposób powstrzymać, ani od którego nie można się oderwać. Jest więc dobrze, momentami nawet bardzo dobrze, ale to wszystko jednak dla mnie w jakiś sposób mało odkrywcze, głównie dlatego, że nie potrafię nałożyć na te opowiadania właściwego, historycznego filtra. Za dużo już w tej materii napisano. Polecam, ale jednak z tą mało gwiazdką, że to co pokazuje nam Yi Sang, gdzieś już pewnie czytaliście, w takiej, czy innej formie.

Recenzja "Grand Union" Zadie Smith

Wydawca: Znak

Liczba stron: 238

Tłumaczenie: Maria Makuch

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 27 listopada 2019 r.

Nie sposób napisać o „Grand Union”, nie odwołując się do zeszłorocznego zbioru esejów autorki pod tytułem „Widzi mi się”. Teksty zebrane w tamtej książce stanowiły ciekawy przykład tak zwanych esejów poufałych, czyli gatunku poruszającego ważne tematy, przy wykorzystaniu autorskiej osobowości i doświadczenia. Tego typu utwory cechują się nieoficjalnym tonem. Mają w sobie o wiele więcej z przyjacielskiej pogadanki, niż z wzniosłej i pełnej erudycji przemowy. Mają też, co zrozumiałe, wplecione historie z życia, które niejednokrotnie stanowią punkt wyjścia do opowieści o konkretnym problemie. Historie zebrane w „Grand Union” stworzone są na przeciwieństwo tego schematu. Tu kluczowa jest fikcyjna fabuła, pod przykrywką której autorka opowiada nam o innych sprawach. 

Już w pierwszym, zresztą bardzo nijakim opowiadaniu, widzimy dokładnie tę zależność. Smith kreśli nam obraz rodziny udającej się na nadmorskie wczasy. Matka i dzieci trafiają do Sopotu (odwiedzanie miasta jest dla seniorki rodu dziedziczne). Siedząc na plaży snuje rozważania o tym, że jedząc mięso przyczynia się do cierpienia zwierząt. Ot i koniec historii, w której brakuje praktycznie wszystkiego: pomysłu, emocji, indywidualizacji postaci, puenty, a nawet języka. Jest za to schemat, który autorka będzie powtarzać w kilku kolejnych opowieściach. Raz opowie o traumie 11 września, innym razem o brexicie, poruszy seksualności czy wreszcie odwoła się do kwestii tolerancji rasowej. Uparty czytelnik może powiedzieć w tym miejscu: Czyli nic nowego? I niestety, w dużej mierze będzie miał rację, bo zebrane w tomie opowiadania nie sygnalizują żadnego przełomu w sztuce artystki, żadnej epokowej zmiany, nie pokazują nam jej też z nowej perspektywy. 

Zdecydowaną większość poglądów czy obserwacji autorki „Swing Time” na tematy polityczne, społeczne i gospodarcze (właśnie w takiej kolejności) można w ciemno przewidzieć i to nawet nie znając jej poprzedniej książki. Wszystkie łączą się z dość pojemnymi kategoriami, o których słusznie jest mówić w dobrym towarzystwie. Smith uderza między innymi w dziczejące normy etyczne, w horror zmian klimatycznych czy w pustkę prostych ludzi, którzy tego całego zewnętrznego terroru pojąć nie są w stanie. Wtórność refleksji nie ma tu cech jednostkowych, bo o tych wszystkich ‘złych rzeczach” czytamy wszędzie, od portali informacyjnych, przez blogi lifestylowe, aż na literaturze kończąc. Mimo to mam wrażenie, że Zadie Smith z uporem godnym lepszej sprawy wciąż do nich powraca, bo czuje, że są one w jakimś stopniu jej własnymi ideami. Nie zauważa, że powielając wciąż te same problemy i pisanie ‘jak źle jest na świecie’, wpada w pułapkę zanudzenia swojego czytelnika.

Żeby jednak nie być tak kategorycznym dodam, ze „Grand Union” ma też ciekawszą stronę. Nie wszystkie opowiadania są tendencyjne i podporządkowane z góry przypisanym teoriom. Weźmy na przykład takie “Rodziców objawienie o poranku”. Bardzo niespotykana forma miesza się tu z ciekawymi wnioskami dotyczącymi technik narracyjnych. Smith całkiem trafnie zauważa, odczuwa i interpretuje to, co się na literackim froncie dzieje. I całe szczęście chce się tym z nami dzielić. Autorka „Białych zębów” jest też uparta w kreacji swojego bohatera. Są oni antypatyczni, gburowaci, próżni, narcystyczni, zjadliwi, cyniczni i generalnie niezbyt mądrzy i skomplikowani. Brytyjska pisarka rozbiera ich ponure osobowości na czynniki pierwsze, wchodząc tym samym w polemikę z czytelnikiem. Najpierw rzuca wędkę, zachęca do polubienia się z nową postacią, by po chwili w jednej czy drugiej scenie, obnażyć wszystkie jej wady i cierpkie pożądania. Czasami wychodzą z tego prawdziwe psychologiczne perełki, tak że granica między fikcją a dobrze nam znanymi postawami zaciera się.

„Grand Union”, mimo kilku zalet, nie jest udanym zbiorem. Za dużo tu eksperymentów, nieprzemyślanej różnorodności (dystopie, science-fiction, satyry, melodramaty), monotonnego, pozbawionego artystycznej głębi języka. Odnosiłem wrażenie, że te historie wcale się nie uzupełniają. Nie chcą grać w jednej drużynie. Inna sprawa, że po opowiadaniach ciekawych i nieco dłuższych, następowały całkiem zbędne relacje o życiu w collegu, o trudnym trójkącie i związanym z tym niezdrowym seksie czy wreszcie o wycinku rzeczywistości, z którego właściwie nic nie wynika.  Tak jak „Widzi mi się” windowała w górę przenikliwość recenzencka, tak tu bardzo dobre są tylko urywki, pojedyncze zdania. To trochę za mało, aby wyróżnić ten zbiór spośród stu innych wydanych w tym roku w Polsce.

Recenzja "Miłość w czasach rewolucji" Wang Xiaobo

Wydawca: PIW

Liczba stron: 240

Tłumaczenie: Katarzyna Sarek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Premiera: 12 listopada 2019 r.

Już szybki rzut oka na tytuł książki Wang Xiaobo (pierwszej tłumaczonej na język polski) sugeruje trzy rzeczy. Po pierwsze będzie to książka poruszająca temat miłości. Po drugie w tle dostrzeżemy silnie zarysowane otoczenie polityczne. Po trzecie nad wszystkim unosić się będzie duch realizmu magicznego, ze stylem jednego z ojców gatunku na czele (Gabriel Garcia Marquez). I tak jak czasami pierwsze skojarzenia bywają chybione, tak „Miłość w czasach rewolucji” daje dokładnie to, co obiecuje, choć forma w jakiej to czyni, może zaskoczyć nawet najbardziej oczytane osoby.

Bohaterem powieści jest Wang Er – człowiek symbol, pojawiający się w wielu dziełach pisarza (znany polskiemu czytelnikowi z opowiadania „Trzydzieści lat, wiek samodzielności”, zamieszczonego w niedawno wydanym zbiorze „Kamień w lustrze. Antologia literatury chińskiej XX i XXI wieku”). Wang Er to niedoszły malarz i matematyk, wynalazca nikomu niepotrzebnych urządzeń, robotnik zajmujący się udrażnianiem rur służących do transportu mleka sojowego w fabryce tofu, a ostatecznie inżynier. Bohater dorasta w okresie wielkich przemian dziejowych. Rękę przewodniczącego Mao czuć tu na każdym kroku. Szczególnie silny nacisk na sferę politycznego ograniczenia Xiaobo kładzie w pierwszej części książki (później skupia się na jej następstwach). Jego opisy ucieczek głównego bohatera, przed złą i niesprawiedliwą Starą Lu (szefową fabryki i przewodnicząca komitetu rewolucyjnego) są tu zresztą metaforyczne. Chiński pisarz daje nam do zrozumienia, że postawa strachu i ukrywania jest bezużyteczna. Dopiero w momencie przejścia obok represyjnej zmory, spojrzenia jej prosto w oczy, Wang Er zrzuca z siebie przebranie ofiary i staje się autentycznym obywatelem („Jeśli chcesz być szczęśliwy, musisz jedynie bez przerwy wbiegać w wielkie gnojowisko i wybiegać z niego”).

Wang Xiaobo pisząc o społecznym chaosie, nie zapomina o jednostkowym poszukiwaniu tożsamości. W jednym ze zdań pisze „Rewolucja była jak las, bardzo łatwo można się było w niej zgubić”. Wang Er jest właśnie takim płochliwym ogniwem. Nie wie komu może wierzyć, jaki ruch będzie odebrany negatywnie, co może, a czego nie powinien mówić. Tak oto płynnie wchodzimy w drugie dno powieści – analizę relacji interpersonalnych. Wang Xiaobo na przykładzie jednostkowej ofiary Chińskiej Republiki Ludowej, ukazuje proces powstawania deficytów, z którymi chiński naród boryka się do dziś. Jego bohater nie jest zdolny do okazywania szczerych uczuć. I nie można się temu dziwić, bo otoczenie jest wyjątkowo wymagające. Mały defekt, nawet ten nieoczywisty (tę rolę pełni u Xiaobo mały penis czy hemoroidy), są powodem społecznego ostracyzmu i odtrącenia. Powstające w ten sposób braki zaufania i niepewność będą silnie oddziaływać zarówno na relacje damsko-męskie, jak i powstawanie konfliktów przyjacielskich, a nawet pokoleniowych. Na wierzch wyjdą pokręcone relacje Wang Era z ukochaną i znienawidzoną jednocześnie X Haiying, która prowadząc reedukację, przekonuje Era do obrania „właściwej” postawy. Ostatecznie rewolucja nie jest dobrym czasem dla miłości. Powoduje zatarcie się jej definicji i kształtu. Przybiera ona różne formy, każdorazowo w jakiś sposób pokręcone.

Książka Wanga Xiaobo nie byłaby może tak wyrazista (książek mówiących o tematyce rewolucji i jej efektów powstało całkiem sporo), gdyby nie styl w jakim została napisana. Chiński pisarz stawia na ironię, od której skrzy się praktycznie każda strona. Poważny temat kontrastuje tu z potocznym i bezlitosnym słownictwem („W czasach rewolucji moja wyobraźnia niezwykle się rozwinęła, wyobrażałem sobie często, że z głowy Starej Lu robię nocnik i do niego sikam”). Lektura „Miłości w czasach rewolucji” wywołuje permanentny uśmiech. Nie przeszkadzają nawet częste porównania i opowieści z pogranicza kloaki – są przedstawione jako wypadkowa niedojrzałości i zagubienia głównego bohatera, któremu niecodzienne wnioski po prostu przystoją („Jesienią, kiedy nasza rodzina kopała dół do przechowywania kapusty na zimę, brałem łopatę i niosłem ją za ogrodzenie uniwersyteckiego rozsadnika. Tam drążyłem własne sekretne jamy. Później jednak moje tajemne pieczary stawały się sraczami dla miejscowych uliczników, a ponieważ byłem dość wymagający, jeśli chodzi o czystość, nie chciałem dziur, do których ktoś się załatwił”).

Jeszcze istotniejsze niż język, jest tu samo podanie historii. Xiaobo tworzy wybuchową mieszankę, w której narracja trzecioosobowa miesza się z bezpośrednim odwoływaniem się do czytelnika („Kimkolwiek jesteś, wiercenie się z pewnością nie jest ci obce”), a także z relacją pierwszoosobową. Autor wyjaśnia nam także, że te ciągłe zmiany perspektywy mają swoje istotne uzasadnienie – niektóre wydarzenia efektywniej opisać z punktu widzenia obserwatora, o innych musi wypowiedzieć się ten, kto ich empirycznie doświadczył. Meandrowanie między tymi zmiennymi perspektywami jest bardzo interesujące i samo w sobie stanowi wartość dodaną do tej niezwykle absurdalnej groteski ludzkiego żywota. Wang Xiaobo mówi wiele o historii, o wpływie otoczenia na jednostkę, o pożądaniu, strachu i wielkim oszustwie, w które brniemy od pokoleń. Przerażająca dekonstrukcja rzeczywistości.

Recenzja "Stany uprzywilejowane" Marcin Polak

Wydawca: Od Do

Liczba stron: 324

Oprawa: broszurowa ze skrzydełkami

Premiera: grudzień 2019 r.

Polak zaczyna mocno, od cytatu z „Masy i władzy” Canettiego. Przytaczam tu cytat w całości, bo stanowi on nie tylko punkt wyjścia dla opowiadań ujętych w „Stanach uprzywilejowanych”, ale także dla ich interpretacji, a przede wszystkim jest to myśl bardzo trafna, także w kontekście wszystkiego co nas otacza. „Wszystkie masy zamknięte z przeszłości, o których jeszcze będzie mowa, stały się znanymi i swojskimi instytucjami. Osobliwy stan, w jaki popadali często ich członkowie, uważano za coś naturalnego; spotykano się zawsze w pewnym określonym celu o charakterze religijnym, świątecznym lub wojennym, i cel zdawał się uświęcać ów stan. Wszyscy obecni na kazaniu byli z pewnością przekonani, że chodzi im właśnie o nie, i byliby zdumieni, a może nawet oburzeni, gdyby im powiedziano, że więcej zadowolenia dostarcza im duża liczba obecnych niż samo kazanie. Wszystkie ceremonie i reguły, przynależne do takich instytucji, miały w gruncie rzeczy na celu opanowanie masy: lepszy bezpieczny kościół pełen wiernych niż niepewny cały świat. Poprzez regularność uczęszczania do kościoła, zawsze takie samo dokładne powtarzanie określonych rytuałów zapewnia się masie coś w rodzaju oswojonego przeżycia jej samej. Przebieg takich uroczystości, odbywających się w określonym czasie, staje się namiastką brutalniejszych i bardziej gwałtownych potrzeb”.

Czym są stany uprzywilejowane według Polaka? Tego nie mówi wprost, ale nawet średnio orientujący się w sprawach publicznych czytelnik jest w stanie pewne wnioski wysnuć. Wiąże się to ze skłonnością autora do bezpośredniości i bezkompromisowości we wplataniu swoich przemyśleń w fikcyjne fabuły. Za kontrowersyjny można uznać na przykład ten osąd „W oświeconych krajach umowa między kościołem a państwem działa sprawnie, ale władza w Polsce, także władza kościelna, ulega szybkiej korupcji i przekształca się w sforę, która zdobyła władzę i teraz oddaje się już wyłącznie rozkoszy”. W innym miejscu autor uderza w jeden z atrybutów polskości „Odbierzcie Polakom rozkosz rozdrapanych ran, a zachwiejecie ich tożsamością narodową, pojawi się w niej dziura po ranach (Chrystusa)”. Jest też zajadłym przeciwnikiem bierności w sprawach klimatycznych „Jakimż smutkiem napełniła nas wiadomość o zbliżającej się zagładzie klimatycznej oraz o tak zwanym szóstym wymieraniu, które, jak donosi Radonia, ma nastąpić już niebawem!”.

Widać więc, że autor jest człowiekiem zaangażowanym i tego też nie omieszka wpajać nam w  opowiadaniach. Swoim bohaterom przypisuje własne poglądy, obsesje i lęki: nienawiść do masy, niechęć do katolicyzmu, oburzenie korupcją. Ograniczenie interpretacji do tej kwestii byłoby jednak sporym nietaktem. Marcin Polak ma o wiele więcej do zaoferowania, chociażby w kwestii filozofii czy języka. Pisarz tak przygotował swój, przypominający olbrzymią kałamarnicę, zbiór, abyśmy lecieli przez strony z szybkością światła. Nie zapomina przy tym o różnorodności, bazuje na wielu wzorcach i składnikach tworzących odpowiedni koktajl, na górze którego znajduje się Bernhard.  Polak w swojej szalonej, pisanej z polotem książce opowiada o utowarowieniu każdego elementu rzeczywistości. Zastanawia się nad banalnością otoczenia, błędami systemowymi (np. szkoły w „Sjuńce”), a także złem, które przekazujemy niczym chorobę, często wcale tego nie chcąc. Doskonale łączy humor i powagę, eteryczność formy i doniosłość treści. Daje się poznać jako wyczulony na absurd i zakłamanie niezwykle wprawny pisarz, ale także myśliciel i baczny obserwator rzeczywistości w jej rozmaitych wymiarach. 

Właściwie nie sposób tu opisać wszelkiego dobra, jakie przygotowuje dla czytelnika ta książka. W 25 zawartych w zbiorze opowiadaniach, znajdziemy formy krótkie („Nie drap głowy”, „Chrząszcz”, „Inne Pola) i dłuższe („Pałac”, „Komedia z kluczem”, „Instrukcja napisania powieści bernhardowskiej”), krytykę literacką („Z Miłoszem w Warszawie”), satyrę („Chrząszcz”) wykład („Instrukcja napisania powieści bernhardowskiej”), rozprawę sądową („Wysoki sąd”), specyficzny przewodnik turystyczny („Przewodnik po końcu świata”) i całą masę fikcji mieszających się z dygresyjnymi miniesejami na różne tematy. Ich bohaterowie są jakby wycięci z innych rzeczywistości. To głównie myśliciele podejmujący dialog ze samym sobą lub innymi wyjętymi z przestworzy postaciami. Nie zabraknie też znanych i cenionych artystów i filozofów (Gombrowicz, Miłosz, Cioran, Beckett, Bornhard, Sartre, Edith Piaf, Ionesco, Gainsbourg, Cortazar, Hemingway, Wittgentein i wielu innych). Aspekt intertekstualnych odwołań i nawiązań jest dla Polaka kluczowy, bo to od niego wywodzi krytykę tego co tu i teraz. Jego błyskotliwa, ale też kontrowersyjna polemika niejednokrotnie wprawia w refleksję (jak chociażby rozważanie „Krivoklata” w kontekście powieści berhardowskiej) i wzmaga w czytelniku ponowne zrewidowanie swoich poglądów na różne kwestie.

Niezwykle interesujące jest opowiadanie „Wysoki sąd”, w którym autor oskarża sam siebie o napisanie książki. Sędziami w jego rozprawie są między innymi Bernhard, Beckett i Gombrowicz (choć ci ostatni bardziej w roli doradczej). Już po uniewinnieniu, gdy okazuje się, że proces interpunkcyjnej resocjalizacji nie przyniósł założonych efektów, następuję piękny monolog, w którym fikcyjny Polak raz jeszcze podkreśla wszystko to, co dla niego ważne. W tym opowiadaniu pada też piękne zdanie, które ciekawie podsumowuje całą książkę „Litery zwoływały wiece słów, te organizowały się w gminy zdań, złożone miasta akapitów i państwa rozdziałów, tworząc globalną wioskę książki”. Właśnie takie są „Stany uprzywilejowane” – wychodząc od absurdu, ironii, ciętego dowcipu, języka i typowo bernhardowskiego gadulstwa, mówią bardzo wiele o naszym społeczeństwie. I chyba właśnie to, obok pięknie skrojonych, wielokrotnie złożonych zdań, i bardzo cennego wykładu na temat cech szczególnych powieści berhardowskiej i niebernhardowskiej (oraz przykładu pisania takowej), jest największym atutem książki. Że z humorem i surrealistyczną ostrością mówi o tym, o czym inni mówić się boją. To przykład sztuki pasożytniczej, kalekiej, która odtrąca wszystko co proste i przyjemne, bo nie chce dalej pompować balonu fałszu.  

Recenzja "Opowiadania wszystkie" Clarice Lispector

Wydawca: W. A. B.

Liczba stron: 592

Tłumaczenie: Wojciech Charchalis

Oprawa: twarda

Premiera: 16 października 2019 r.

Może tym razem zacznę inaczej. Bo będzie długo i mam nadzieję, nieco analitycznie. Chcąc oszczędzić potencjalnym czytelnikom pewnych rozczarowań i wątpliwości, już w tym miejscu napiszę, że „Opowiadania wszystkie” to zbiór szalenie trudny, porwany, hermetyczny, niecodzienny, różnorodny. Dużo tu krótkich form, nieoczywistych frazeologizmów i niedopowiedzeń. Książka idealna dla zapalonych czytelników, może być nieczytelna dla kogoś, kto w literaturze szuka rozrywki, klarownych fabuł i jaskrawych bohaterów. To nie jest literatura bazująca na słowie, ale na emocjach.

Skoro ewentualne wątpliwości mamy za sobą, czas na małe przybliżenie. Czarownicę brazylijskiej literatury, jak zwykło się ją nazywać, przez lata porównywano z Virginią Woolf i Marleną Dietrich. Tę pierwszą, ze względu na  jej dokonania czysto artystyczne, drugą ze względu na wygląd. Szczególnie to ostatnie konfrontowanie może być nieco zaskakujące, wszak Latynoski z Niemkami łączy teoretycznie niewiele. Clarice Lispector nie była jednak Latynoską (Niemką zresztą też). Urodziła się 10 grudnia 1920 roku w żydowskiej rodzinie, w wiosce Czeczelnik na Podolu, jako Chaja Pinkhasovna Lispector. W 1922 roku, wraz z rodziną, przepłynęła pół globu, by po latach tułaczki (najpierw mieszkała w  Maceió, potem w Recife), osiąść w Rio de Janeiro. 

Zgrzeszyłbym mówiąc, że Lispector była w Polsce zupełnie nieznana. W 1987 roku Wydawnictwo Literackie udostępniło czytelnikom przekład jej ostatniej powieści zatytułowanej „Godzina Gwiazdy”. Dwa lata później, w jednym z numerów Literatury na Świecie opublikowano jej trzy opowiadania ze zbioru „Więzy rodzinne”. Oprócz tego krótkie formy autorki ukazały się w antologii opowiadań brazylijskich („Intymność i inne sfery”) oraz kolejnym numerze Literatury na Świecie (tym razem z 2011 roku). Łącznie czytelnicy mieli możliwość poznać jej szesnaście opowiadań, przeczytać ostatnią powieść oraz fragmenty debiutu. Do tego, w szeregu publikacji popularnonaukowych i eseistycznych („Historia literatur iberoamerykańskich”, „Bestiariusz”, artykuł Aleksandry Lipczak w „Wysokich Obcasach”), przedstawiono jej barwną postać. Wszystkie te prace nie sprawiły jednak, że o pisarstwie Brazylijki mówiło się dużo, a sama jej persona na stałe zagościła w umysłach polskich czytelników. Można powiedzieć, że jej status w Polsce, jest zgoła przeciwny do tego, który osiągnęła w Brazylii – Lispector zyskała łatkę klasyka wkrótce po debiucie w 1943 roku. Od tamtego momentu uznawana jest za jedną z najważniejszych postaci XX-wiecznej literatury brazylijskiej. 
 
O co więc tyle hałasu? Pozwolę sobie powołać się na dwa opowiadania. W pierwszym, zatytułowanym „Miłość” obserwujemy ułożoną Panią domu wyruszającą na zakupy. Już po dokonaniu niezbędnych uzupełnień, jadąc tramwajem, dostrzega niewidomego starca żującego gumę. Tak ją ten widok przeraża, że upuszcza torbę z zakupami. W rodzącym się popłochu, maszynista zatrzymuje tramwaj. Ludzie oglądają się na siebie, nikt nie wie co się stało. Po podłodze płyną roztrzaskane żółtka jaj. Pochodzą rzecz jasna z upuszczonej torby naszej bohaterki i pełnią funkcję symbolu pękającej rzeczywistości. Wszystko to, co tak pieczołowicie obserwowana gosposia segregowała, szufladkowała, układała, w jednym momencie prysło. Wystarczył abstrakcyjny katalizator – guma w ustach osoby niewidomej, a cały świat rozbił się w drobny mak. Po tym wydarzeniu protagonistka nie jest w stanie wrócić do normalnego życia – jej przygotowane z precyzją kolumny ubrań tracą sens, utrzymywany porządek w naczyniach gubi się, podobnie jak relacje z dziećmi. Bohaterka boi się nawet o życie męża. Ostatecznie jednak otwiera oczy na inny świat i dostrzega w nim inną, niedostępną wcześniej jakość.

W innym opowiadaniu - „Wszystkiego najlepszego”, śledzimy imprezę urodzinową 89 letniej seniorki. Zjeżdża się cała rodzina – dzieci z żonami i wnuki. Gosposia, córka jubilatki, przygotowała ucztę. Zrobiła to z przyzwyczajenia, bo tak wypada. W głowie jednak złorzeczy na obecnych, że uważają to za jej święty obowiązek. Nie może pogodzić się też z faktem, że nikt nie docenia jej wkładu w utrzymanie przy życiu matki. W scenie, gdy seniorka zaczyna pluć i wyzywać obecnych, jej opiekuńcza córka wstydzi się, patrzy na innych i oczekuje reprymend za złe ‘wychowanie’ matki. Nic takiego jednak się nie dzieje, zwyciężają konwenanse. Rodzina nadal udaje szczęśliwą i zjednoczoną, a rozchodząc się do domu, wpadają w sztuczne uściski. Całe zajście da jednak do myślenia bohaterce, która od teraz inaczej już będzie podchodzić do rzeczywistości.

To tylko dwie opowieści, dobrane zresztą dość przypadkowo, na zasadzie utrwalenia w mojej pamięci. Są w tym zbiorze takie, które pewnie lepiej oddają to, co chcę napisać (że wspomnę tu na przykład „Naśladowanie róży” czy „Bawół”). Skupmy się jednak na tych dwu. Ukazują one w moi mniemaniu zasadniczą drogę pisarstwa Lispector, polegającą na demontażu sztywnych ram codzienności. Pisarka w wielu zawartych w tomie narracjach, przedstawia różne sytuacje, w których jej bohaterki zostają wytrącone z personalizacji. Ten euforyczny stan kusi wizją uwolnienia z pęt osobowej egzystencji, porzucenia choć na chwilę ładu i pełnionych ról społecznych. Może się również wydawać, że stanowi swego rodzaju ucieczkę przed odpowiedzialnością za innych. Obietnica oswobodzenia okazuje się pułapką, gdyż uzyskany stan depersonalizacji, wszędzie tam, gdzie przestaje być już tylko marzeniem, a zostaje rzeczywiście osiągnięty, ujawnia swoje nieoczekiwane, mroczne oblicze. Ta ciemna strona przejawia się z jednej strony utratą bezpieczeństwa ontologicznego (zamartwianiem się o męża, o rodzinę), z drugiej także wzrostem zapału nieetycznego (nieuzasadniona nienawiść, obrzydzenie czy nawet chęć dokonania mordu). Przejście przez jądro ciemności własnego, zdemontowanego świata nie zawsze kończy się tu powodzeniem. To właśnie nacisk, jaki kładzie Lispector na mroczny aspekt depersonalizacji, wyróżnia ją z grona innych autorów, dla których wyjście z więzów własnej osobowości, jest zazwyczaj związane z osiągnięciem stanu nirwany (Hesse) lub obojętności (Pessoa). W tym aspekcie widać silne wpływy światopoglądu mistycyzmu żydowskiego, wedle którego człowiek obciążony jest nieusuwalną metafizyczną usterką.

Oczywiście ten motyw nie wyczerpuje zagadnień poruszanych przez brazylijską pisarkę, a stanowi jedynie jej ważny wyróżnik. Znajdziemy w zbiorze teksty traktujące o poczuciu niższości kobiety względem mężczyzn, opisy codziennych rytuałów wypełniających samotne życie (parzenie herbaty, robienie zakupów, gotowanie), metaforyczne ucieczki przed samym sobą (tu orężem pozostaje głównie strojenie się w różne kreacje i nakładanie makijażu), czy wreszcie surrealistyczne wizje, w których emocje zostają uwypuklone przez nierzeczywiste zdarzenia i postaci. W wielu z tych historii Lispector zwraca uwagę na małe rzeczy czy zwierzęta, które burzą z trudem utrzymywaną strukturę życia. Wspomniałem już wcześniej o gumie żutej przez niewidomego, ale tę samą funkcję w różnych miejscach pełnią na przykład świeczki, karaluchy, kurczaki czy małpy. 

Różnorodność tematyczna i rozwój warsztatu pisarskiego to tylko część z unikatowości, jakie czekają odbiorców podczas lektury „Opowiadań wszystkich”. Kolejną ciekawą właściwością jest z pewnością nowatorski język, o którym w przedmowie pisze Benjamin Moser. Tu mam pewną uwagę – nietypowe frazeologizmy i minimalizm szczególnie widoczne są w kilku historiach (np. „Dzielenie chleba”). Pozostałą, znacznie pojemniejszą część, czyta się stosunkowo ‘normalnie’ przynajmniej w sensie językowym. Wiąże się to zapewne z tłumaczeniem, które nie było w stanie w pełni oddać osobliwości tego stylu. Wspomniana odmienność wiąże się z przyswojeniem sobie przez pisarstwo Lispector codziennego języka zwykłych Brazylijczyków, z całym bogactwem różnorodności, nienormatywności, skrótowości i prostoty. Ta dialektyka banału i jednoczesnej głębi uwidacznia się w małych zdaniach, krótkich sformułowaniach (np. „Pomidory były okrągłe dla nikogo: dla powietrza, dla okrągłego powietrza”, „Kto powoli pił mleko, czuł wino, które pił inny. Na zewnątrz Bóg w akacjach”), w których treści filozoficzne przebijają spod kolokwialnej, ale i precyzyjnie skonstruowanej mowy człowieka z pozoru nieokrzesanego. Oddają one znakomicie pewien element nieoczywistości czy wewnętrznej sprzeczności człowieka współczesnego, a w wypadku bohaterek Lispector – zwykłych gosposi. 

Aż chciałoby się w tym miejscu napisać o jeszcze paru sprawach – chociażby o Bogu, do której Lispector ma szczególny stosunek, albo o zwierzętach, których oblicza każdorazowo opisywane są z niezwykłą, malarską drobiazgowością. Nie chcę jednak zamieniać tej opinii w pracę naukową. Nie czuję się zresztą kompetentny w tej kwestii. Podkreśliłem wszystkie te elementy jej pisarstwa, które były dla mnie ważne podczas lektury. Bo to taka książka, do której trzeba podejść z empatią i otwartym sercem. Tego nie da się opowiedzieć, tu nie ma punktów zwrotnych ani piętrowych fabuł. Nie ma też za dużo mądrości. Jest za to całe morze kobiecego instynktu. To esencja emocji i bardzo gęsta od znaczeń proza. Męczące, ale satysfakcjonujące.